RSS
 

tykam

30 cze

Dzwięk tykającej bomby emeocjonalnej, na której właśnie siedzę, a może raczej, którą mam w środku, jest już coraz bardziej nie do zniesienia. Mogłabym napisać tylko ‚bez zmian’, ale pozwolę sobie trochę pomarudzić:
Sterta rzeczy zawala mi pół prawie posprzątanego pokoju, muszę grzebać w pudłach i torbach kiedy czegoś potrzebuję. Spakowałam większośc rzeczy na wszelki wypadek. Spakowałam chociaż nadal nic nie wiem. I oczywiście jest ich nadal za dużo żebym się sama z tym zabrała. Do dupy takie siedzenie na walizkach. Zostawiłam zdjęcia na ścianie – dla pocieszenia. Czekam aż wreszcie zadzwonią, nerwowo, kurczowo trzymając telefon zawsze przy sobie. A przeciez jak już zacznę ‚normalną’ pracę, to dopiero będą wyzwania i stresy. Oficjalnie od jutra nie jestem już au pair, ale jako gość mogę tu zostać jak długo będę chciała. Dziś na zakończenie zaplanowany jakiś dobry obiad w restauracji. Mam nadzieję, że spodoba im się fotoksiążka. Z jednej strony bardzo chcę już, z drugiej bardzo nie chcę się wyprowadzać. Emocjonalne napięcie podsycane teatralnymi wręcz ‚Dominika – nie wyjeżdżaj! Musisz?’ itd. naprawdę mnie męczy, trochę nie mam nawet siły spędzać z nimi czasu- dobrze, że są dziadkowie. Żeby nie myśleć za dużo, delektowałam się książką, celowo spowalniając tempo czytania, ale wczoraj z nienacka trafiłam na okrutny spoiler i odechciało mi się nawet czytać. Żeby to wszystko w sobie rozładować wieczorami (a raczej nocą, bo przecież i tak jest jasno) łażę po lesie albo włażę na górę moją – zamknęłam wczoraj 30-tkę wejść tamże (3 razy w tym tygodniu, po miesiącu przerwy, kiedy to z powodu zgubionych kluczy wlazłam tam 2 razy jednego dnia – nie, nie znalazłam kluczy), a więc tak jakby chyba jestem gotowa żeby się wyprowadzić… i zacząć ją zdobywać od drugiej strony. Ale nie jestem gotowa (mimo ponad roku przemyśleń) do wypełnienia formularza rekrutacyjnego na studia. No po prostu jakoś nie mogę się na to zdobyć. Wyżywam się na Edzie, biedaczek musi mi śpiewać codziennie.

Za dużo tego wszystkiego. Tik-tak, tik-tak, tik-tak, tikkk…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Exciting news

 

apdejt

25 cze

1. Nie wiem jeszcze dokładnie, co z pracą, ale dziś dzwonili do Adila i Anne sprawdzić referencje. Adil powiedział im, że ‚jestem jak córka i nie będą mieć innej au pair, bo byłam za dobra’, więc musi być dobrze. Czekam na telefon. Nie lubię oczekiwania na telefon.

2. Mam już klucze do Marty przyszłego pokoju, mogę się wprowadzić kiedy chcę. Posłałam z Krakusami jeszcze jedną napchaną (na szybko, czymkolwiek) reklamówę bagażową. I kupiłam sobie pudła w IKEI.

3. Tydzień z dziećmi w domu jest dość męczący. W piątek przylatują dziadkowie z Singapuru. Fotoksiążka odebrana.

4. Tyle razy słyszałam w ostatnim czasie, że powinnam zostać w Bergen zamist wracać do Polski… mętlik w głowie.
A przeciez już to miałam przemyślane.

5. Czytam książki, chodzę na spacery i zdecydowanie za dużo myślę.

6. Dziękuję za uwagę. Pozdrawiam.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Exciting news

 

a to ci NEWS!

19 cze

Z nienacka wczoraj telefon dostałam. Nie odebrałam go nawet (…), ale w międzyczasie się zdążyłam ogarnąć i zorientować kto to był i co chciał. Oddzwoniłam i *pufff* – tym sposobem wyladowałm dziś o 10:00 na rozmowie kawalifikacyjnej! I dumna z siebie jestem, bo się zawzięłam w sobie i poszło mi chyba dobrze, nawet usłyszałam (ze dwa razy chyba), że mówię ładnie po norwesku :D No i będą dzwonić w przyszłym tygodniu z konkretami, bo to mają być zastępstwa krótkie w przeróżnych miejscach tzn. kantyny, sprzątanie ewentualnie, a może nawet przedszkola – czyli ful zestaw ofert, jakie przeszukiwałam, w jednym. Ale ja przecież jestem bardzo fleksibel, więc sobie jakoś dam radę. Muszę. Chcę. I w siebie wierzyć bardziej też chcę. Ale jak co, to możecie sie modlić dalej, bo teraz będzie dość hektisk – duże zmiany i duże wyzwania!

Uff… jak to się faktycznie uda, to całe szczęście!
Bo już mi się Valerin kończy…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 

ostatnie 2 tygodnie – aaa!

17 cze

Moja poprzednia opowieść zakończyła się na pakowaniu walizki – ‚zabawa’ z nią zajęła mi kilka godzin, przebrnęłam przez wszytkie swoje nagromadzone tu sterty rzeczy, załamałam się, ale w końcu zrobiłam selekcję i na siłę domknęłam walizkę i plecak. Ale i tak przynajmniej 2/3 moich rzeczy jeszcze zostaje w Bergen, musze jakos zdobyć jeszcze jedną, większą walizę. Sam wyjazd do Valen był przedsięwzięciem logistycznie wyjątkowo skomplikowanym, planowałam to kilka dni, zawracając głowę wielu osobom – a tego nie znoszę najbardziej. Ale trzeba było schować dumę i skrupuły do kieszeni i pogodzić się z myślą, że przynajmniej na tą chwilę musze przestać byc ‚kobietą niezależną’… W piątek Anne zawiozła mnie i moje wszystkie spakowane graty do akademika Andreasa, u którego nocowałam później tzn. po tym jak wróciliśmy z jego i Iny urodzinowej imprezy w… IKEI :D W sobotę o 6 rano ksiądz Piotr (którego ledwie znałam jak dotąd) zabrał mnie do Valen samochodem/promem. Wszytko kosztowało mnie sporo stresów i mało spania ale udało się! No a w Valen, wreszcie, wreszcie, było oczywiście świetnie :) Te własnie wyjazdy i spotkania z ludźmi w międzyczasie sprawiają, że na chwilę zapominam o tym całym stresie jaki przeżywam i chyba tylko dzięki nim się jeszcze nie załamałam. No ale też wiem, że przynajmniej w lipcu moge mieszkać w Marty akademiku. Za to na codzień funkcjonuję w trybie zombie – stres mnie zżera po kawałku i kiepsko śpię w nocy, czasem nadrabiam w dzień jak znajdę jakiś kawałek łóżka, kanapy, fotela… albo dywanu.

Ostatnie 2 tygodnie tej przygody.
Aż trudno uwierzyć, że to już koniec zaraz, że minęły prawie 2 lata.
W niedzielę ostatnie, pożegnalne spotkanie Fides. Trochę smutno. Dla naszej liderki Anji popełniłysmy z Martą scrapbookowy album, z którego jestem bardzo dumna :) Fotoksiążka dla mojej host family wysłana do druku! Chyba potrzebowałam się wyżyć artystycznie, przypomnieć sobie, że jednak mam jakieś talenty i chociaż nikt mnie nie chce zatrudnić, to nie jestem wcale tak całkiem do dupy.

Jestem przerażona najbliższą przyszłością, modlę się o cud.
Liczę, że nagle się coś jeszcze pojawi, jakaś opcja ratunkowa, że odpiszą mi na maila.
Mówię sobie codziennie, że MUSI się to jakos ułożyć…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Exciting news

 

Moje małe frustracje

05 cze

Stres, stres, stressss… Tak bym jednym słowem mogła określić ‚co u mnie’.

De facto zostały mi 3 tygodnie kiedy jeszcze mam gdzie mieszkać i mam pracę, a potem… No własnie – dalej nie wiadomo. Szukam niby pracy wciąż, ale sprowadza się to do przeglądania setek ogłoszeń, z których większość muszę odrzucić, a tylko kilka biorę pod uwagę. Maj przeleciał mi nie wiem jak i kiedy i oto jestem w Czarnej Dupie Wielkiej, znam to miejsce aż za dobrze. Pewnie źle szukam, bo przecież w Norwegii tak łatwo o pracę, przychodzisz (bez języka i kwalifikacji) i zatrudniają cię od ręki. Tak… Wracać do Polski na wakacje mi się zwyczajnie nie opłaca. Potrzebuję kasy i chciałabym wykorzystać to, że tu jestem. Ale chyba najgorsze jest w tym wszystkim poczucie, że się nie nadaję. Co z tego, że zdobyłam magistra, spędziłam już 2 lata tu i ‚znam teren’, że nauczyłam się języka. Nie umiem (chociaż naprawdę próbuję) się pozbyć tego durnego poczucia własnej beznadziejności. Ale to, że jestem ciągle tak strasznie słaba fizycznie wcale mi nie pomaga myśleć pozytywnie.

Nie wiem gdzie będę mieszkać za te 3 tygodnie, bo to wszystko zależy od pracy. Ale wiem, że zagraciłam się tu strasznie, przybyło mi zewsząd mnóstwo rzeczy i muszę już teraz ‚coś z tym zrobić’. Za chwilę zabieram się za próbę spakowania części niepotrzebnych rzeczy żeby zabrać je do Valen i poprosić o przywiezienie ich do Polski. Część rzeczy muszę rozdać chyba, część wyrzucić, ale i tak zostanie tego mnóstwo. Nie wiem tylko czy pakować zimowe rzeczy, bo przecież jeśli znajdę pracę na północy gdzieś to…

No i właśnie – poprzedni weekend 4-dniowy to Bømlo (i pożegnanie z tamtymi miejscami, woda, wiatr i nostalgia), najbliższy to Valen (nie byłam od grudnia, od kilku miesięcy się jakoś tam nie mogę dostać). Do tego spotkania i prezenty urodzinowo-pożegnalne, w które chciałabym włożyć jednak trochę serca, bo wdzięczność jest ważna. To mnie absorbuje. Nie jest łatwo się żegnać, nie jest łatwo (teraz już nawet codziennie) słyszeć, że to straszne, że muszę wyjeżdżać i czy nie mogłabym zostać jeszcze chociaż tysiąc lat… Ale wiem, że jestem gotowa i chcę już iść dalej, zacząć kolejny etap. Że potrzebuję więcej niezależności. Tylko po prostu zmiany są trudne, tym bardziej jeśli towarzyszy im pracowo-mieszkaniowy deficyt, stres.

Znalazło by się jeszcze parę stresorów, powodów do ponarzekania, ale nie chce mi się już nawet o tym gadać. Sorry.

Podsumowując: mam wrażenie, że to wszystko takie małe, drobne, a zatem mało ważne w tym dużym świecie. Ale w małym życiu Małej Mi(ki) istnieje inna skala, inny przelicznik wielkościowy. Dla mnie to jest po prostu bardzo ważne i bardzo mnie w tej chwili przytłacza. Mimo wszystko jednak trzymam się kurczowo myśli, że ‚wszystko się JAKOŚ ułoży’…

No to idę się pakować. Pa.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Exciting news

 

Po pierwsze: ZDAŁAM! :)

24 maj

Jednak! Miałam odrobinkę jeszcze nadziei, ale nie wierzyłam w to za mocno… Chociaż oczywiście wszyscy WIEDZIELI, że zdam. Dlaczego to takie ważne? Bo to jedyne namacalne potwierdzenie, że cokolwiek osiągnęłam w przeciągu ostatniego 1,5 roku. Bo państwowy certyfikat z języka to ważna pozycja w cv – na teraz czy na przyszłość. Bo moja host family władowała mnóstwo kasy w moją edukację i chciałam im pokazać, że to nie poszło na marne. Bo nie lubię porażek (tym bardziej podwójnych), nienawidzę kiedy moje wysiłki (krew, pot i łzy) idą na marne. Bo własnie teraz potrzebowałam czegoś, co mnie podbuduje. Dlatego też pod koniec tego, nieskończenie długiego, okresu oczekiwania stres ogarniał mnie już ogromny i wynik – to pozytywne zaskoczenie i ta ulga.. piękne uczucie. Przypuszczam, że gdyby był negatywny to ciężko by mi było się po tym pozbierać, wierzyć w siebie i…

…no właśnie – szukać pracy. Na wakacje.
Tym się ostatnio niby zajmuję. Znów mam otwartych milion zakładek internetowych i tonę w nich, tonę… Wysłałam kilka cv dopiero. Został mi miesiąc. MUSI się coś znaleźć.
Co do planów dalekosiężnych – na jesień planuję wrócić do Polski. (Na dłużej, ale nie na stałe, bo takiego wyrażenia nawet nie ma w moim słowniku.) Planuję, o ile nie wydarzy się nagle coś niespodziewanego, co popchnie mnie ku innym decyzjom. Nie przewiduję tego, synoptycy ani górale też nie, ale no przecież ‚nigdy nic nie wiadomo’.
Ja właściwie lubię tak trochę wciąż nie wiedzieć, wciąż mieć wszystko jeszcze przed sobą.

Dostaję ostatnio mnóstwo wsparcia, a teraz gratulacji – z różnych stron świata (m.in. dlatego, że ludzie zaczęli już powoli wyjeżdżać z Bergen). Sporo niespodziewanych, ciekawych, budujących i inspirujących rozmów mi się zdarza w ostatnim czasie. Jest to niesamowite i jestem Wam za to ogromnie wdzięczna! :*

Zapowiada się ładny wieczór, oby z ładnym zachodem słońca (jak wczoraj) – chyba się przejdę obejrzeć to z mojej góry – po raz 25 zdobywając jej szczyt. Dni są takie długie teraz.

Z pewnych względów dobrze pamiętam, co działo się dokładnie dwa lata temu. Od tego czasu sporo się zdarzyło i prawie wszystko się zmieniło w moim małym świecie. Zmieniło się na lepsze, chociaż momentami było bardzo ciężko.
A więc: Skål! Za moje życie. Za ludzi, których spotykam. Za niespodziewane zwroty akcji i sploty wydarzeń, które czynią to życie ekscytującym…

 

nowa notka whoa!

05 maj

Tak, wiem – dawno i w ogóle, znowu zaczynacie mnie poganiać znaczy się motywować mnie do nabazgrania tu czegoś… A więc tak – nie pisałam z powodów kilku: nieogarnięcia mojego wrodzonego, braku weny, ale przede wszystkim z nadmiaru wrażeń i wydarzeń.

Dokładnie miesiąc temu pisałam znów strasznie okropny Bergenstest. Na wyniki poczekam sobie jeszcze 3 tygodnie. Nie chce mi się nawet o tym myśleć, nie czuję żebym (mimo ponad miesiąca zakuwania, słuchania radia, czytania artykułów w gazetach, książki, dodatkowego kursu, przebrnięcia przez prawie całą gramatykę i zrobienia testu z 2011 oraz zredukowania do minimum życia towarzyskiego, a w ostatniej fazie nawet tego facebookowego (sic!)) napisała go jakoś specjalnie lepiej niż poprzedni… No. A we wtorek poprzedni skończyłam swój ostatni kurs norweskiego i teraz pozostaje mi się tylko szkolić na własną rękę.

Niedługo po egzaminie wpadłam niespodziankowo do Polski na ferie wielkanocne. Cieszyłam się na to od 2 miesięcy, bo właśnie wtedy już kupiłam bilety (łapiąc promocje na Wizzairze i PolskimBusie, przez co cena zrobiła się, powiedzmy, znośna). Zaproszenie na Wielkanoc miałam też do Valen – jak rok temu u Krakusów, a znajomi zostający w Bergen sami sobie zorganizowali wspólne Święta i z tego powodu poczułam właśnie, że chciałabym być w tych trzech miejscach jednocześnie… Kilka dni w Krakowie, głównie z Natalą, potem w Cieszynie z resztą rodzinki i tymi, którzy chcieli i mogli się w tym czasie spotkać. Odniosłam wrażenie, że moja niespodzianka sprawiła Wam trochę radości ;) :D Mi tym bardziej, bo już nawet w lutym byłam stęskniona… Na koniec ja też dostałam niesamowity niespodziankowy prezent: Wujek przywiózł mi Babcię na lotnisko żebym w ciągu tych parunastu minut zdążyła ją jeszcze uściskać, pocieszyć i pomachać zanim odlecę… Powiedziała mi ‚bądź sobą’… :)

Jak w Polsce zaskoczyło mnie zimno i deszcz (Werka już mnie dogoniła rozmiarem buta, wzrostem brakuje jej niewiele (aaa!) -więc miałam od kogo pożyczać cieplejsze buty…), tak w Bergen nagle zrobiło się lato i pora bezdeszczowa (mimo ochłodzenia) trwała aż do wczoraj. Dni są też już bardzo długie ( z zachodem słońca ok 21:45), co nie sprzyja wczesnemu wracaniu do domu :P Te właśnie ostatnie 2 tygodnie szalone były – mnóstwo spotkań z ludźmi, wycieczki w góry, pikniki, imprezy… Dużo słońca i radości :) Dobrze mieć tu wreszcie ludzi chętnych do realizowania moich i ich szalonych pomysłów :D Niech to tak jeszcze trochę potrwa… Zżywam się z nimi i z tym miastem coraz bardziej… I chyba przez to Was trochę zaniedbuję ostatnio :/

Wszyscy (jak zawsze z resztą) pytają mnie o plany dalsze – oficjalna wersja jest taka, że kończę kontrakt tu końcem czerwca, a potem chciałabym popracować tu jeszcze w wakacje (przy czym na szukanie pracy jest trochę już bardzo późno… no ale może jednak?). A potem, hmm…

Przypuszczam, że liczyliście na więcej fajerwerków z mojej strony, a tu tylko taka codzienność – sorry ;)
Miejcie się ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

wkuwanie, kwiatki, śmierć i pozytywne nastawienie…

15 mar

Siedzę właśnie na Bømlo i postanowiłam wreszcie coś szkrobnąć. Zdaje się, że po tak długim czasie jestem Wam co nieco winna…

Zima się na nas oficjalnie wypięła, moim najbardziej śnieżnym doświadczeniem w Bergen w tym roku było obejrzenie w kinie „Krainy Lodu”, tak… Dużo deszczu, ale momentami wiosna jakby i kwiatki nawet gdzieniegdzie.

To czym powinnam się teraz intensywnie zajmować to zdecydowanie wkuwanie norweskiego. Tak, zdecydowałam się napisać ten test jeszcze raz. Początkiem kwietnia czyli już za 3 tygodnie. Kursu mojego wtorkowo-wieczornego momentami wręcz nienawidzę, wkurza mnie nasz nauczyciel i to ile i jak tracimy tam czas. Szwedzkim kryminałem po norwesku rzuciłam po przeczytaniu 200 stron (czyli jeszcze przed połową), ale nie ze względu na język, ale na treść – zbyt przerażającą i przytłaczającą… A nauka poza tym idzie mi zasadniczo tragicznie. Ospale, mozolnie, powoli. Mój plan co do tego jest strasznie obfity, ale dziennie nie udaje mi się zwykle zrealizować nawet połowy z tego, co powinnam. Częściowo to dlatego, że mam w głowie ostatnio za dużo różnych rozpraszających myśli.

Dwa ostatnie tygodnie były ciężkie – myślami byłam w Polsce, gdzie umierał mi Dziadek i cała rodzina była skupiona właśnie na tym. Teraz jestem już w zasadzie spokojna, może dzięki temu, że zanim odszedł wszyscy prawie zdążyli go odwiedzić i dzięki świadomości, że był to chyba najwłaściwszy czas na odejście. Chcę na zawsze sobie zapamiętać jego pozytywne nastawienie, poczucie humoru (mimo, że w życiu spotkało go ogromnie dużo nieszczęść – chociażby wojna, zamordowana żona, nowotwór i mnóstwo innych problemów zdrowotnych i nie tylko) i miał przepiękne pismo… Może gdybym fizycznie była blisko tych wydarzeń to odebrałabym to trochę inaczej, ale teraz nie pozostaje mi nic innego jak wreszcie przewrócić kartkę w kalendarzu ze zdjęciem, które zrobiłam mu (z mamą) w grudniu – właśnie podczas mojej szalonej wyprawy do dentysty widzieliśmy się ostatni raz. Przewrócić kartkę w kalendarzu na marzec, chociaż to już właśnie minęła połowa tego miesiąca. Żyć dalej ale z bardziej pozytywnym nastawieniem do życia.

Zaskoczona jestem jeszcze jednym – po tym jak w drugiej połowie stycznia głównie spałam, albo snułam się po domu przeklinając na głos swoją samotność… w lutym sporo się nagle i niespodziewanie zmieniło – zaczęłam mieć jakieś życie towarzyskie, takie materialne – poza facebookiem i regularnymi spotkaniami Fides (przy okazji też 2 razy za Fides byłam odpowiedzialna i poczułam się jak za starych czasów oazowych). Pozytywnie! Doszło do tego, że głównie z powodu egzaminu muszę ludziom wręcz odmawiać..! Dlatego tym bardziej wkurza mnie fakt, że muszę się uczyć.

Poza tym z Krakowa, wręcz z labu mojego uczelnianego (!) dostałam przesyłkę i namiętnie słucham Pomarańczarni. Polecam.

W „domu” żyjemy ze świadomością, że za kilka miesięcy się wyprowadzam i wszyscy będą sobie musieli radzić dzieląc się moimi obowiązkami i z tego powodu wprowadziliśmy system zakorzeniania krok po kroku dobrych nawyków u dziewczynek – bo dyscyplina musi być (!) tylko, że okraszona kwiatkowymi naklejkami w ramach programu motywacyjnego. Przyznam, że planowanie i wprowadzanie tego w życie sprawia mi dużo frajdy, lubię tak pracować :)

W tym wszystkim, pod warstwą chaosu i ciągłego zmęczenia (bo od paru tygodni źle sypiam), pojawia się taka myśl, że ja tak naprawdę w głębi duszy jestem po prostu szczęśliwa. Patrzę na Wasze zdjęcia, którymi obkleiłam sobie ścianę i wiem, że nie jestem sama. Wiem, że mam dużo Miłości. Chciałabym umieć o tym nie zapominać i też z tego powodu na jednej z szafek roi się od samoprzylepnych karteczek z wypisywanymi sukcesywnie rzeczami, które chcę i powinnam doceniać. Staram się myśleć pozytywnie. I cieszę się, że jest tylu ludzi, którzy mi w tym pomagają! :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

„Ikke bestått”

28 lut

Właśnie dostałam wyniki Bergenstestu – NIE ZDAŁAM. I to, niespodzianka!, części 3 i 5, które wydawały mi się nie najtrudniejsze… Wręcz 3 wydawało mi się, że poszła mi najlepiej. Nie ważne z resztą…

Zapowiada się weekend w stylu Kac Bergen.
Dziękuję za uwagę.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Exciting news

 

Bergenstest i inne tego typu wątpliwe przyjemności

14 lut

A więc egzamin pisałam z norweskiego, państwowy taki – już miesiąc temu to prawie było… I czekam, niecierpliwie już bardzo czekam na wyniki i poczekam tak jeszcze ze dwa tygodnie, o ile mnie szlag wcześniej nie trafi.

Jeśli kogoś interesuje, poza tym jak mi poszło (o co wszyscy pytają), jak to jeszcze wyglądało, to proszę bardzo:

cz. 1 – 2,5 h
1 – czytanie ze zrozumieniem: 3 teksty -> test wyboru/otwarte pytania, 1h
2 – słuchanie: 25 dialogów puszczonych raz i jeden za drugim do każdego 1 pytanie testowe
3 – tzw. referat: słuchanie wywiadów 2x i napisanie na jego temat jednolitego tekstu wg. podanych głównych punktów, 1h

cz. 2 – 2,5h
4 – gramatyka: 30 zdań do uzupełnienia poprawnie językowo i gramatycznie
5 – rozprawka na 1 z tematów

Łącznie spędziłam tam 7,5h, nieznośnie długie i wykańczające 7,5h. O ile części 1,3 i 4 były w zasadzie do przeżycia, o tyle 5-ki mi się już zwyczajnie nawet nie chciało pisać (tym bardziej nt. wprowadzenia szkolnych mundurków w Norwegii i tak późno i na głupim papierze, mocno przyciskając żeby się na 2 kalkach odbiło – blee…). No ale najgorzej to z tą 2-ką! Pisały ze mną dziewczyny z mojej grupy kursowej i wszystkie jednogłośnie stwierdziłyśmy, że było to straszne i nie do zrobienia, nie nadążało się przeczytać pytań w trakcie słuchania tekstu no i nie dało się do tego wrócić. No i jeśli właśnie polegnę to najprawdopodobniej z powodu tej części, ach no bo trzeba zdać każdą część osobno żeby zdać cały test (sic!). Jeśli zda się w ogóle to ma się zaliczony poziom B2, jeśli bardzo dobrze to C1 i trudniejszego egzaminu już nie ma. Nie pytajcie mnie o przeczucie, naprawdę nie wiem, ale mam jeszcze cień nadziei, że wszystkim 2-ka poszła nie bardzo i może obniżą próg czy coś, nie wiem… Nie chce mi się już przez to przechodzić po raz kolejny (zwłaszcza, że może być tak samo), bardzo nie chce mi się płacić po raz kolejny 1900 koron za tą nieprzyjemność. (W ustny nie zamierzałam się nawet bawić). Nie chciało mi się nawet tego pisać ale dałam się namówić – bo tu ‚w domu’, bo na kursie wszyscy naciskali. Jeszcze 2 lata temu mi przez myśl nie przeszło nawet, że będę się uczyć tego języka… Jeszcze nadal nie wiem czy mi się on przyda. Ale póki co jestem na kolejnym kursie, już ostatnim. Wtorki wieczorem to nie jest moja ulubiona pora na to, a Arild nie jest moim ulubionym nauczycielem i nie przypada mi do gustu jego sposób prowadzenia zajęć – ale na tym poziomie nie było innej alternatywy. Z nich wszystkich Lea, ta pierwsza, była chyba jednak najbardziej sensowna. Obraziłyśmy się w ogóle na Maritę, że nas na przedegzaminowym kursie nie przygotowała wystarczająco, za to z każdej lekcji marnowała jakieś 20 minut przez swoje spóźnianie się i przedłużanie przerw. Zakuwać ostro na własną rękę najwyraźniej nie wystarczyło.

Także tak to wygląda. Nadal nie mówię ładnie i płynnie, za to czytam sobie książkę, szarpnęłam się na pierwszą poważniejszą po norwesku. No i staram się jakoś wytrzymać do wyników… Powiadomię Was niezwłocznie o sukcesie bądź porażce.

Pozdro.

ps: tak w ogóle na dole (4stycznia) jest notka o Gruzji, jakbyście przypadkiem przeoczyli ;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Languages

 
 

  • RSS