RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Przemyślenia’

Bergen REAKTYWACJA

03 lip

Po (niecałych nawet) dwóch miesiącach jestem znów w Bergen, nie mogłabym w końcu nie być. W międzyczasie tym dwumiesięcznym zdążyłam wyskoczyć z Kubą na tripa po kawalątku Hiszpanii, Gibraltaru i Portugalii (na temat którego jednak nie będę się tu i teraz rozpisywać) i ładnie zaliczyć semestr na uczelni. Mam wrażenie, że od kiedy ‚wróciłam’ do Polski końcem września, czas płynął jakby dwa razy szybciej. Zdążyłam być w Bergen trzy razy w międzyczasie, i chyba mimo mieszkania przeważnie w Krakowie, to właśnie w Bergen częściej spotykałam się z ludźmi niż w Polsce. Wydaje mi się, ze włąśnie pod tym względem najbardziej zawaliłam w tym roku. Ale czeka mnie jeszcze trochę przemyśleń i podsumowań w najbliższym czasie, obawiam się, że czasu na myślenie będę mieć aż nadto.
A więc przyleciałam we wtorek wieczorem, ledwo po sesji, Minionkach w Cieszynie i szybkim, chaotycznym pakowaniu – wszystko działo się tak szybko, że aż odechciało mi się w ogóle lecieć. Serio. Odebrałam swoje graty od Tando, a Robert pomógł mi dotrzeć na miejsce przeznaczenia. Niestety ‚nasz dom’ na Floridzie już nie działa i będę teraz mieszkać na zboczu Urliken – mieszkania/pokoje dla personelu szpitala są tu takie. Muszę się jeszcze przyzwyczaić do tej nowej rzeczywistości. No i to kawałek od centrum jest, a więc komplikacje w docieraniu do pracy się mogą pojawić, chociaż tak naprawdę nie wiem jeszcze zupełnie co mnie czeka. Środa i czwartek upłynęły mi głównie na pożegnaniach z dziewczynami – Barbara wraca na Słowację (bierze ślub, a potem przeprowadza się na Hawaje…), a Marta jedzie na wakacje do Polski. Niewiele osób zostało teraz w Bergen, kilkoro wróci w sierpniu, reszta wybyła na stałe. Zostaną więc mi na razie głownie internety do kontaktu z Wami. O ile praca będzie, może nie oszaleję. Póki co jeszcze nie było, mam nadzieję, że jednak po weekendzie coś gdzieś, a raczej cokolwiek gdziekolwiek. Uff no. Muszę się jakoś ogarnąć. Life goes on… so wish me luck!

Dobra, jest już po 23, więc czas najwyższy na obiad ;)

Trzymajcie się mocno i miejcie fantastyczne lato! ;)

 

O kurczę…

16 paź

Połowa października się zrobiła już, 2,5 miesiąca niepisania. Nie to, że nie było o czym – wręcz przeciwnie i stąd właśnie brak notek.

Jestem w Krakowie, podobno teraz tu mieszkam. Zaczęłam studia w Katowicach. Próbuję ogarniać bałagan w Cieszynie. Wszystko jest inne. Nie oswoiłam się z myślą, że już nie mieszkam w Bergen, nie do końca ta nowa rzeczywistość do mnie dociera, z resztą zostawiłam tam pokaźną część swoich gratów i już za niecałe dwa tygodnie będę tam znów, na chwilę. Bilet kupiłam zaraz po powrocie do Polski. Nie zamykam do końca tego rozdziału, chcę go zostawić na wpół otwarty. Ludzie i możliwości, od których nie chce się odciąć, miejsca. Nie wykluczone, że znów kiedyś zostanę ta na dłużej. Wszyscy mi mówią, że jestem mile widziana z powrotem i tego się będę trzymać.

Moja przygoda w Bergen, jak już pisałam razy wiele, była niesamowita. Dostałam, doznałam i nauczyłam się o wiele więcej niż oczekiwałam – o tym już też pisałam i mówiłam mnóstwo razy. Zobaczyłam Świat z innej perspektywy, ale najważniejsze, że odzyskałam tam siebie. Chociaż nie mogę powiedzieć, że w 100% jestem już naprawiona, to jestem na dobrej drodze. Mam klucze, metody, sposoby na siebie. To, że było warto, rozumie się samo przez się. Najprawdopodobniej była to najlepsza z moich dotychczasowych, samodzielnych decyzji.

Nie zawaham się nazwać Bergen swoim drugim domem, ciągle mam jednak spory problem ze zdefiniowaniem tego, gdzie jest mój pierwszy dom. Może go jeszcze nie znalazłam. Ale staram się pójść za radą niektórych i stwarzać sobie dom wszędzie, gdzie się przemieszczam. Znajdować tam swoje miejsce i czuć się dobrze. Takie nastawienie zmienia wszystko, pozwala pozbyć się stresów i niepewności, oddychać, czerpać więcej z danego miejsca, z życia.

Dane miejsca stwarzają inne możliwości, ale szczęśliwym można być gdziekolwiek, jeśli tylko się to szczęście ma w sobie. I być może właśnie to jest moim największym odkryciem tego czasu. Nie tylko mądrym cytatem, pustym frazesem, ale czymś, czego doświadczyłam namacalnie. I o to właśnie chodzi.

 

___________________________________________________________________________
ps: Notka zaległa – podsumowanie moich poczynań pracowych się jeszcze pojawi (hopefully).

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

Pozytywy

15 lip

W tym całym swoim biadoleniu, narzekaniu i marudzeniu zapomniałam Wam opowiedzieć o kilku pozytywach, które ostatnio, w tej całej kryzysowej sytuacji, mnie spotkały. A więc:

1. W niedzielę (tą tydzień temu) byłam na koncercie ze zwiedzaniem domu Edvarda Griega (z Johanną i babcią) – bilet dostałam jako prezent pożegnaniowy od mojej rodzinki. Muzyka klasyczna była zawsze dla mnie światem dość odległym i nie do ogarnięcia, ale po pierwsze Grieg’a trzeba zaliczyć jako integralną część The Bergen Experience, a po drugie koncert był naprawdę dobry: pianino i sopran w malutkiej sali koncertowej z mega widokiem (po przeciwległej stronie ‚naszej wody’… Z faktów o Griegu zapamiętałam tylko najważniejsze: oboje z żoną mieli wzrostu tyle, co ja, a jego ulubionym miejscem na wakacje było nasze ukochane Lofthus.
Po drodze jeszcze, zanim się wyprowadziłam, świętowaliśmy urodziny Julii i ogólnie, mimo całych moich stresów, było z nimi fajnie.

2. Wreszcie złożyłam papiery na studia (dzięki za pomoc w dostarczeniu ich!), moja rodzina jest w szoku (nie rozumiem – przecież od dawna wiadomo, że przydałby się nam jakiś specjalista – psycholog w rodzinie…).
Na stronie wyświetla mi się komunikat:
„Gratulacje, został Pan(i) przyjęty(a) na studia.
Witamy w społeczności akademickiej naszej uczelni. Oficjalną decyzję otrzyma Pan(i) listem poleconym przesłanym na adres korespondencji.” (o ile otworzą kierunek)
Zdaje się, że o tym marzyłam, więc chyba powinnam się niesamowicie cieszyć, tak..?

3. W niedzielę (tą przedwczoraj) zrobiłam sobie wycieczkę trasą, o której myślałam już od bardzo, bardzo dawna – z Ulriken na Fløyen. Po sobotniej przeprowadzce byłam dość zmęczona i włażąc w upale na Ulriken już byłam wręcz pewna, że nie pójdę dalej.. ale na górze słonko przestało prażyć, przebrałam koszulkę, zjadłam jabłko i stwierdziłam, że jednak idę dalej. I tak szłam, szłam, szłam i szłam, aż zaszłam do domu po 7,5h. Zadowolnona, chociaż przez cały ten czas plątały mi się po głowie głównie myśli niewesołe. Ale no muszę się ruszać, produkować endorfiny.

Z tej okazji macie bonusa – coś, co powinnam Wam pokazać już dawno, dawno temu:

Pozytywy pozytywami, ale trzymam się tak naprawdę ledwo.
Jak ja, do cholery, to zrobiłam, że się znalazłam w takiej sytuacji?!

 

Przeprowadzona

12 lip

już jestem. Po dwóch bonusowych tygodniach na Kråkeneslien. Popakowałam się do końca, wyszło tego oczywiście za dużo, ale o to się będę martwić później. Ciężkie to wszytstko emocjonalnie do zniesienia. Prawie 2 lata, zżylismy się ze sobą bardzo, w końcu byłam faktycznie częścią tej rodziny i zawsze w pewnym sensie będę. Ciężko rozstawać sie z ludźmi i z ulubionymi miejscami. Ale w tych wszystkich stresach jakoś mi to umyka, ta depresja moja letnia jest chyba najmniej z powodu wyprowadzki. Bardziej się martwię teraz pracą i tym wszytskim, co potem. Poza tym wiem, że to już czas, że potrzebuję iść dalej, popchnąć to moje życie do przodu, zabierając ze sobą te wszystkie doświadczenia, wszystko, czego się tu nauczyłam. Tak strasznie dużo dobra!

Zrobiam dziś pierwsze normalne zakupy jedzeniowe (wow!), byłam na filipińskiej mszy, teraz siedzę w przyszłym pokoju Marty, przy starym biurku Jonasa i czuję, że nie mam nawet siły nic sensownego napisać. Na drzwiach już wisi fragment plakatu i próbuje mnie przekonać, że ‚wszystko będzie dobrze’. Będzie. Musi.
Nie poddam się. Idę sobie znaleźć nową trasę do biegania. A jutro w góry.

 

Po pierwsze: ZDAŁAM! :)

24 maj

Jednak! Miałam odrobinkę jeszcze nadziei, ale nie wierzyłam w to za mocno… Chociaż oczywiście wszyscy WIEDZIELI, że zdam. Dlaczego to takie ważne? Bo to jedyne namacalne potwierdzenie, że cokolwiek osiągnęłam w przeciągu ostatniego 1,5 roku. Bo państwowy certyfikat z języka to ważna pozycja w cv – na teraz czy na przyszłość. Bo moja host family władowała mnóstwo kasy w moją edukację i chciałam im pokazać, że to nie poszło na marne. Bo nie lubię porażek (tym bardziej podwójnych), nienawidzę kiedy moje wysiłki (krew, pot i łzy) idą na marne. Bo własnie teraz potrzebowałam czegoś, co mnie podbuduje. Dlatego też pod koniec tego, nieskończenie długiego, okresu oczekiwania stres ogarniał mnie już ogromny i wynik – to pozytywne zaskoczenie i ta ulga.. piękne uczucie. Przypuszczam, że gdyby był negatywny to ciężko by mi było się po tym pozbierać, wierzyć w siebie i…

…no właśnie – szukać pracy. Na wakacje.
Tym się ostatnio niby zajmuję. Znów mam otwartych milion zakładek internetowych i tonę w nich, tonę… Wysłałam kilka cv dopiero. Został mi miesiąc. MUSI się coś znaleźć.
Co do planów dalekosiężnych – na jesień planuję wrócić do Polski. (Na dłużej, ale nie na stałe, bo takiego wyrażenia nawet nie ma w moim słowniku.) Planuję, o ile nie wydarzy się nagle coś niespodziewanego, co popchnie mnie ku innym decyzjom. Nie przewiduję tego, synoptycy ani górale też nie, ale no przecież ‚nigdy nic nie wiadomo’.
Ja właściwie lubię tak trochę wciąż nie wiedzieć, wciąż mieć wszystko jeszcze przed sobą.

Dostaję ostatnio mnóstwo wsparcia, a teraz gratulacji – z różnych stron świata (m.in. dlatego, że ludzie zaczęli już powoli wyjeżdżać z Bergen). Sporo niespodziewanych, ciekawych, budujących i inspirujących rozmów mi się zdarza w ostatnim czasie. Jest to niesamowite i jestem Wam za to ogromnie wdzięczna! :*

Zapowiada się ładny wieczór, oby z ładnym zachodem słońca (jak wczoraj) – chyba się przejdę obejrzeć to z mojej góry – po raz 25 zdobywając jej szczyt. Dni są takie długie teraz.

Z pewnych względów dobrze pamiętam, co działo się dokładnie dwa lata temu. Od tego czasu sporo się zdarzyło i prawie wszystko się zmieniło w moim małym świecie. Zmieniło się na lepsze, chociaż momentami było bardzo ciężko.
A więc: Skål! Za moje życie. Za ludzi, których spotykam. Za niespodziewane zwroty akcji i sploty wydarzeń, które czynią to życie ekscytującym…

 

Turystyka Stomatologiczna

05 gru

Zaiste życie moje w ostatnim czasie było zbyt nudne (ironia), a zatem musiało wreszcie wydarzyć się coś ekscytującego…
Jakieś 1,5 tygodnia temu zauważyłam, że mój, naprawiany już ponad 10 razy, ząb znów pękł (ostatnia wizyta z nim odbyła się na cito i dzięki staraniom mojej mamy i uprzejmości pana Bartosza, tuż przed moim pierwszym wylotem do Norwegii – czyli wrzesień 2012) i uznałam, że jeśli nie zrobię z nim czegoś natychmiast to do świat mogę już nie mieć go w ogóle. Pogadałam trochę tu z ludźmi nt warunków stomatologicznych tu na miejscu i utwierdziłam się w przekonaniu, że najlepiej byłoby ‚podskoczyć’ do Polski. Wydawało się to pomysłem szalonym, ale im dłużej o tym myślałam tym bardziej zaczęło to wyglądać jak opcja realna. Muszę przyznać, że moje skille odnośnie planowania i organizowania podróży są już na dużo wyższym poziomie niż rok temu i nie dałam się zwieść połączeniom proponowanym przez wyszukiwarki – znalazłam sobie opcję najprostszą z możliwych i przy okazji bardzo tanią – lot we wtorek do Gdańska, Polskiego Busa stamtąd do Katowic i lot powrotny z Katowic w środę popołudniu. Jeszcze rok temu takie połączenia bezpośrednie nie istniały! Tutaj zgodzili się na mój wyjazd, a mama uruchomiła machinę załatwiania wszystkiego w Polsce – wizytę u dalszej cioci-dentystki, tatę jako szofera, a ja zaczęłam kombinować jak załatwić przy okazji więcej spraw. To wszystko działo się z czwartku na piątek, to wszystko działo się na zasadzie ‚szybko, szybko zanim do nas dotrze, że to bez sensu!’. Poziom stresu jaki osiągnęłam w tych dniach (z powodu tego i mnóstwa innych tzw. spraw bieżących) jak się pewnie domyślacie – niewyobrażalnie ogromny! A psychosomatyczne konsekwencje tego stresu oczywiście bolesne.
Nadszedł wtorek i rozpoczął się dla mnie o 6:30, umywalką pełną krwi… krwotok z nosa przy myciu twarzy, no właśnie – psychoSOMATYCZNE. Potem (chcąc nie zaniedbać obowiązków domowych) zabrałam się za szybkie sprzątanie, pakowanie i pojechałam na lotnisko, testując nowe połączenie, które ostatnio nie wyszło nam z Marysią (10km w 1h za 50kr dwoma autobusami – dobra opcja, jeśli nie ma Cię kto podrzucić i o ile jedzie autobus podmiejski i masz na niego bilet miesięczny…) Lot spokojnie, trochę poczytałam z norweskiego nawet, a do zimnego Gdańska dotarłam ok 15:20 i pojechałam do Galerii Bałtyckiej na mały shopping (wg wcześniej pisanej listy drobiazgów, które w Norwegii kosztują straszne pieniądze, a u nas mniej znacznie – o dziwo dość szybko znalazłam to co chciałam). Przy okazji widziałam Warrena (Spadkobiercy) z dwójką malutkich dzieci, ale nie poprosiłam go o autograf. Wmusiłam w siebie trochę jedzenia, a później przejechałam w kierunku dworca i posiedziałam trochę w KFC (trochę fejsbuka i rozmów przez telefon). Polski Bus zawiózł mnie w 9h do Katowic więc byłam tam już o 8 rano. Po drodze rozłożyłam się na 2ch siedzeniach i zasadniczo spałam – z zatyczkami w uszach, przez co nie słyszałam za kilkoma pierwszymi razami budzika (zapomniałam wyłączyć) i dziwię się bardzo, że nikt mnie za to nie zabił, albowiem przymusowe bycie obudzonym o 6:20 czymś takim raczej nie jest przyjemne (przerabiam to w końcu codziennie). Jak sobie pomyślę, co mogli mi ukraść w tym czasie (nie wiem czy pan siedzący za mną znalazł w końcu swój sweter czy faktycznie mu go ktoś ‚zajebał’…) to robi się trochę słabo, ale ja przecież MUSZĘ wozić ze sobą wszędzie aparat, laptopa i gotówkę. Obiecałam sobie to travel light przecież i dlatego obawiam się, że długo się już nie obronię przed jakimś urządzeniem typu sraj/smart/i Phone – a ja nie lubię takich zabawek…
A więc dotarłam do Katowic (i jak to zawsze w tym miejscu – uderzyła mnie przygnębiająca brzydota tego miasta. Przykro i nawet trochę wstyd mi nawet, że urodziłam się w chyba najpaskudniejszym mieście na świecie…) i z mamą (specjalnie zamieniła się w pracy żeby przyjechać też) pojechałyśmy najpierw do Chorzowa – odwiedzić Dziadka. Z nim widziałam się ostatni raz latem – po drodze do Paryża nocowałyśmy u niego właśnie i zależało mi żeby tam podskoczyć chociaż na chwilę. Od Dziadka, tata zawiózł nad do Babci – Ruda Śląska. Babci nie widziałam… 1,5 roku! Ostatni raz odwiedziłam ją tuż po mojej obronie (po drodze nad morze) i później raz z nią rozmawiałam na skype, ale płakała i nie chciała już więcej… Dlatego na tych odwiedzinach zależało mi nawet jeszcze bardziej. Był też u niej Wielebny Wujek – mył okna, więc zrobił się z tego prawie zjazd rodzinny. I mogłam wziąć prysznic i się wreszcie przebrać (co jest ważne, bo cały poprzedni dzień czułam się jak menel w dodatku łażąc z reklamówką z supermarketu, a po nocy w autobusie było jeszcze gorzej). Postanowiłam, że z obojgiem dziadków (i większą częścią rodziny) spotykamy się dokładnie za miesiąc – przylatuje z Gruzji, a bliźniaki mają wtedy urodziny więc trzeba koniecznie jakiś event zorganizować! Z powodu nieodwiedzania rodziny miałam już naprawdę ogromne wyrzuty sumienia, a to, że dziadkowie mówili głównie o tym, że już im niewiele życia zostało… Babcia tak mówi od zawsze, ale w przypadku Dziadka to nowość (chociaż jest od niej o 10 lat starszy i w znacznie gorszym stanie, zawsze i wciąż jeszcze miał większy dystans i poczucie humoru…) Dlatego myślę, że to właśnie te spotkania nadały sens całej mojej szalonej podróży.
Ale przyszedł czas na zrealizowanie jej podstawowego celu – pojechaliśmy do Tarnowskich Gór żeby ciocia Jadzia zrobiła mi zęba. Z nią też nie widzieliśmy się dawno i siedząc na fotelu dentystycznym słuchałam mamy z ciocią rozmawiających sobie o życiu. Zęba mi więc zrobiła (rzeczywiście było to konieczne jak najszybciej, ha! Ale muszę się szykować na koronkę ‚jak przyjadę na dłużej’, bo zostało z niego może 30%, reszta to plomba…), a nawet drugiego jeszcze jako bonus (nie widać ani czuć było, że z nim też coś) i nie dała sobie nawet zapłacić, przyjęła tylko drobny prezent z Norwegii… Opuściłam gabinet odprowadzona morderczym wzrokiem trzech pań czekających w kolejce…
Pojechaliśmy prosto do Pyrzowic, przepakowałam się (z mamą powymieniałyśmy się trochę rzeczami przy okazji, udało mi się w tym zamieszaniu zapodziać gdzieś Valerin niestety…), ubrałam na siebie to, co się nie mieściło, przemyciłam śpiwór w torbie z tax free no i poleciałam do Bergen. Przespałam prawie całą drogę. Z lotniska odebrała mnie Anne – po drodze zebrania tuż obok. Przed spaniem już tylko ulubiony kisiel, orzechowa Soplica i burza z piorunami i mega gradem, a więc wszystko powoli wraca do normy…

/Jak się okazało później – zdążyłam dolecieć zanim pogoda zwariowała, pozamykali lotniska i pozasypywało drogi… Ale spokojnie – teraz znów mamy deszczowo, normalnie…/

Logistyczny majstersztyk, jestem w szoku, że udało się tylu osobom zgrać ze sobą żeby mi pomóc (tym bardziej, że tata mój nazajutrz miał jechać do Liechtensteinu i w międzyczasie załatwiał trylion jeszcze spraw z tym związanych…). Nie znoszę prosić o pomoc i zawracać ludziom głowy, robić dodatkowych problemów i zawsze staram się tego uniknąć, ale muszę przyznać, że tym razem ciesze się, że tak to wyszło! :) Jestem im wszystkim niesamowicie wdzięczna!

Jedynie co to, szkoda, że nie dam już rady ogarnąć kolejnej wyprawy i w weekend dojechać do Marty (tak w okolice Oslo) na jej spektakl… Ale no nie da się wszystkiego – muszę się uczyć!!! I dojść do siebie w ogóle najpierw…

 

pointylizm

06 paź

[OSTRZEŻENIE: notka zawiera słowa powszechnie uważane  za wulgarne.]

Pointylizm lub puentylizm (z fr. pointiller – kropkować, punktować) – neoimpresjonistyczna technika kształtowania formy obrazu, polegająca na budowaniu kompozycji obrazu poprzez zapełnianie gęsto rozmieszczonymi, różnobarwnymi punktami i kreskami kładzionymi na płótno czubkiem pędzla. Te punkty i kreski, oglądane z odpowiedniego, uzależnionego od ich wielkości oddalenia, zlewają się w jedno, tworząc obraz. Technika stanowiła rozwinięcie dywizjonizmu. /definicja ciotki Wiki/

Po skończeniu fotoksiążki moje paryskie wspomnienia trochę odżyły i znów, a raczej bardziej zachciało mi się farby. Kolorów. Dlatego informacja, że za tydzień na Fides zrobimy sobie ‚paint night’ ucieszyła mnie bardzo. Tym sposobem weszłam na kolorowy tor myślenia i następne parę dni upłynęło mi na czytaniu sobie nt malarstwa, fotografii i sprzętu foto (lista zakupów wciąż niemiłosiernie się rozrasta…) – w końcu to wszystko się łączy mocno, w końcu od dawna sie tym niby interesuję, ale mam trochę jeszcze uboga wiedzę w tym zakresie.  W sobotę (jeszcze poprzednią) przyjechała Marta do mnie wreszcie i wreszcie na dłużej trochę; mogłyśmy pogadać do woli, do nocy, a w niedzielę poszłyśmy też razem na Fides i malowanie było… Efektem mojej twórczości był portret Benjamina, który może i ukazywał odrobinę więcej niż tylko powierzchowność ‚modela’ (a takie było założenie), ale pod względem artystycznym dorównywał obrazkowi dziecka z podstawówki, a w dodatku (o ja nieszczęsna…) został fejsbukowym profilowym foto Benjamina.

Muszę sobie kupić farby w końcu. I papier. I robić więcej zdjęć.

Po niedzieli tamtej pointylizm trwał nadal chociaż bardziej metaforycznie – jako zbiór błahych, małych spraw i zdarzeń, które po skumulowaniu, zestawieniu ze sobą, dały w rezultacie wrażenie, impresję. I to ogólne wrażenie sprowadzało się do tego, że jest, kurwa, niedobrze. Niezmiennie martwię się o Kamila, też o Gabę i jej zdrowie, o które chyba nie dbają wystarczająco tam daleko… To właśnie z Gabą, na linii Norwegia-Gruzja, odbyło się w tym tygodniu sporo rozmów obfitujących w najpiękniejsze polskie wulgaryzmy. Dziękuję Ci za to, Gabo. Ale martwię się trochę o innych ludzi też, bo ostatnio taki niedobry nastrój jest jakoś wyjątkowo powszechny. Kurs korony norweskiej jest bardzo przykry ostatnio, rozwalające było zrobienie tony urodzinowych naleśników (a wcześniej ‚spotykamy się w kuchni o 5:30′ żeby zdążyć z urodzinowym, tradycyjnym = gofrowym śniadaniem), bolało, że skończyła się sól, a ta wredna baba z avasta niestrudzenie, po kilka razy dziennie swoim beznamiętnym głosem informuje mnie o aktualizacji bazy wirusów i nie reaguje wcale nawet na ‚zamknij się ty głupia suko!’. Odwołali mi kolejną grupę z norweskiego (z  trudem powstrzymałam się od odpowiedzi na maila staropolskim ‚kurwa.’) i ostatecznie jestem zapisana na kurs superintensywny (4x3h/tydzień w sumie 13 razy) z poziomu poprzedniego, bo nie chciałam chodzić popołudniami. Zaczynam za tydzień czyli 14-go. Do tego Julka się jakby kiepsko czuła i siedziała w domu (z rodzicami na zmianę pracującymi w domu i tylko przez 2 dni ale jednak) więc starałam się ją jakoś zająć (farby, masa solna, bajki, Lego, gry), wszyscy mieli zaś dużo pracy i stresów. W ciągu 6 dni byłam na zewnątrz tylko 2 razy na spacerze i źle to na mnie wpływa, jestem dziwnie osłabiona i obolała, a od przedwczoraj zrobiło się znów deszczowo i znów z gór nici. Powiecie mi, że to wszystko tylko PMS i okres – mam wrażenie, że faceci jak już odkryją istnienie tego zjawiska, próbują tym tłumaczyć wszelkie zło tego świata… Ta.

Ale nie ważne – wczoraj zaczęły się ferie jesienne (o których myśl jako jedyna trzymała mnie w jednym kawałku w tym tygodniu), rodzinka poleciała do Dubaju (oby im te wakacje dobrze zrobiły), a ja jestem tu i odpoczywam oraz, jak widać użalam się nad sobą. Idę wieczorem na Fides, w środę chcę pojechać na parę dni do Valen (myślałam żeby z Marysią odwiedzić Martę w jej nowej szkole i domu ale bilety w rozsądnych cenach się już skończyły, zostawiam sobie to na później). Może po prostu polenię się trochę jeszcze zanim się zacznie ten cały norweski i szybki wypad do Polski (17-20.10), a potem oczywiście będę żałowała straconego czasu…

Ale wiecie, nie powinnam tak narzekać i może dlatego nie piszę tu za często, aż wręcz zaczynacie mnie ponaglać. Może liczyliście, że wreszcie napiszę coś bardziej optymistycznego? Nie powinnam narzekać, bo nic mi w sumie złego się nie dzieje, pointylizm nie powinien przecież aż tak boleć. Myślę, że takie coś ma prawo boleć:

„Franio nadal fatalnie się czuję,nie przyjmuje płynów,ani jedzenia cały czas krwawi,ślinotok sięga zenitu,jest spuchnięty,nie oddaje moczu.Zwiększyli mu dawkę morfiny,bo nie daje rady funkcjonować.Cały dzień,leżał w łóżeczku,jedynie skusił się na  wieczorną kąpiel,nie było mowy o zabawie,cały dzień nie powiedział do mnie nawet jednego słowa(nie łyka śliny tylko trzyma ją ciągle w buzi po czym dławi się i krztusi krwią)Jedynie z czego Franio był zadowolony dzisiejszego dnia i czym się przyczyniłam do tego zadowolenia to trafiłam z kupnem bajki o zwierzątkach.Obejrzał całą 60minutową bajkę,bez mrugnięcia okiem.Chociaż tyle.Drugim zajęciem na które się skusił było czyszczenie korków”leko”do słonika.Jego ulubione zajęcie.Może jutro ta 9doba od przeszczepu pokaże minimalny  wzrost ku górze.Dziś minęło 2tygodnie od przyjęcia nas na oddział,tyle biedny musi siedzieć w całkowitym zamknięciu,odizolowany od świata.A ile jeszcze przed nami? Niewiadomo,ciężo jest…” Franio ma 2 latka.

Ludzi, którzy maja prawdziwe problemy jest mnóstwo. Czas przestać się przejmować pierdołami. Naprawdę.

 
 

Uciekam?

25 wrz

Muszę się do tego przyznać…
Moje mocne postanowienie sprzed wakacji odnośnie szukania pracy, po powrocie tu zakopałam gdzieś pod stertą nieposkładanych ciuchów i omijam to miejsce szerokim lukiem. Prawie nie przeglądam już ogłoszeń, a jeśli niedajboże coś znajdę, to zwykle znajduję też od razu powód by jak najszybciej tą stronę zamknąć i wywalić z pamięci. Nie mogę zmusić się do siedzenia nad norweskim, też pewnie dlatego, że argument ‚jeszcze jest za słaby’ odsuwa w bliżej nieokreśloną przyszłość poważne szukanie pracy. Ciężko mi się pogodzić nawet z myślą, że mój beztroski czas przerwy i relaksu ma się tak po prostu skończyć i że miałabym opuścić bezpieczną przystań (gdzie mimo wszystko jednak pracuję, a przynajmniej zarabiam, nie pasożytuję i do tego jest mi dobrze i ludzi tych lubię) i wrócić do trybu ‚życie jest przytłaczające i stresujące’. Przecież nie po to to wszystko było, cały poprzedni rok, żebym wróciła do punktu wyjścia. Przecież życie moje ‚normalne’ ma się zmienić na lepsze. No i ma być normalne czyli mam stać na własnych nogach i sobie radzić. Jak to Iza stwierdziła: „normalna praca jest dla dorosłych poważnych ludzi :P” no, a ja się nie czuję ani, ani. I może tu o to też chodzi, ale tak czy inaczej prowadzi to do rezultatu takiego, że unikam, uciekam. Torstein (szwagier) mnie generalnie w niedzielnej rozmowie motywował z całych sił do próbowania, aplikowania i to najlepiej w całej Norwegii (a na Svalbardzie to już całkiem jest strefa tax free…) i zmęczyło mnie to. Głupio jest odpuszczać takie zarobki i możliwość zdobycia doświadczenia z powodu ‚boję się’. Ale tak naprawdę powód mojego strachu to nie do końca tylko obawa przed rzuceniem się na głęboką i nieznaną wodę, ale o nawet wiele bardziej fakt, że czuję się beznadziejnym biotechnologiem. Dyplom z UJ nic dla mnie nie znaczy. Mam wrażenie, że wiedza (a właściwie jej śladowe ilości) już się dawno ulotniła, a z powodu długiej przerwy o ‚zdolnościach laboratoryjnych’ też już nie mogę mówić. Czuję, że mam zupełnie puste ręce i nie mam z czym się stawić na jakąkolwiek poważną rozmowę kwalifikacyjną.  Do tego czuję się słaba. Czasem mam wrażenie, że jestem wręcz najsłabszym ogniwem w tym domu, a moje drzemki, nadmierna męczliwość – prowadzą mnie w pole obaw, czy w ogóle jestem w stanie pracować na pełny etat. To wszytko nie brzmi jak „Proszę Państwa, z całą pewnością jestem najlepszym kandydatem na to stanowisko!”, nieprawdaż?
Równie mocno przeraża mnie fakt, że tak naprawdę nie mam do czego wracać w naszym kraju. Do kogo tak, jeszcze, ale to nie zmienia faktu, że perspektyw pracowych nie ma dla mnie. A chcę kiedyś, choć na trochę, wrócić…

A z Bieżących to tak: weekend spędziliśmy rodzinnie w domu, udało mi się też wreszcie dotrzeć na Fides. Odkryłam, że z niewyspania można mieć nie tylko kaca, ale też gastro. Zaliczyłam po raz kolejny moją górę – tym razem piękna pogoda i niesamowita widoczność (dalekooo w górach wiatraki, lotnisko, miasto, port i ocean…).  Ach, a w piątek jeszcze skończyłam (po milionie godzin nad tym spędzonych) fotoksiążkę z Paryżą; nie chwaląc się – jest zajebista ^^

Także bardzo źle to ogólnie wcale nie jest.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

ROK

08 wrz

a ROK to mało, czy dużo? Kiedyś myślałam, że strasznie dużo, że stracić ROK to jak zafundować sobie jakąś czasową w życiorysie przepaść. Stracić ROK. I może właśnie dzięki temu zamiast 1 roku straciłam 5 lat? Co najmniej 5.  I przynajmniej w pewnym sensie straciłam. Ale ROK potrafi minąć bardzo szybko, a im więcej ma się lat na koncie tym bardziej wydaje się, że czas coraz bardziej przyśpiesza i myślenie się trochę zmienia…

Stuknął mi właśnie ROCZEK od kiedy Adam ze Stasiem po wielu przygodach dowieźli mnie na lotnisko do Gdańska i teleportowałam się to TEJ, zupełnie innej rzeczywistości. ROK pełen przygód, podróży, okresowo skumulowanych imprez, dobrych spotkań, przemyśleń. Rok wypełniony poznawaniem nowych kultur, miejsc, smaków, dźwięków. Plan Naprawy Mojego Życia udaje mi się realizować w nawet większym stopniu niż się tego spodziewałam i nareszcie czuję, że żyję. A więc potraktowałam CZAS jako kapitał i zainwestowałam ten 1 ROK i mam wrażenie, że w ten sposób kapitał się pomnożył, że zyskałam kilka lat. Że w pewnym sensie odzyskałam trochę z mojej straconej młodości i w pewnym sensie przez tą intensywność życia jakby nadrobiłam trochę, chociaż wydawało mi się, że straconego czasu nie da się w żaden sposób odzyskać. Ale kto mi zabroni zaginać czasoprzestrzeń? Teraz wiecie dlaczego mam cel żeby wyciskać z każdej chwili 300% i dlaczego nosi mnie tu i tam z taką częstotliwością. Na pewno nie chcę już patrzeć jak życie przecieka mi przez palce, o nie. Chcę się upijać życiem! A więc wystarczy zaledwie ROK żeby aż tyle naprawić?

Ale przygoda się nie kończy wraz z upływem roku, chociaż takie (a nawet krócejterminowe) było pierwotne, robocze założenie. Przygoda trwa, dzieją się wciąż rzeczy niespodziewane i nie wiem jeszcze gdzie mnie poniesie życie i czy, skąd oraz o czym będę mogła napisać za ROK. Mam szkic, plan bardzo otwarty, listę celów do osiągnięcia i marzeń do urzeczywistnienia, ale nie wiem jeszcze jak się wszystko potoczy. Jestem za to spokojna, to też się zmieniło w ciągu tego roku. Spokojna ale też podekscytowana, bo mam nadzieję, że zdarzy się mnóstwo niesamowitych rzeczy – mam zamiar im trochę pomagać żeby się działy, ale też wszystko w swoim czasie. Wszystko jest kwestią podejmowania odpowiednich, małych lub dużych decyzji, w odpowiednim czasie – tego się właśnie cały czas uczę. I wciąż podtrzymuję, że wyjazd tutaj właśnie w tym, a nie innym, czasie był jedną z najlepszych jakie w życiu podjęłam :)

A zatem: SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!! :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

big, big summary

04 lip

No musi ono się przecież wydarzyć.
Rok (i kilka dni) temu się obroniłam i skończyłam studia, zupełnie wtedy nie wiedząc, co ze sobą zrobić. W głowie miałam tylko ‚jechać już wreszcie nad morze!’. Teraz też mam głowę pełną morza, ale jest mi zupełnie inaczej – ze wszystkim właściwie.
Kiedy, w sierpniu, decydowałam się na wyjazd tu, miałam mnóstwo obaw i wątpliwości – wszystko wydawało się krokiem zupełnie na przekór ludziom i normom, wszytko było obarczone ryzykiem, wszystko było jednym wielkim znakiem zapytania. Słyszałam opinie od bardzo pozytywnych: ‚jedź, zdobywaj, odkrywaj, szalej’, do dość negatywnych jak choćby: ależ jak to nie doktorat, z takim wykształceniem do takiej roboty… Usłyszałam ‚po studiach, a jedziesz na służbę’ oraz najlepsze określenie ‚niewolnica!’ (by babcia)… Wiem, że większość z tych komentarzy wynikała z troski, ale niektóre jednak mnie dołowały albo nawet bolały. Ale zrobiłam to, odważyłam się wreszcie i teraz Wam podsumuję efekty tej decyzji.

  • Potrzebowałam SANATORIUM, odpocząć i odstresować się, odzyskać siły, uspokoić się, przemyśleć co nieco. Miałam tu ku temu idealne wręcz warunki, a więc się udało. Nareszcie czuję, że ŻYJĘ.
  • Chciałam po prostu ruszyć dupę, zmienić coś, wyjść poza schemat, w którym tkwiłam, rozwinąć żagle – zawsze mi ku temu brakowało odwagi, i (przynajmniej tak mi się wydawało) możliwości. Udało się i już teraz się tak nie boję, Świat stanął otworem.
  • Chciałam się nauczyć radzić sobie z podróżowaniem, zrobić wreszcie to, o czym  zawsze marzyłam. Zrobiłam to, dopiero się rozkręcam, ale już (po tych kilku przygodach, perypetiach i moich błędach) idzie mi coraz lepiej chyba. Zobaczymy jak to jutro wyjdzie :P
  • Od 15 lat marzyłam o powrocie do Norwegii. No i jestem :)
  • Zależało mi na poćwiczeniu angielskiego szczeg. w mowie – praktykuje codziennie, wiem, że jeszcze może on być o wiele lepszy no i idę w tym kierunku.

Ale to jeszcze nie wszystko, bo:

  • Nie zależało mi specjalnie na norweskim, ale się coś tam nauczyłam, teraz mi zaczęło zależeć no i mam okazję jeszcze się nauczyć więcej – kolejny plus. Mózg mi pracował przynajmniej trochę.
  • Okazało się, że mam sporo czasu wolnego i dzięki temu więcej go spędziłam wirtualnie, ale z Wami. Na pewno więcej niż siedząc w Krakowie. Poznałam (na żywo) trochę fajnych osób. No i nawet odgrzebałam niektóre stare znajomości, cieszy to.
  • Apropos starych znajomości, znajomości ‚od zawsze’ – niezmiernie się cieszę z odnowienia i rozwinięcia relacji z rodziną Krakusów, którzy mnie tu serdecznie przyjęli! Dużo dobrych i szalonych chwil razem… Nawet przypadkiem spotkaliśmy się jeszcze w ostatnią niedzielę, tak na zakończenie sezonu! Niesamowicie to wszystko fajne :)
  • Wróciłam do chodzenia po górach, za czym bardzo tęskniłam.
  • Dorobiłam się upragnionego sprzętu fotograficznego i trochę się poduczyłam w tej dziedzinie. Ciągle raczkuję jeszcze, ale cieszę się, że mam możliwość rozwijania tej pasji!
  • Wróciłam (szczeg. w okresie zimowym) do czytania książek i nawet już po angielsku czyta mi się lepiej, poza tym były fajne i mam… 4 następne, kupione w 5 min zanim szybko wyszłam ze sklepu, powstrzymując się od przeglądania kolejnych… :P
  • Odkryłam sporo fajnej muzyki, w końcu miałam na to czas.
  • No właśnie… nareszcie zaczęłam MIEĆ CZAS!
  • Trochę się rozruszałam, było wreszcie więcej biegania, rzeczonych wycieczek górskich i spróbowałam troszkę nowych sportów.
  • Okazało się, że potrafię gotować, popróbowałam i nauczyłam się nowych rzeczy i mam ochotę na więcej! Ogólnie zmieniła mi się dieta na lepszą i nawet nauczyłam się pić wodę (dobrą, nie krakowską, choć kranówkę ;)
  • Ogarnęłam się trochę, posłuchałam siebie i mniej więcej nadałam swojemu życiu jakiś kierunek. Zobaczymy, czy dobry.
  • Nie wiem czy się nawróciłam, ale byłam w spowiedzi, a więc i płaszczyzna duchowa nie została pominięta.
  • Miałam okazję popracować i troszkę zaoszczędzić zarobionej kasy, ale nawet ważniejsze było to, że w tej ‚pracy’ jestem doceniana, szanowana, a nawet kochana! Moja host family jest cudowniejsza niż bym sobie mogła wyobrazić i nawet się cieszę, że jeszcze jakiś czas z nimi zostanę. Przebywanie z nimi i każda ciekawa rozmowa na pewno mnie ubogaciły. Wiecie, każda spotkana osoba, której powiedziałam, że pracuję jako au pair, pytała z troską w głosie i zaniepokojeniem widocznym w oczach: ‚ale traktują Cię tam dobrze?!’ Najwidoczniej wszyscy się nasłuchali dziwnych historii nt wykorzystywanych au pair; mnie nic takiego nie spotkało (większości z moich znajomych au pair – głównie Filipinek, też nie). Naprawdę mam szczęście!

Cóż rzecz, zadowolona jestem niezmiernie, był to najlepszy z roków chyba od czasów podstawówki, była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. WSZYSTKO ułożyło się wręcz IDEALNIE.

Dobranoc.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Przemyślenia

 
 

  • RSS