RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Życie codzienne’

Bergen REAKTYWACJA

03 lip

Po (niecałych nawet) dwóch miesiącach jestem znów w Bergen, nie mogłabym w końcu nie być. W międzyczasie tym dwumiesięcznym zdążyłam wyskoczyć z Kubą na tripa po kawalątku Hiszpanii, Gibraltaru i Portugalii (na temat którego jednak nie będę się tu i teraz rozpisywać) i ładnie zaliczyć semestr na uczelni. Mam wrażenie, że od kiedy ‚wróciłam’ do Polski końcem września, czas płynął jakby dwa razy szybciej. Zdążyłam być w Bergen trzy razy w międzyczasie, i chyba mimo mieszkania przeważnie w Krakowie, to właśnie w Bergen częściej spotykałam się z ludźmi niż w Polsce. Wydaje mi się, ze włąśnie pod tym względem najbardziej zawaliłam w tym roku. Ale czeka mnie jeszcze trochę przemyśleń i podsumowań w najbliższym czasie, obawiam się, że czasu na myślenie będę mieć aż nadto.
A więc przyleciałam we wtorek wieczorem, ledwo po sesji, Minionkach w Cieszynie i szybkim, chaotycznym pakowaniu – wszystko działo się tak szybko, że aż odechciało mi się w ogóle lecieć. Serio. Odebrałam swoje graty od Tando, a Robert pomógł mi dotrzeć na miejsce przeznaczenia. Niestety ‚nasz dom’ na Floridzie już nie działa i będę teraz mieszkać na zboczu Urliken – mieszkania/pokoje dla personelu szpitala są tu takie. Muszę się jeszcze przyzwyczaić do tej nowej rzeczywistości. No i to kawałek od centrum jest, a więc komplikacje w docieraniu do pracy się mogą pojawić, chociaż tak naprawdę nie wiem jeszcze zupełnie co mnie czeka. Środa i czwartek upłynęły mi głównie na pożegnaniach z dziewczynami – Barbara wraca na Słowację (bierze ślub, a potem przeprowadza się na Hawaje…), a Marta jedzie na wakacje do Polski. Niewiele osób zostało teraz w Bergen, kilkoro wróci w sierpniu, reszta wybyła na stałe. Zostaną więc mi na razie głownie internety do kontaktu z Wami. O ile praca będzie, może nie oszaleję. Póki co jeszcze nie było, mam nadzieję, że jednak po weekendzie coś gdzieś, a raczej cokolwiek gdziekolwiek. Uff no. Muszę się jakoś ogarnąć. Life goes on… so wish me luck!

Dobra, jest już po 23, więc czas najwyższy na obiad ;)

Trzymajcie się mocno i miejcie fantastyczne lato! ;)

 

o pracy i te pe

02 sie

Obiecałam niby tydzień temu notkę, ale no… trochę jakby nie chce mi się pisać.
Będzie to krótkie (ta, jasne…) sprawozdanie z moich poczynań pracowych w miesiącu lipcu br.

Po tygodniu od przeprowadzki wreszcie pojawiła się iskierka nadziei – jakiś oppdrag.

Poniedziałek 21 lipca
A więc dostałam zlecenie na 3 tygodnie po 3 dni po 5h. Dotarłam na miejsce i dopiero tam dowiedziałam się jakiego typu to moje sprzątanie. Biskopshavn bosenter to dom dla osób psychicznie chorych, może i całe szczęście, że nie wiedziałam tego wcześniej. Oswajam się powoli z miejscem i pacjentami, ze stanem (…) ich apartamentów tam. Sprzątanie łazienek i mycie podłóg z całego sprzątania uważam za najgorsze, a głównie to tam robię. Mówię sobie, że to przecież normalna praca i ktoś to na co dzień przecież robi – tu i w tysiącach innych miejsc. Z resztą jestem zdesperowana, więc podejmuję się wszystkiego. Ale myślę przy tym wszystkim, myślę, że szkoda mi tych ludzi, bo w końcu ja jestem tam tylko kilka godzin, a potem jestem wolna. Potem mogę wyjść i sama być odpowiedzialna za spieprzenie sobie życia.
To było niesamowicie długie i męczące (upał!) 5 godzin.

Wtorek 22 lipca
Dzień wolny, bez zleceń. Z Johanne (z Fides) przeszłyśmy się na lody w góry – na Urliken :)

Środa 23 lipca
Zdziwił mnie mój własny uśmiech po drodze do pracy. Jedynym, do czego żywiłam negatywne uczucia, był ten cholerny mop. Może to mój nowy, szalony pomysł mnie tak pozytywnie naładował?

Czwartek 24 lipca
Równolegle ze zleceniem na to psychiczne sprzątanie, dostałam jeszcze jedno – zgodziłam się natychmiast i bardzo entuzjastycznie ponieważ chodziło o sprzątanie publicznych toalet na festiwalu jachtów (pół miliona ludzi), a to przecież moja wymarzona praca! Pierwotnie czw i pt 17:00-22:00, później jeszcze, że też w sobotę. Każda godzina jest cenna.

Jedną z pierwszych rzeczy jakie do mnie dotarły rano, był fakt, że mój pomysł jest jednak niemożliwy do zrealizowania. Siedziałam sobie w parku, nad tym się rozczulając, kiedy dostałam telefon z pracy – czy mogę przyjść.. już? Mogę. A więc 13:30 – 22:00 i zdziwienie, że pracy tak naprawdę jest niewiele. Miejsce w cieniu (ważne, bo upał!) i niewiele osób tamtędy przechodzi, na 15 minut sprzątania przypada 45 minut przerwy, które spędziłam rozmawiając z dziewczyną z Chorwacji, a później z facetem z Erytrei. To chyba taka nagroda za chęć do podjęcia się każdej pracy, co?

Piątek 25 lipca
Mój prywatny Międzynarodowy Dzień Chaosu i Zjawisk Nieliniowych
Rano przegapiłam przystanek i chwilę się spóźniłam (chociaż nikomu to nie robi różnicy w sumie), od rana zmęczona powalczyłam ze sprzątaniem i pojechałam do domu zapominając telefonu (odbiorę jutro). Po drodze do drugiej pracy zorientowałam się, że nie mam koszulki roboczej (całe szczęście, że do tego dają mi ciuchy robocze, szkoda tylko, że zostawiają tyle czarnego syfu na skórze…), więc spóźniłam się chwilę po raz drugi. Ale tam już spokojniej w pracy, odpoczęłam :P, doczytałam sobie książkę w tych wszystkich przerwach. I zrobiłam kilka zdjęć na drodze powrotnej.

Sobota 26 lipca
Pojechałam po telefon. Pogadałam na Skype. A potem ostatni dzień wśród toalet publicznych, znów przegadany w przerwach z tą sympatyczną Chorwatką, mamą ślicznych dziewczynek-mulatek (Bania! ;))
A poza tym sobota wieczór ma (chyba) stawkę 200%, więc nie narzekam jeśli za 1,5h faktycznej roboty zapłacą mi jak za 10h. Są tacy, którzy tą ofertą pogardzili, my mamy nagrodę za nasze nastawienie.

Niedziela 27 lipca
Światowy Dzień Lenia i Rozmawiania z Siostrami.
Upały się skończyły i, wierzcie lub nie, PADA w Bergen, DESZCZ PADA!

Poniedziałek 28 lipca
Mam okres, wszystko mnie boli, nienawidzę tej pracy, umiem norweski (wszyscy mi to mówią ostatnio!) i to niesprawiedliwe, że mam tylko taką robotę i tak mało godzin. Poza tym, jak się okazuje, mam ogarnąć cały grafik rozpisany na 5 dni, będąc tu tylko 3… Bu.
Ale tak, oczywiście – jestem chętna jutro na jakieś sprzątanie mieszkania cośtam.

Wtorek 29 lipca
Zaskoczenie, że kojarzę gościa, z którym mam dziś pracować. Tzn. w czwartek poprzedni rozmawiałam z nim jakieś 5 minut, ale zażyczył sobie mnie na dziś do pomocy ‚dajcie mi tą małą z Polski’, podobno doceniając moje ochocze nastawienie do pracy tamtego dnia. Sprzątaliśmy/umyliśmy dom po malowaniu, tuż przed wprowadzką pastora z rodziną. Niespecjalnie dużo pracy, wręcz miałam wrażenie, że jestem tam bardziej do pogadania niż roboty (no przecież chciałam język ćwiczyć w pracy!). W nagrodę (za to pozytywne nastawienie jak mniemam) dostałam lody na luncz i długą opowieść o życiu i pracy Bjørna. Myślałam, że to moje psychiczne bosenter to już trochę hardcore, ale jednak muszę przyznać, że sprzątanie po morderstwach, albo po lokatorach, którym się zmarło i zdążyli się.. upłynnić, melin po narkomanach itp. – no to jednak wyższy stopień hardcoru jest. Zdjęcia z takich miejsc przeplecione zdjęciami wnucząt. Uwielbiam rozmawiać z ciekawymi ludźmi, przyznaję rację ojcu Adamowi, że to jest chyba najbardziej fascynujące w życiu właśnie. Mika, a nie boisz się? Tak, żyję ze świadomością, że wszyscy mnie chcą porwać, zgwałcić i zamordować…

Środa 30 lipca
Regularne 5h w Biskopshavn bosenter, w trakcie których dowiedziałam się (od pracującej tam Polki), że 1. sprzątam lepiej niż ta pani, co tu przychodzi normalnie (takie miałam podejrzenia porównując stan obiektu pierwszego poniedziałku, z poniedziałkiem po tygodniu mojej pracy – no ale jednak zawsze to lepiej i milej usłyszeć). A po 2. że pacjenci nie są niebezpieczni, chociaż niektórzy trochę na takich wyglądają (to też już zdążyłam wydedukować, bo w końcu z nimi rozmawiam (sic!), a poza tym gdyby byli niebezpieczni to byliby w ośrodku zamkniętym, ‚gdzie pacjentów trudno odróżnić od personelu, a ci właśnie są najbardziej niebezpieczni’). Zamierzam studiować psychologię, więc traktuję to jako cenne doświadczenie pod tym względem.

Czwartek 31 lipca
Wolne. Praktycznie większość dnia przegadałam z ludźmi na czacie, Skype i nawet na żywo. Brakuje mi tych wakacyjnych imprez z Wami. I kupiłam kolejne 6 książek, więc mam już do przeczytania 11 i postanawiam nie kupować już ani jednej więcej przed wyjazdem…
Bilans miesiąca mniej – więcej chyba na zero, przepracowane mam 51h. Oby było więcej w sierpniu i wrześniu i obym mogła faktycznie tu zostać do wyjazdu, wynajmując ‚pokój gościnny’ i już się nigdzie nie przeprowadzać. Muszę pogadać z nowym, za to odpowiedzialnym, kimś. Zwlekam…

Piątek 1 sierpnia
Wstałam zmęczona, pracowałam zmęczona, popołudnie i wieczór spędziłam zmęczona robiąc niewiele, idąc (jak co dzień prawie) na mszę zmęczona i oglądając film zmęczona.

Dziś
A dziś, dziś niewiele. Zmniejszyłam wreszcie trochę poziom entropii swojego własnego pokoju i wchodząc do kuchni raz, rozmawiając z Jessą (której się jednak nie muszę bać, jeśli ma dobry dzień, i która gotuje dobrze – bo po filipińsku), zjadłam śniadanie, luncz i lody w jednym ciągu. Ciągle się waham, czy aplikować jeszcze gdzieś, czy już się czepić tylko tej pracy, gdzie ma być wkrótce więcej zleceń…
I przypominam sobie, co robiłam dokładnie pół roku temu.
I burza jest.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

oppdrag – ważne słowo

18 lip

bo oznacza ‚zlecenie’, na które czekam niecierpliwie i z wytęsknieniem od tygodni już. I oto w środę rano wiadomość z pracy, że wreszcie coś mają! A więc trochę ulga.  Od poniedziałku, jakieś sprzątania. Nie brzmi to specjalnie może atrakcyjnie ani ambitnie, chociaż w połączeniu ze stawką godzinową… No to zmienia postać rzeczy. Tak więc jest jeszcze szansa, że w tym miesiącu przynajmniej wyjdę na zero, albo lekki plus. Kilka potencjalnych tysięcy w plecy, masa zmarnowanego czasu i nerwów – o tym wolałabym nie myśleć. Ani o tym, że mogłam mieć wakacje nad morzem – gdybym tylko wiedziała, że tak będzie. Wolę myśleć, że będzie lepiej.
I że za 3-4 tygodnie będę się miała dokąd przeprowadzić.

W okolicach maja/czerwca moje poczucie czasu było jakieś inne. Wydawało mi się, że to już niedługo wracam do Polski, że wakacje zlecą. Ale 3 miesiące to jakby nie było 1/4 roku, kawał czasu. Zostało jeszcze prawie 2,5. Ale czas się ciągnie niemiłosiernie kiedy się jest w takim położeniu, jak ja obecnie. I kiedy się nie ma życia towarzyskiego. Tzn. tylko wirtualne, ale i tak bardzo sobie cenię, że jeszcze chce się Wam do mnie pisać i wysłuchiwać moich żalów. Tym bardziej ucieszyło mnie wczoraj, że dorwałam (w kościele – rzecz oczywista) Hansa Augusta – mojego norweskiego młodszego brata. Przyjechał do Bergen tylko na 1 dzień i koniecznie musiało się to skończyć shishą (nieużywaną od wieków) i lodami (które smakują lepiej z kimś niż w samotności). +100 do samopoczucia. Już nie mogę się doczekać aż ludzie zaczną wracać z wakacji za kilka tygodni, czyli ‚na jesień’. No bo właśnie – tu rok szkolny i akademicki zaczyna się już w połowie sierpnia (i przez to właśnie nie mogę znaleźć mieszkania na potem i krótkoterminowo).

A teraz zbieram się ‚na miasto’ – moja host family chce się ze mną spotkać zanim wyjadą na wakacje – na obiedzie i przekazać mi zaświadczenie z policji (co mi jest potrzebne w razie jakby jakaś praca w przedszkolu nagle).

I pogoda jest ładna :)

________

A więc po rodzinnym obiedzie spędziłam jeszcze trochę czasu z Johanną – spacerując po mieście zanim poszłyśmy do kina (Rio 2) – tak strasznie bardzo jej zależało, więc nie mogłam i nawet nie chciałam odmawiać ;)

Jeśli kogoś interesuje jak wygląda mój obecny, nowy, ‚zwyczajny’ dzień, to tak: rano próbuję bezskutecznie wstać zgodnie z budzikiem, w ciągu dnia muszę zaliczyć zajęcia obligatoryjne: przeglądanie ogłoszeń mieszkaniowych i pracowych, norweski: książka i/lub (film przynajmniej z norweskimi napisami), bieganie/góry, msza- niezależnie od tego w jakim języku, popisanie trochę z Wami. A sypiam średnio.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

Pozytywy

15 lip

W tym całym swoim biadoleniu, narzekaniu i marudzeniu zapomniałam Wam opowiedzieć o kilku pozytywach, które ostatnio, w tej całej kryzysowej sytuacji, mnie spotkały. A więc:

1. W niedzielę (tą tydzień temu) byłam na koncercie ze zwiedzaniem domu Edvarda Griega (z Johanną i babcią) – bilet dostałam jako prezent pożegnaniowy od mojej rodzinki. Muzyka klasyczna była zawsze dla mnie światem dość odległym i nie do ogarnięcia, ale po pierwsze Grieg’a trzeba zaliczyć jako integralną część The Bergen Experience, a po drugie koncert był naprawdę dobry: pianino i sopran w malutkiej sali koncertowej z mega widokiem (po przeciwległej stronie ‚naszej wody’… Z faktów o Griegu zapamiętałam tylko najważniejsze: oboje z żoną mieli wzrostu tyle, co ja, a jego ulubionym miejscem na wakacje było nasze ukochane Lofthus.
Po drodze jeszcze, zanim się wyprowadziłam, świętowaliśmy urodziny Julii i ogólnie, mimo całych moich stresów, było z nimi fajnie.

2. Wreszcie złożyłam papiery na studia (dzięki za pomoc w dostarczeniu ich!), moja rodzina jest w szoku (nie rozumiem – przecież od dawna wiadomo, że przydałby się nam jakiś specjalista – psycholog w rodzinie…).
Na stronie wyświetla mi się komunikat:
„Gratulacje, został Pan(i) przyjęty(a) na studia.
Witamy w społeczności akademickiej naszej uczelni. Oficjalną decyzję otrzyma Pan(i) listem poleconym przesłanym na adres korespondencji.” (o ile otworzą kierunek)
Zdaje się, że o tym marzyłam, więc chyba powinnam się niesamowicie cieszyć, tak..?

3. W niedzielę (tą przedwczoraj) zrobiłam sobie wycieczkę trasą, o której myślałam już od bardzo, bardzo dawna – z Ulriken na Fløyen. Po sobotniej przeprowadzce byłam dość zmęczona i włażąc w upale na Ulriken już byłam wręcz pewna, że nie pójdę dalej.. ale na górze słonko przestało prażyć, przebrałam koszulkę, zjadłam jabłko i stwierdziłam, że jednak idę dalej. I tak szłam, szłam, szłam i szłam, aż zaszłam do domu po 7,5h. Zadowolnona, chociaż przez cały ten czas plątały mi się po głowie głównie myśli niewesołe. Ale no muszę się ruszać, produkować endorfiny.

Z tej okazji macie bonusa – coś, co powinnam Wam pokazać już dawno, dawno temu:

Pozytywy pozytywami, ale trzymam się tak naprawdę ledwo.
Jak ja, do cholery, to zrobiłam, że się znalazłam w takiej sytuacji?!

 

Po pierwsze: ZDAŁAM! :)

24 maj

Jednak! Miałam odrobinkę jeszcze nadziei, ale nie wierzyłam w to za mocno… Chociaż oczywiście wszyscy WIEDZIELI, że zdam. Dlaczego to takie ważne? Bo to jedyne namacalne potwierdzenie, że cokolwiek osiągnęłam w przeciągu ostatniego 1,5 roku. Bo państwowy certyfikat z języka to ważna pozycja w cv – na teraz czy na przyszłość. Bo moja host family władowała mnóstwo kasy w moją edukację i chciałam im pokazać, że to nie poszło na marne. Bo nie lubię porażek (tym bardziej podwójnych), nienawidzę kiedy moje wysiłki (krew, pot i łzy) idą na marne. Bo własnie teraz potrzebowałam czegoś, co mnie podbuduje. Dlatego też pod koniec tego, nieskończenie długiego, okresu oczekiwania stres ogarniał mnie już ogromny i wynik – to pozytywne zaskoczenie i ta ulga.. piękne uczucie. Przypuszczam, że gdyby był negatywny to ciężko by mi było się po tym pozbierać, wierzyć w siebie i…

…no właśnie – szukać pracy. Na wakacje.
Tym się ostatnio niby zajmuję. Znów mam otwartych milion zakładek internetowych i tonę w nich, tonę… Wysłałam kilka cv dopiero. Został mi miesiąc. MUSI się coś znaleźć.
Co do planów dalekosiężnych – na jesień planuję wrócić do Polski. (Na dłużej, ale nie na stałe, bo takiego wyrażenia nawet nie ma w moim słowniku.) Planuję, o ile nie wydarzy się nagle coś niespodziewanego, co popchnie mnie ku innym decyzjom. Nie przewiduję tego, synoptycy ani górale też nie, ale no przecież ‚nigdy nic nie wiadomo’.
Ja właściwie lubię tak trochę wciąż nie wiedzieć, wciąż mieć wszystko jeszcze przed sobą.

Dostaję ostatnio mnóstwo wsparcia, a teraz gratulacji – z różnych stron świata (m.in. dlatego, że ludzie zaczęli już powoli wyjeżdżać z Bergen). Sporo niespodziewanych, ciekawych, budujących i inspirujących rozmów mi się zdarza w ostatnim czasie. Jest to niesamowite i jestem Wam za to ogromnie wdzięczna! :*

Zapowiada się ładny wieczór, oby z ładnym zachodem słońca (jak wczoraj) – chyba się przejdę obejrzeć to z mojej góry – po raz 25 zdobywając jej szczyt. Dni są takie długie teraz.

Z pewnych względów dobrze pamiętam, co działo się dokładnie dwa lata temu. Od tego czasu sporo się zdarzyło i prawie wszystko się zmieniło w moim małym świecie. Zmieniło się na lepsze, chociaż momentami było bardzo ciężko.
A więc: Skål! Za moje życie. Za ludzi, których spotykam. Za niespodziewane zwroty akcji i sploty wydarzeń, które czynią to życie ekscytującym…

 

nowa notka whoa!

05 maj

Tak, wiem – dawno i w ogóle, znowu zaczynacie mnie poganiać znaczy się motywować mnie do nabazgrania tu czegoś… A więc tak – nie pisałam z powodów kilku: nieogarnięcia mojego wrodzonego, braku weny, ale przede wszystkim z nadmiaru wrażeń i wydarzeń.

Dokładnie miesiąc temu pisałam znów strasznie okropny Bergenstest. Na wyniki poczekam sobie jeszcze 3 tygodnie. Nie chce mi się nawet o tym myśleć, nie czuję żebym (mimo ponad miesiąca zakuwania, słuchania radia, czytania artykułów w gazetach, książki, dodatkowego kursu, przebrnięcia przez prawie całą gramatykę i zrobienia testu z 2011 oraz zredukowania do minimum życia towarzyskiego, a w ostatniej fazie nawet tego facebookowego (sic!)) napisała go jakoś specjalnie lepiej niż poprzedni… No. A we wtorek poprzedni skończyłam swój ostatni kurs norweskiego i teraz pozostaje mi się tylko szkolić na własną rękę.

Niedługo po egzaminie wpadłam niespodziankowo do Polski na ferie wielkanocne. Cieszyłam się na to od 2 miesięcy, bo właśnie wtedy już kupiłam bilety (łapiąc promocje na Wizzairze i PolskimBusie, przez co cena zrobiła się, powiedzmy, znośna). Zaproszenie na Wielkanoc miałam też do Valen – jak rok temu u Krakusów, a znajomi zostający w Bergen sami sobie zorganizowali wspólne Święta i z tego powodu poczułam właśnie, że chciałabym być w tych trzech miejscach jednocześnie… Kilka dni w Krakowie, głównie z Natalą, potem w Cieszynie z resztą rodzinki i tymi, którzy chcieli i mogli się w tym czasie spotkać. Odniosłam wrażenie, że moja niespodzianka sprawiła Wam trochę radości ;) :D Mi tym bardziej, bo już nawet w lutym byłam stęskniona… Na koniec ja też dostałam niesamowity niespodziankowy prezent: Wujek przywiózł mi Babcię na lotnisko żebym w ciągu tych parunastu minut zdążyła ją jeszcze uściskać, pocieszyć i pomachać zanim odlecę… Powiedziała mi ‚bądź sobą’… :)

Jak w Polsce zaskoczyło mnie zimno i deszcz (Werka już mnie dogoniła rozmiarem buta, wzrostem brakuje jej niewiele (aaa!) -więc miałam od kogo pożyczać cieplejsze buty…), tak w Bergen nagle zrobiło się lato i pora bezdeszczowa (mimo ochłodzenia) trwała aż do wczoraj. Dni są też już bardzo długie ( z zachodem słońca ok 21:45), co nie sprzyja wczesnemu wracaniu do domu :P Te właśnie ostatnie 2 tygodnie szalone były – mnóstwo spotkań z ludźmi, wycieczki w góry, pikniki, imprezy… Dużo słońca i radości :) Dobrze mieć tu wreszcie ludzi chętnych do realizowania moich i ich szalonych pomysłów :D Niech to tak jeszcze trochę potrwa… Zżywam się z nimi i z tym miastem coraz bardziej… I chyba przez to Was trochę zaniedbuję ostatnio :/

Wszyscy (jak zawsze z resztą) pytają mnie o plany dalsze – oficjalna wersja jest taka, że kończę kontrakt tu końcem czerwca, a potem chciałabym popracować tu jeszcze w wakacje (przy czym na szukanie pracy jest trochę już bardzo późno… no ale może jednak?). A potem, hmm…

Przypuszczam, że liczyliście na więcej fajerwerków z mojej strony, a tu tylko taka codzienność – sorry ;)
Miejcie się ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

wkuwanie, kwiatki, śmierć i pozytywne nastawienie…

15 mar

Siedzę właśnie na Bømlo i postanowiłam wreszcie coś szkrobnąć. Zdaje się, że po tak długim czasie jestem Wam co nieco winna…

Zima się na nas oficjalnie wypięła, moim najbardziej śnieżnym doświadczeniem w Bergen w tym roku było obejrzenie w kinie „Krainy Lodu”, tak… Dużo deszczu, ale momentami wiosna jakby i kwiatki nawet gdzieniegdzie.

To czym powinnam się teraz intensywnie zajmować to zdecydowanie wkuwanie norweskiego. Tak, zdecydowałam się napisać ten test jeszcze raz. Początkiem kwietnia czyli już za 3 tygodnie. Kursu mojego wtorkowo-wieczornego momentami wręcz nienawidzę, wkurza mnie nasz nauczyciel i to ile i jak tracimy tam czas. Szwedzkim kryminałem po norwesku rzuciłam po przeczytaniu 200 stron (czyli jeszcze przed połową), ale nie ze względu na język, ale na treść – zbyt przerażającą i przytłaczającą… A nauka poza tym idzie mi zasadniczo tragicznie. Ospale, mozolnie, powoli. Mój plan co do tego jest strasznie obfity, ale dziennie nie udaje mi się zwykle zrealizować nawet połowy z tego, co powinnam. Częściowo to dlatego, że mam w głowie ostatnio za dużo różnych rozpraszających myśli.

Dwa ostatnie tygodnie były ciężkie – myślami byłam w Polsce, gdzie umierał mi Dziadek i cała rodzina była skupiona właśnie na tym. Teraz jestem już w zasadzie spokojna, może dzięki temu, że zanim odszedł wszyscy prawie zdążyli go odwiedzić i dzięki świadomości, że był to chyba najwłaściwszy czas na odejście. Chcę na zawsze sobie zapamiętać jego pozytywne nastawienie, poczucie humoru (mimo, że w życiu spotkało go ogromnie dużo nieszczęść – chociażby wojna, zamordowana żona, nowotwór i mnóstwo innych problemów zdrowotnych i nie tylko) i miał przepiękne pismo… Może gdybym fizycznie była blisko tych wydarzeń to odebrałabym to trochę inaczej, ale teraz nie pozostaje mi nic innego jak wreszcie przewrócić kartkę w kalendarzu ze zdjęciem, które zrobiłam mu (z mamą) w grudniu – właśnie podczas mojej szalonej wyprawy do dentysty widzieliśmy się ostatni raz. Przewrócić kartkę w kalendarzu na marzec, chociaż to już właśnie minęła połowa tego miesiąca. Żyć dalej ale z bardziej pozytywnym nastawieniem do życia.

Zaskoczona jestem jeszcze jednym – po tym jak w drugiej połowie stycznia głównie spałam, albo snułam się po domu przeklinając na głos swoją samotność… w lutym sporo się nagle i niespodziewanie zmieniło – zaczęłam mieć jakieś życie towarzyskie, takie materialne – poza facebookiem i regularnymi spotkaniami Fides (przy okazji też 2 razy za Fides byłam odpowiedzialna i poczułam się jak za starych czasów oazowych). Pozytywnie! Doszło do tego, że głównie z powodu egzaminu muszę ludziom wręcz odmawiać..! Dlatego tym bardziej wkurza mnie fakt, że muszę się uczyć.

Poza tym z Krakowa, wręcz z labu mojego uczelnianego (!) dostałam przesyłkę i namiętnie słucham Pomarańczarni. Polecam.

W „domu” żyjemy ze świadomością, że za kilka miesięcy się wyprowadzam i wszyscy będą sobie musieli radzić dzieląc się moimi obowiązkami i z tego powodu wprowadziliśmy system zakorzeniania krok po kroku dobrych nawyków u dziewczynek – bo dyscyplina musi być (!) tylko, że okraszona kwiatkowymi naklejkami w ramach programu motywacyjnego. Przyznam, że planowanie i wprowadzanie tego w życie sprawia mi dużo frajdy, lubię tak pracować :)

W tym wszystkim, pod warstwą chaosu i ciągłego zmęczenia (bo od paru tygodni źle sypiam), pojawia się taka myśl, że ja tak naprawdę w głębi duszy jestem po prostu szczęśliwa. Patrzę na Wasze zdjęcia, którymi obkleiłam sobie ścianę i wiem, że nie jestem sama. Wiem, że mam dużo Miłości. Chciałabym umieć o tym nie zapominać i też z tego powodu na jednej z szafek roi się od samoprzylepnych karteczek z wypisywanymi sukcesywnie rzeczami, które chcę i powinnam doceniać. Staram się myśleć pozytywnie. I cieszę się, że jest tylu ludzi, którzy mi w tym pomagają! :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

blue monday, blue week

27 sty

Tak to się zaczęło właśnie wszystko tym podobno Najbardziej Depresyjnym Poniedziałkiem Roku, a potem już poszło według schematu: dużo spania, minimum obowiązków i dajecież mi wszyscy święty spokój. Cały w zasadzie tydzień tak totalnie bezsilnie i bezsensownie.
Na weekend wyklarował się rodzinny plan wyjazdu do Kvamskogen (tak, do domku w górach, mimo braku warunków narciarskich – ogólnie ta zima jakaś słaba w tym roku…) i w sumie nie miałam pretekstu żeby się od niego wymigać. Ogólnie poza Gabowym ‚weź nie marudź, jedź’, przemówiło do mnie, że faktycznie muszę zmienić miejscówkę, bo 2 tygodnie siedzenia w 1 miejscu źle na mnie wpływa, ale decydującym było, że zamiast, w kwestiach kulinarnych, zostać zdaną tylko na siebie i resztki w lodówce – wolałam jednak dać się tam porozpieszczać. W sumie w cottage nie byłam wieki całe czyli od Dnia Dziecka (kiedy nie byłam jeszcze nawet pewna czy się nie żegnam z tym miejscem forever) i dobrze było tam po prostu posiedzieć bez internetu i poczytać książki. Jest to jednak zdecydowanie jedno z najprzytulniejszych miejsc w jakich kiedykolwiek miałam okazję być i fajnie będzie znowu (chyba) spędzić tam ferie zimowe, byle pogoda na biegówki się zrobiła…
Ogólnie więc chyba mi troszkę lepiej, mniej niebiesko. A może to myśl o przyszłoweekendowym tripie mnie pobudza do życia? Chyba tak.

edit:
aaa! idę jutro wieczorem na następny kurs norweskiego…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

CHAOS

07 lis

O jejku, jejku, jakże to, że ja mam znów tyle otwartych zakładek i już nawet nie pamiętam, co na nich jest nawet, chociaż obiecałam już sobie milion razy z tym skończyć..? I czemu od jakiegoś czasu mam 4 zaczęte i zostawione książki – czemu się one nie chcą czytać same? Jakim prawem ceny biletów skaczą jak szalone i przeaczam te niskie i z głupoty i niezdecydowania przepadają mi okazje i co mi strzeliło do głowy żeby jechać z 30 godzin autobusem na święta, a po wracać.. w sumie jeszcze nie mam pewności jak..? Jak mogłyśmy nie zwrócić uwagi, że ten autobus w niedzielę nie jedzie i wysłać Marysię na lotnisko taksówką za bolesne 400koron? Dlaczego nie umiem się wciąż uporać ze zdjęciami ślubnymi i innymi i skąd nagle tyle promocji, że aż trzeba szybko zamawiać i ogarniać różne fotoprodukty, a upatrzone obiektywy za pół ceny przepadają zanim je zdążę kupić…? Czy ta wczorajsza ładna pogoda to tylko był błąd systemu? No dobrze – to ogarnęłam i wykorzystałam ją (oraz fakt, że odpadł norweski) na wyjście na Górę Mą wreszcie, po tygodniach bolesnej rozłąki, ale może to mi się w ogóle śniło? Dlaczego w ogóle śniła mi się ostatnio moja straszna pani z fizyki i gnębiła mnie we śnie nawet, pytaniami, na które nie umiałam odpowiedzieć..? Jak mam się zmobilizować do nauki norweskiego, jak w ogóle myśleć o szukaniu innej pracy? Dlaczego tak moich ‚pracodawców’ gnębią w pracy, każą siedzieć po godzinach i zostawać na delegacjach o tydzień dłużej? Jak ogarnąć wszystkie pomysły i projekty gwałtownie i obficie pączkujące na linii Norwegia-Gruzja, i jak ogarnąć tą już 3h różnicę stref czasowych między nami? Czy muszą te dni być już takie zimne i krótkie i czy nie mogłabym się przelecieć za pół-darmo w jakieś ciepłe kraje, chociaż na weekend, bo tyle tanich lotów nagle i bombardują mnie nimi wszytskie subskrybowane serwisy… Skąd to moje nieznośne, przewlekłe uczucie przemęczenia i bóle głowy? Jak tu się lepiej wysypiać? Jak Was nie zaniedbać? Czemu mi się wydaje, że tego wszystkiego jest dużo, jak to przecież nie tak – ani nie ważne aż tak, ani nie niemożliwe do ogarnięcia, hm? Czemu chcę zrobić wszytko na raz i w rezultacie niczego nie dokańczam? Gdzie się podziały moje zdolności organizacyjne? Co odpuścić, a na czym się skupić..?

…jak tu nie oszaleć?!

Chciałabym się ogarnąć, ale tymczasem znalazłam sobie zajęcie na cały nadchodzący weekend, nie będzie mnie i sprawy wszystkie zostawiam i naiwnie wierzę, że ułożą się same… Taa.
Czas chyba najwyższy zrobić sobie ‚tydzień bez fejsa’ i podjąć inne środki zaradcze, bo tak być nie może.

A, i dlaczego, do cholery, nie mogę mieć dzieci ani z Aidanem, ani z Edem? Wiecie, on on zrobił soundtrack do następnego Hobbita… Jaram się oczywiście tym połączeniem, od wczoraj słucham cały czas…
Wiem, że jestem dziecinna, ale moge se.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

Superintensiv

23 paź

1. norskkurs
W zeszłym tygodniu, po 4,5 miesiącach wróciłam do szkoły niby na level, który już zrobiłam ale za to w trybie superintensiv czyli 13 spotkań (3-godzinnych) w 3 tygodnie. Ten sam poziom i te same podręczniki, ale inna lektorka i grupa – jestem zdziwiona, bo nie nudzę się wcale, trochę powtarzam już zapomnianych rzeczy, trochę się uczę nowych, bo babeczka tzn. Marina ma zupełnie inne metody nauczania niż Lea. Ani lepsze ani gorsze, inne po prostu; dziś na przykład robiliśmy scenki, z czego nasza podgrupa wyprodukowała Kopciuszka na balu halloweenowym z parasolką z Rio w roli głównej – bawiliśmy się jak dzieci, a to ja w tej grupie jestem teraz najmłodsza… :D Jest duża szansa, że następny kurs (już w trybie 2x/tydzień) ruszy od razu po i nie będę musiała już tyle czekać i nawet zdążymy go skończyć przed Świętami, yay! Na kursie też poznałam fajną Martę z Krakowa. Czyli ogólnie jest dobrze, tyle tylko, że wykańcza mnie ten tryb superintensywny, ledwo to godzę z domowymi obowiązkami i nie mam siły na robienie jeszcze masy zadania domowego wieczorami – zwykle tylko na szybko w autobusie w drodze rano na kurs…

2. Wpadłam na chwilę do Polski na ślub Gwiazdek
Lot do Katowic (pierwszy raz tak bliskie lotnisko, bezpośrednio i do tego 70zł w obie strony ^^) miałam w środę dopiero o 21:30, po całym dniu męczącym. Pierwszą informacją jaką usłyszałam zaraz po wejściu na lotnisko była taka, że będzie 1h opóźnienia. Great. Lot przetrwałam zwinąwszy się w kulkę z kolanami pod brodą, pogrążona w półśnie. Trochę dziwnie się czułam jako jedna z kilku kobiet na pokładzie, sami faceci lecieli prawie, a i tak żaden mi nie wpadł w oko… Odebrał mnie z lotniska tata i do Cieszyna dojechaliśmy o 4 nad ranem dopiero. Tyle o podróży.
W Cieszynie próbowałam ogarniać niezbędne zakupy i załatwienia, spotkać się z tymi, co mogli i chcieli. W piątek dołączyłam się do ekipy strojącej salę na wesele, biedna Panna Młoda miała w ten dzień rozmowę o pracę w szpitalu i jadąc na nią ktoś im auto stuknął… Nie zazdroszczę tych stresów, ale była dzielna bardzo i dostała robotę. Gratulejszyn Kochana! ;) Ja też się stresowałam (i to od dawna) ale kwestią robienia zdjęć na tym ślubie i weselu, ale o tym za chwilę, bo teraz będzie dygresja nt sukienki ale mojej weselnej. Dlatemu, bo większość osób, którym się chwaliłam, że się wybieram na wesele w pierwszej kolejności pytała o moją sukienkę właśnie. A więc wymyśliłam ją sobie z pół roku temu (albo i dawniej); w wakacje kupiłam materiał, zostawiłam projekt i moje wszelkie wymiary mamie i poleciałam do Norwegii, a sukienka miała się szyć w międzyczasie. Po zmierzeniu okazało się, że nie leżała na mnie tak jak powinna (ani w ogóle wcale) i tysiąc razy ją przeprojektowywałyśmy i przeszywałyśmy, zeszło nam do sobotniej 4-tej nad ranem i nie obyło się oczywiście bez setki kłótni z tej okazji… Ale wyszła i to chyba nawet lepsza, a na pewno ciekawsza niż w pierwotnym zamyśle. Żeby było ciekawiej mama wysłała mnie niespodziewanie na szybkie uczesanie do fryzjera (2-gi raz w życiu mym…) i o dziwo nie spóźniłam się z aparatem na wykupiny. (Pominę kwestię, że rano ogarniał mnie rozpaczliwy stan ‚ja chcę do Bergen!’). Ale ślub był piękny, powiedzieli sobie ‚TAK’ i odtąd są już skazani na siebie ;) Kościołowe focił Kamilek i jestem mu za to niezmiernie wdzięczna! Potem próbowałam ja coś pstrykać sama i trochę się powkurzałam, że nie zdążyłam kupić nowego obiektywu i lampy, a aparat nie zawsze chciał mnie słuchać – nie bez powodu parę lat temu przysięgłam sobie, że już nigdy w życiu nie będę robić zdjęć na ślubie… Ale mam nadzieję, że katastrofy nie ma, popracuję trochę nad materiałem i coś będą Młodzi mieli na pamiątkę, uff. W międzyczasie bawiłam się super-świetnie, a nawet ‚potańczyłam’ z bolącą (od poprzedniego wyjścia w góry) nóżką, bo w końcu miałam występować bardziej właściwie w roli gościa niż fotografa. No i jestem z siebie dumna, że wytrzymałam do rana po poprzedniej (…) nocy – około 6-tej skończyliśmy śpiewając hity takie jak Wehikuł czasu, Ballada o Babuciu czy Witaj Pokarmie (na głosy oczywiście). Myślę już intensywnie o następnej imprezie… i sukience :P
Nie spędziłam satysfakcjonująco dużo czasu z rodzeństwem i nie udało mi się odwiedzić na drodze na lotnisko babci ani dziadka, ale chyba chciałam po prostu zrobić za dużo. Samolot do Bergen spóźnił się o 1,5h ale tym razem w sumie mnie to ucieszyło, bo dostałam bonusową chwilę na dobrą kawę z Natalą i tatą i nawet Wielebny Wujek zdążył wpaść żeby pomachać mi na pożegnanie. Adil nie poleciał do Baku więc odebrał mnie z lotniska nawet, uff.

Jest środa, nie czuję żebym to zdążyła odespać wszystko już, ale dobrze było, cieszę się. Może powinnam tak częściej wpadać do Polski na weekend :P Ale póki co muszę znaleźć sposób żeby się dostać na święta i nie wybulić za to tak strasznie, okropnie dużo (czyli zapłacić nie więcej niż 500zł w 1 stronę… takie realia).

 
 

  • RSS