RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘A droga długa jest…’

Gruziński Inny Świat

04 sty

Usiądź wygodnie – bajka będzie długa…

Nigdy wcześniej nie zapuszczałam się tak daleko na wschód, a nawet uświadomiłam sobie, że nigdy wcześniej nie wybyłam nawet poza granice naszej strefy czasowej… Nie, ja wcale jeszcze nie podróżuję ani dużo, ani daleko, chociaż już coraz więcej i coraz dalej. Podróż do Gruzji w planach miałam już od dawna, od prawie roku – od kiedy Gaba wymyśliła, że tam pojedzie na wolontariat, wcześniej mnie ten kraj jakoś specjalnie nie interesował. Pomysł na wyjazd, to kiedy, jak i z kim ewoluowało bardzo, aż w końcu, we wrześniu, kupiłam bilet na Sylwestra (w sumie okazało się, że raczej zrobiłam to za wcześnie, ale mniejsza o to). Skoro bilety już były kupione, to luźno zaplanowałyśmy (a raczej ja niezorientowana zupełnie, zostawiłam to Gabie) wszytko wokół tego.
[Polecam teraz wejść sobie w maps.google.pl i wpisać: Kutaisi, Zugdidi, Tbilisi, Gori - tak dla wyobrażenia przestrzennego.]

DZIEŃ 1
Tripa oficjalnie zaczęłyśmy od grzańca jeszcze u mnie w domu (to ‚na poprawę humoru’ było, bo akurat wtedy żadna z nas nie miała specjalnie ochoty na ten wyjazd… ale mimo wszystko postanowiłyśmy zrobić tak żeby było fajnie) w noc przed wyjazdem, bo o 3-ciej pobudka a po 6-tej wylot z Katowic do Kutaisi (tata mój się zaoferował nas na lotnisko zawieźć). Lot w zasadzie prawie cały przespałam, obudziłam się dopiero na komunikat pilota, że na zewnątrz jest -63 stopnie i lecimy nad Kaukazem. Zasadniczo widok wyjątkowy: ośnieżone szczyty wyłaniające się z morza chmur… A więc na miejscu byłyśmy w południe (3h lotu + 3h zmiany czasu). Od razu na wstępie przeżyłam swój pierwszy szok kulturowy (mimo, że Gaba uprzedziła mnie wcześniej, że tak właśnie będzie), jakim była walka (werbalna) z taksówkarzami; zwłaszcza jeden nam bardzo nie chciał dać spokoju, ale Gaba (bo ja oczywiście ani po gruzińsku ani po rosyjsku niet, nawet alfabetu…) go w końcu spławiła i ostatecznie do centrum dojechałyśmy marszutką. Marszutka to busik pełen groźnie wyglądających panów (ja nie wiem dlaczego ale Gruzini na mnie po prostu robią takie wrażenie…), trochę zadymiony (bo jak chcą to palą w środku) i po prostu niespecjalnie czysty, który osiąga czasem zawrotne prędkości i którego kierowca niekoniecznie musi być trzeźwy (chociaż nasz chyba akurat był). Po drodze moje oczy zaczęły się przyzwyczajać do widoku typowo gruzińskiej zabudowy i… krów – takich troszkę bardziej kosmatych i brązowych, łażących wszędzie po drogach. Gaba nauczyła mnie kilku podstawowych słów: ara = nie (bardzo przydatne szczególnie jeśli się ma do czynienia z taksówkarzami), gamardżoba = dzień dobry, gaumardżos = toast, a mama = ojciec i w zasadzie tyle powinno mi było wystarczyć. Przesiadłyśmy się na kolejną marszutkę – do Zugdidi czyli tam, gdzie mieszka teraz Gaba. Zobaczyłam troszkę miasta (generalnie park z muzeum mógłby nawet robić niezłe wrażenie (mimo krów pasących się i tam) gdyby pogoda nie była taka szaro-buro-zimna). Zjadłyśmy jakiegoś fastfooda, bo niestety to Sylwester i wcześnie pozamykali restauracje z lokalnym jedzeniem. Wieczorem oświetlone miasteczko wyglądało mniej smutno i mniej biednie niż za dnia, ale petardy wybuchające zdecydowanie zbyt blisko nas, zagnały nas do domu. Trochę dziwnie było w Sylwestra mijać ludzi sprzedających choinki – w tydzień po naszych świętach, na tydzień przed prawosławnymi, ale jeszcze bardziej zdziwiły mnie automaty do losowania… papierosów (takie z łapką, jak u nas z pluszakami). Zasadniczo całe to otoczenie zrobiło na mnie dość mocne, przytłaczające wrażenie i chyba z tego powodu odpuściłam sobie w końcu nawet robienie zdjęć. Poza tym byłyśmy już wściekle zmęczone, mimo godziny dopiero 20-tej (a w Pl 17) i zamiast dopić wino i pobiesiadować z domownikami – postanowiłyśmy się zdrzemnąć… Tyle, że drzemka zasadniczo przeciągnęła się do samego rana, z przerwą na fajerwerki (obejrzane z okna, bo przecież nie będziemy wychodzić) – tym sposobem był to chyba najbardziej obfity w sen Sylwester jakiego sobie można wyobrazić. Moje obawy względem tego, że skończymy na jakiejś pijackiej imprezie i obudzimy się 3 dni później, się na szczęście nie urzeczywistniły.

DZIEŃ 2
Pierwszy dzień roku 2014 zaczęłyśmy płatkami śniadaniowymi, zmuszone do pogodzenia się z faktem, że rury zamarzły i wody nie ma, a więc i umyć się nie umyjemy. Mój podziw dla Gaby (który wcześniej i tak już był ogromny), że tam w ogóle jest w stanie wytrzymać, wzrósł jeszcze bardziej. Poczułam, że jednak Norwegia mnie rozpuściła totalnie. W planach miałyśmy podróż do stolicy – pociągiem. Nie była to klasa pierwsza, ani nawet druga, ale generalnie nie było źle i te 7 czy 8h w nim jakoś nam zleciało – na pogaduchach, czytaniu, spaniu i oczywiście oglądaniu widoków (na tyle na ile było je widać przez usyfione szyby). A widoki różne – góry, miasteczka, wioski – niektóre naprawdę w kiepskim stanie, jakby od wojny (która skończyła się 5 lat temu) nic się nie zmieniło. Poza tym widziałyśmy też pociągi lepsze od polskich PKP, ale nie jechały one na naszej trasie niestety. Gaba znów mnie zaskoczyła- tym razem rozmawiała po drodze parę razy z jednym z konduktorów. Mnie Ci ludzie tam zasadniczo nie przestali przerażać (chociaż może nie są niemili, ale ja po prostu chyba nie lubię jak mnie ktoś bez powodu zaczepia i to w języku, którego totalnie nie rozumiem…). Zdążyło się zrobić już w zasadzie ciemno w momencie kiedy wysiadłyśmy z pociągu i miałyśmy znaleźć nasz nocleg – u sióstr Salezjanek (?) i tym sposobem po zmroku właśnie, włóczyłyśmy się po dzielnicy Tbilisi, która wyglądała dość strasznie, w dodatku od czasu do czasu wybuchały gdzieś petardy – scena trochę jak z horroru… Wciśnięty gdzieś w tą straszną rzeczywistość, trochę jak gruzińska mandarynka – brzydka z wierzchu, ale dobra i słodka w środku, znalazłyśmy wreszcie dom Sióstr. Okazał się on dla nas wybawieniem, oazą luksusu (mimo, że siostry pytały czy nie przeszkadzają nam ‚warunki studenckie’) – matkooo… była ciepła woda (!), za to Gaba najbardziej jarała się ogrzewaniem podłogowym i kaloryferami; stwierdziła, że będzie tam wpadać częściej. Zanim jednak zażyłyśmy cudownej kąpieli i rzuciłyśmy się na kolana z wdzięczności w kaplicy – poszłyśmy na obiad do Khinkali House – wielkiej restauracji z tradycyjnym jedzeniem (zatłoczonej i tradycyjnie zadymionej ale jakims cudem znalazło się dla nas miejsce). Największą atrakcją wieczoru tam (poza samymi khinkali z lemoniadą w butelce wyglądającej jak na wódkę) była bójka między gośćmi… Podobno jednak to nie jest na porządku dziennym, więc wychodzi na to, że miałam ‚szczęście’ ;)

DZIEŃ 3
A więc chodzi o to żeby zobaczyć w stolicy jak najwięcej, mimo zimna i mgły. Gaba zna już miasto wystarczająco dobrze, żeby pokazać mi co nieco. Uderza mnie, już od samego wyjścia z domu sióstr, że pod rozwalającymi się domami zaparkowane są naprawdę wypasione samochody – Mercedesy, BMki itd. To, że są w większości czyste, jeszcze bardziej kontrastuje z otoczeniem. Tak wygląda w zasadzie całe centrum Tbilisi, 5-gwiazdkowe hotele, restauracje, banki, instytucje publiczne, atrakcje turystyczne – one właśnie są utrzymane ‚w standardach europejskich’, zadbane – one wszystkie sąsiadują z rozpadającymi się domami/kamienicami. Tak czy siak zapewne latem stolica wygląda całkiem nieźle. Pojeździłyśmy metrem (tak, w Tbilisi jest nawet metro), przeszłyśmy się nowoczesnym mostem zwanym podpaską, przejechałyśmy się kolejką pod pomnik Matki Gruzji, obejrzałyśmy kilka cerkwi – w tym najstarszą (Sioni) oraz największą (Sameba) i na chwilę zatopiłyśmy się w tej niesamowitej, panującej w nich, atmosferze. Byłyśmy też na katolickiej mszy. Obejrzałyśmy fajne obrazy, których ani nie miałybyśmy jak przewieźć, ani gdzie potem powiesić i widziałyśmy gruzińską suprę czyli coś w stylu imprezy (w każdym razie stół z jedzeniem i winem) w samym środku parku czy czegoś w tym stylu. Zjadłyśmy pyszne adżarskie chaczapuri, pojechałyśmy obejrzeć miasto po zmroku z trochę innej perspektywy tzn. z góry, zmarzłyśmy (a przynajmniej ja), posiedziałyśmy na cwanym czaju (czyli zielonej herbacie) w fajnej (tylko zadymionej tak, że po godzinie musiałam wyjść bo moje oczy już mocno szczypały) kafejce. Na dobranoc już tylko upragniony prysznic i kaplica.

DZIEŃ 4
Obudziłyśmy się przy dźwiękach mszy zza ściany, której się zasadniczo nie spodziewałyśmy, a przecież mogłybyśmy w niej uczestniczyć bardziej czynnie niż przewracając się w śpiworach na drugi bok… Pogadałyśmy jeszcze z siostrami (2 Polki i 1 Hinduska tak w ogóle) i księdzem (też Polak) i ruszyłyśmy w trasę. Po pierwsze: kino. Tak, tak. I ponieważ na Hobbita ani Krainę Lodu nie miałyśmy się jak czasowo wyrobić, poszłyśmy na gruzińską komedię. I cóż z tego, że nie znamy języka. Scenariusz okazał się kalką z amerykańskiej ‚pani Doubtfire’, więc tym bardziej język nie był barierą dla zrozumienia treści. A kino tak btw pokroju multiplexu, zdecydowanie fajniejsze niż cieszyńskie. I w Tbilisi są ze 4 kompleksy kinowe, za to w innych miastach póki co nie ma wcale (przynajmniej w tych, w których byłyśmy, w Kutaisi otwierają niebawem). Po kinie marszutka do Gori – miasta z którego pochodził Stalin (tak, ja też wcześniej nie wiedziałam, że Stalin był Gruzinem…). Jest tam muzeum mu poświęcone, z przeniesionym domem rodzinnym i wagonem pociągu, którym podróżował – żadnego z nich nie zwiedzałyśmy w środku, jedynie wszytko obeszłyśmy z zewnątrz dookoła. Miasteczko skoncentrowane jest wzdłuż jednej, głównej ulicy, którą przemierzyłyśmy całą, zaczynając od muzeum, w poszukiwaniu kebaba i na jej końcu stacji kolejowej. Pociąg, który nadjechał, zrobił na mnie piorunujące wrażenie i od razu zrozumiałam dlaczego za podróż na odcinku ok 150 km płacimy tylko 1 lara (ok 2zł), potem zrozumiałam dlaczego jedziemy aż 4 godziny. Człowiek jest mimo wszystko istotą szybko się adaptującą i w zasadzie po niedługim czasie przestało mi robić różnicę czym się właściwie przemieszczamy. Poza tym słońce zeszło nisko i zrobiło się cudowne światło, a dzięki niemu udało mi się zrobić (w moim odczuciu) cudowne zdjęcie kobiecie siedzącej przy oknie. Pociągiem dojechałyśmy do Kutaisi. Z pociągu prosto do hostelu, a później niby tylko na zakupy małe, przy czym wylądowałyśmy jeszcze jednak na soku w fajnej kafejce. Ponieważ ‚tylko do sklepu’ więc i bez aparatów – pożałowałyśmy tego, bo i ładnie oświetlone centrum i fajne kadry w kafejce (wystrój + muzyka na żywo – skrzypce, pianino…). Wieczór skończyłyśmy lemoniadami o dziwnych smakach (waniliowa i zielona jak Ludwik – anyżowa?), głupawką i puszką gruzińskiego piwa na pół – takie to strasznie wielkie chlanie w tej Gruzji zaliczyłam :P

DZIEŃ 5
Jak na złość zrobiła się tego ostatniego dnia słoneczna pogoda… Przed moim odlotem zdążyłyśmy w zasadzie zaliczyć tylko śniadanie (bez mycia się, bo woda w prawdzie była ale lodowata) i bazar. Ale bazar w Kutaisi odwiedzić trzeba koniecznie chociażby żeby kupić coś dla rodziny na pamiątkę z tradycyjnych słodyczy, żeby poczuć tą specyficzną atmosferę, ponapawać się widokiem tego wszystkiego i ludzi. Żeby zrobić im kilka fajnych zdjęć. Autobus i marszutka na lotnisko, pożegnanie i poleciałam – tym razem sama. Jeszcze Kaukaz z Morzem Czarnym, udawanie, że się uczę norweskiego i wylądowałam… w sumie 5 minut przed wylotem :P (tak to jest kiedy lot trwa mniej więcej tyle, co różnica czasu). Z lotniska odebrana przez pół rodziny, pojechaliśmy poświętować urodziny bliźniaków do chrzestnych i pierwszą rzeczą o jaką ich zapytałam było ‚aaa… mogę się najpierw wykąpać?’ – Gaba, szkoda mi Cię wtedy było strasznie, że tam zostałaś…

Wiem, że brzmi to wszystko jakbym się strasznie rozksiężniczkowała i żądała luksusów. Pewnie myślicie nawet, że mam do Gaby jakieś ale w stylu ‚po coś Ty mnie tam zaciągnęła?!’ Ależ nie! Pogoda i to paskudne niedoleczone przeziębienie sprawiały, że miałam trochę zaburzona percepcję i tamtejsze warunki wydawały mi się trudne do zniesienia. Ale tak naprawdę odbieram ten wyjazd bardzo pozytywnie, bo zobaczyłam coś zupełnie innego niż zwykle, poza tym z fajną osobą wszędzie jest fajnie! :) Niniejszym Ci bardzo mocno dziękuję moja droga Gabo! ;) No i tak mi się wydaje, że na tym właśnie, na zobaczeniu jak się naprawdę żyje w danym kraju, polega podróżowanie. Że może tym się właśnie różni bycie podróżnikiem od bycia turystą. A w końcu chciałabym kiedyś zasłużyć na zaszczytne miano podróżnika. Co nie zmienia faktu, że nie chciałabym tam mieszkać :P

Czy polecam pojechać do Gruzji? Tak, ale latem, wiosną, jesienią – byle nie zimą.
Czy tam jeszcze kiedyś wrócę? Nie mówię nie – w góry i nad morze, a może łącząc to z Turcją – byłoby ciekawie…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii A droga długa jest...

 

Turystyka Stomatologiczna

05 gru

Zaiste życie moje w ostatnim czasie było zbyt nudne (ironia), a zatem musiało wreszcie wydarzyć się coś ekscytującego…
Jakieś 1,5 tygodnia temu zauważyłam, że mój, naprawiany już ponad 10 razy, ząb znów pękł (ostatnia wizyta z nim odbyła się na cito i dzięki staraniom mojej mamy i uprzejmości pana Bartosza, tuż przed moim pierwszym wylotem do Norwegii – czyli wrzesień 2012) i uznałam, że jeśli nie zrobię z nim czegoś natychmiast to do świat mogę już nie mieć go w ogóle. Pogadałam trochę tu z ludźmi nt warunków stomatologicznych tu na miejscu i utwierdziłam się w przekonaniu, że najlepiej byłoby ‚podskoczyć’ do Polski. Wydawało się to pomysłem szalonym, ale im dłużej o tym myślałam tym bardziej zaczęło to wyglądać jak opcja realna. Muszę przyznać, że moje skille odnośnie planowania i organizowania podróży są już na dużo wyższym poziomie niż rok temu i nie dałam się zwieść połączeniom proponowanym przez wyszukiwarki – znalazłam sobie opcję najprostszą z możliwych i przy okazji bardzo tanią – lot we wtorek do Gdańska, Polskiego Busa stamtąd do Katowic i lot powrotny z Katowic w środę popołudniu. Jeszcze rok temu takie połączenia bezpośrednie nie istniały! Tutaj zgodzili się na mój wyjazd, a mama uruchomiła machinę załatwiania wszystkiego w Polsce – wizytę u dalszej cioci-dentystki, tatę jako szofera, a ja zaczęłam kombinować jak załatwić przy okazji więcej spraw. To wszystko działo się z czwartku na piątek, to wszystko działo się na zasadzie ‚szybko, szybko zanim do nas dotrze, że to bez sensu!’. Poziom stresu jaki osiągnęłam w tych dniach (z powodu tego i mnóstwa innych tzw. spraw bieżących) jak się pewnie domyślacie – niewyobrażalnie ogromny! A psychosomatyczne konsekwencje tego stresu oczywiście bolesne.
Nadszedł wtorek i rozpoczął się dla mnie o 6:30, umywalką pełną krwi… krwotok z nosa przy myciu twarzy, no właśnie – psychoSOMATYCZNE. Potem (chcąc nie zaniedbać obowiązków domowych) zabrałam się za szybkie sprzątanie, pakowanie i pojechałam na lotnisko, testując nowe połączenie, które ostatnio nie wyszło nam z Marysią (10km w 1h za 50kr dwoma autobusami – dobra opcja, jeśli nie ma Cię kto podrzucić i o ile jedzie autobus podmiejski i masz na niego bilet miesięczny…) Lot spokojnie, trochę poczytałam z norweskiego nawet, a do zimnego Gdańska dotarłam ok 15:20 i pojechałam do Galerii Bałtyckiej na mały shopping (wg wcześniej pisanej listy drobiazgów, które w Norwegii kosztują straszne pieniądze, a u nas mniej znacznie – o dziwo dość szybko znalazłam to co chciałam). Przy okazji widziałam Warrena (Spadkobiercy) z dwójką malutkich dzieci, ale nie poprosiłam go o autograf. Wmusiłam w siebie trochę jedzenia, a później przejechałam w kierunku dworca i posiedziałam trochę w KFC (trochę fejsbuka i rozmów przez telefon). Polski Bus zawiózł mnie w 9h do Katowic więc byłam tam już o 8 rano. Po drodze rozłożyłam się na 2ch siedzeniach i zasadniczo spałam – z zatyczkami w uszach, przez co nie słyszałam za kilkoma pierwszymi razami budzika (zapomniałam wyłączyć) i dziwię się bardzo, że nikt mnie za to nie zabił, albowiem przymusowe bycie obudzonym o 6:20 czymś takim raczej nie jest przyjemne (przerabiam to w końcu codziennie). Jak sobie pomyślę, co mogli mi ukraść w tym czasie (nie wiem czy pan siedzący za mną znalazł w końcu swój sweter czy faktycznie mu go ktoś ‚zajebał’…) to robi się trochę słabo, ale ja przecież MUSZĘ wozić ze sobą wszędzie aparat, laptopa i gotówkę. Obiecałam sobie to travel light przecież i dlatego obawiam się, że długo się już nie obronię przed jakimś urządzeniem typu sraj/smart/i Phone – a ja nie lubię takich zabawek…
A więc dotarłam do Katowic (i jak to zawsze w tym miejscu – uderzyła mnie przygnębiająca brzydota tego miasta. Przykro i nawet trochę wstyd mi nawet, że urodziłam się w chyba najpaskudniejszym mieście na świecie…) i z mamą (specjalnie zamieniła się w pracy żeby przyjechać też) pojechałyśmy najpierw do Chorzowa – odwiedzić Dziadka. Z nim widziałam się ostatni raz latem – po drodze do Paryża nocowałyśmy u niego właśnie i zależało mi żeby tam podskoczyć chociaż na chwilę. Od Dziadka, tata zawiózł nad do Babci – Ruda Śląska. Babci nie widziałam… 1,5 roku! Ostatni raz odwiedziłam ją tuż po mojej obronie (po drodze nad morze) i później raz z nią rozmawiałam na skype, ale płakała i nie chciała już więcej… Dlatego na tych odwiedzinach zależało mi nawet jeszcze bardziej. Był też u niej Wielebny Wujek – mył okna, więc zrobił się z tego prawie zjazd rodzinny. I mogłam wziąć prysznic i się wreszcie przebrać (co jest ważne, bo cały poprzedni dzień czułam się jak menel w dodatku łażąc z reklamówką z supermarketu, a po nocy w autobusie było jeszcze gorzej). Postanowiłam, że z obojgiem dziadków (i większą częścią rodziny) spotykamy się dokładnie za miesiąc – przylatuje z Gruzji, a bliźniaki mają wtedy urodziny więc trzeba koniecznie jakiś event zorganizować! Z powodu nieodwiedzania rodziny miałam już naprawdę ogromne wyrzuty sumienia, a to, że dziadkowie mówili głównie o tym, że już im niewiele życia zostało… Babcia tak mówi od zawsze, ale w przypadku Dziadka to nowość (chociaż jest od niej o 10 lat starszy i w znacznie gorszym stanie, zawsze i wciąż jeszcze miał większy dystans i poczucie humoru…) Dlatego myślę, że to właśnie te spotkania nadały sens całej mojej szalonej podróży.
Ale przyszedł czas na zrealizowanie jej podstawowego celu – pojechaliśmy do Tarnowskich Gór żeby ciocia Jadzia zrobiła mi zęba. Z nią też nie widzieliśmy się dawno i siedząc na fotelu dentystycznym słuchałam mamy z ciocią rozmawiających sobie o życiu. Zęba mi więc zrobiła (rzeczywiście było to konieczne jak najszybciej, ha! Ale muszę się szykować na koronkę ‚jak przyjadę na dłużej’, bo zostało z niego może 30%, reszta to plomba…), a nawet drugiego jeszcze jako bonus (nie widać ani czuć było, że z nim też coś) i nie dała sobie nawet zapłacić, przyjęła tylko drobny prezent z Norwegii… Opuściłam gabinet odprowadzona morderczym wzrokiem trzech pań czekających w kolejce…
Pojechaliśmy prosto do Pyrzowic, przepakowałam się (z mamą powymieniałyśmy się trochę rzeczami przy okazji, udało mi się w tym zamieszaniu zapodziać gdzieś Valerin niestety…), ubrałam na siebie to, co się nie mieściło, przemyciłam śpiwór w torbie z tax free no i poleciałam do Bergen. Przespałam prawie całą drogę. Z lotniska odebrała mnie Anne – po drodze zebrania tuż obok. Przed spaniem już tylko ulubiony kisiel, orzechowa Soplica i burza z piorunami i mega gradem, a więc wszystko powoli wraca do normy…

/Jak się okazało później – zdążyłam dolecieć zanim pogoda zwariowała, pozamykali lotniska i pozasypywało drogi… Ale spokojnie – teraz znów mamy deszczowo, normalnie…/

Logistyczny majstersztyk, jestem w szoku, że udało się tylu osobom zgrać ze sobą żeby mi pomóc (tym bardziej, że tata mój nazajutrz miał jechać do Liechtensteinu i w międzyczasie załatwiał trylion jeszcze spraw z tym związanych…). Nie znoszę prosić o pomoc i zawracać ludziom głowy, robić dodatkowych problemów i zawsze staram się tego uniknąć, ale muszę przyznać, że tym razem ciesze się, że tak to wyszło! :) Jestem im wszystkim niesamowicie wdzięczna!

Jedynie co to, szkoda, że nie dam już rady ogarnąć kolejnej wyprawy i w weekend dojechać do Marty (tak w okolice Oslo) na jej spektakl… Ale no nie da się wszystkiego – muszę się uczyć!!! I dojść do siebie w ogóle najpierw…

 

Superintensiv

23 paź

1. norskkurs
W zeszłym tygodniu, po 4,5 miesiącach wróciłam do szkoły niby na level, który już zrobiłam ale za to w trybie superintensiv czyli 13 spotkań (3-godzinnych) w 3 tygodnie. Ten sam poziom i te same podręczniki, ale inna lektorka i grupa – jestem zdziwiona, bo nie nudzę się wcale, trochę powtarzam już zapomnianych rzeczy, trochę się uczę nowych, bo babeczka tzn. Marina ma zupełnie inne metody nauczania niż Lea. Ani lepsze ani gorsze, inne po prostu; dziś na przykład robiliśmy scenki, z czego nasza podgrupa wyprodukowała Kopciuszka na balu halloweenowym z parasolką z Rio w roli głównej – bawiliśmy się jak dzieci, a to ja w tej grupie jestem teraz najmłodsza… :D Jest duża szansa, że następny kurs (już w trybie 2x/tydzień) ruszy od razu po i nie będę musiała już tyle czekać i nawet zdążymy go skończyć przed Świętami, yay! Na kursie też poznałam fajną Martę z Krakowa. Czyli ogólnie jest dobrze, tyle tylko, że wykańcza mnie ten tryb superintensywny, ledwo to godzę z domowymi obowiązkami i nie mam siły na robienie jeszcze masy zadania domowego wieczorami – zwykle tylko na szybko w autobusie w drodze rano na kurs…

2. Wpadłam na chwilę do Polski na ślub Gwiazdek
Lot do Katowic (pierwszy raz tak bliskie lotnisko, bezpośrednio i do tego 70zł w obie strony ^^) miałam w środę dopiero o 21:30, po całym dniu męczącym. Pierwszą informacją jaką usłyszałam zaraz po wejściu na lotnisko była taka, że będzie 1h opóźnienia. Great. Lot przetrwałam zwinąwszy się w kulkę z kolanami pod brodą, pogrążona w półśnie. Trochę dziwnie się czułam jako jedna z kilku kobiet na pokładzie, sami faceci lecieli prawie, a i tak żaden mi nie wpadł w oko… Odebrał mnie z lotniska tata i do Cieszyna dojechaliśmy o 4 nad ranem dopiero. Tyle o podróży.
W Cieszynie próbowałam ogarniać niezbędne zakupy i załatwienia, spotkać się z tymi, co mogli i chcieli. W piątek dołączyłam się do ekipy strojącej salę na wesele, biedna Panna Młoda miała w ten dzień rozmowę o pracę w szpitalu i jadąc na nią ktoś im auto stuknął… Nie zazdroszczę tych stresów, ale była dzielna bardzo i dostała robotę. Gratulejszyn Kochana! ;) Ja też się stresowałam (i to od dawna) ale kwestią robienia zdjęć na tym ślubie i weselu, ale o tym za chwilę, bo teraz będzie dygresja nt sukienki ale mojej weselnej. Dlatemu, bo większość osób, którym się chwaliłam, że się wybieram na wesele w pierwszej kolejności pytała o moją sukienkę właśnie. A więc wymyśliłam ją sobie z pół roku temu (albo i dawniej); w wakacje kupiłam materiał, zostawiłam projekt i moje wszelkie wymiary mamie i poleciałam do Norwegii, a sukienka miała się szyć w międzyczasie. Po zmierzeniu okazało się, że nie leżała na mnie tak jak powinna (ani w ogóle wcale) i tysiąc razy ją przeprojektowywałyśmy i przeszywałyśmy, zeszło nam do sobotniej 4-tej nad ranem i nie obyło się oczywiście bez setki kłótni z tej okazji… Ale wyszła i to chyba nawet lepsza, a na pewno ciekawsza niż w pierwotnym zamyśle. Żeby było ciekawiej mama wysłała mnie niespodziewanie na szybkie uczesanie do fryzjera (2-gi raz w życiu mym…) i o dziwo nie spóźniłam się z aparatem na wykupiny. (Pominę kwestię, że rano ogarniał mnie rozpaczliwy stan ‚ja chcę do Bergen!’). Ale ślub był piękny, powiedzieli sobie ‚TAK’ i odtąd są już skazani na siebie ;) Kościołowe focił Kamilek i jestem mu za to niezmiernie wdzięczna! Potem próbowałam ja coś pstrykać sama i trochę się powkurzałam, że nie zdążyłam kupić nowego obiektywu i lampy, a aparat nie zawsze chciał mnie słuchać – nie bez powodu parę lat temu przysięgłam sobie, że już nigdy w życiu nie będę robić zdjęć na ślubie… Ale mam nadzieję, że katastrofy nie ma, popracuję trochę nad materiałem i coś będą Młodzi mieli na pamiątkę, uff. W międzyczasie bawiłam się super-świetnie, a nawet ‚potańczyłam’ z bolącą (od poprzedniego wyjścia w góry) nóżką, bo w końcu miałam występować bardziej właściwie w roli gościa niż fotografa. No i jestem z siebie dumna, że wytrzymałam do rana po poprzedniej (…) nocy – około 6-tej skończyliśmy śpiewając hity takie jak Wehikuł czasu, Ballada o Babuciu czy Witaj Pokarmie (na głosy oczywiście). Myślę już intensywnie o następnej imprezie… i sukience :P
Nie spędziłam satysfakcjonująco dużo czasu z rodzeństwem i nie udało mi się odwiedzić na drodze na lotnisko babci ani dziadka, ale chyba chciałam po prostu zrobić za dużo. Samolot do Bergen spóźnił się o 1,5h ale tym razem w sumie mnie to ucieszyło, bo dostałam bonusową chwilę na dobrą kawę z Natalą i tatą i nawet Wielebny Wujek zdążył wpaść żeby pomachać mi na pożegnanie. Adil nie poleciał do Baku więc odebrał mnie z lotniska nawet, uff.

Jest środa, nie czuję żebym to zdążyła odespać wszystko już, ale dobrze było, cieszę się. Może powinnam tak częściej wpadać do Polski na weekend :P Ale póki co muszę znaleźć sposób żeby się dostać na święta i nie wybulić za to tak strasznie, okropnie dużo (czyli zapłacić nie więcej niż 500zł w 1 stronę… takie realia).

 

Pozdrowienia z Czarnej Dupy

08 lut

Tak więc idąc drogą rozważań na temat swojego wykształcenia, zdolności, perspektyw i możliwości, dotarłam w końcu do miejscowości Czarna Dupa Wielka. W planach mam jak najszybciej się z stąd wydostać. W przydrożnym spożywczaku udało mi się zdobyć kawałek kartonu (z tłustymi plamami co prawda, ale nadać się nadaje) i prawie wypisany długopis. Stoję więc teraz przy wylotówce, z kartonem tym w ręku i czekam na jakiś transport. Na kartonie widnieje koślawy napis ‚Rozwiązanie’. Nikt jednak się nie chce zatrzymać… Nie wiem czy po prostu nikomu tam nie po drodze, nie znają drogi, czy może zamiast zakurzonych jeansów powinnam mieć krótką spódniczkę… A może po prostu pójdę pieszo? Gdybym tylko wiedziała którędy! Niestety na mapę wylała mi się cynamonowa latte, jak na złość akurat w tym miejscu oczywiście, i zupełnie nie można jej rozczytać…

 

nie ogarniaaaaaaaam

26 gru

już od jakiegoś dłuższego czasu w zasadzie.

dlatego też przydługi wpis nt mojej fascynującej i pełnej przygód podróży, wpis o niedzielnym spotkaniu i może jeszcze jakiś (ale w tej chwili nie ogarniam jaki) nastąpią później, w przyszłym roku już…

Za 10h zbiórka do wyjazdu do Rzymu… nie spakowane i nawet niewysuszone albo jeszcze nieznalezione niektóre rzeczy, kantory wszystkie (7 mamy w 1 miejscu obok domu) nam pozamykali, fakt niemania karty zdrowia EKUZ trzeba też jakoś zatuszować… a fizycznie (wiąż od zeszłej środy) czuję się jak zwłoki w stanie rozkładu, tak więc samą myśl o pseudo-spaniu w autobusach i na podłogach (no chyba że jakimś cudem trafimy do rodzin zamiast do szkół) męczy mnie jeszcze bardziej… Stresy, nerwy, w tym wszystkim te niby-święta… Chciałabym odpocząć. Marzę żeby odpocząć, normalnie się wyspać.
W ogóle to nie ma jak się wybierać na międzynarodowy podryw z siostrą – młodszą i ładniejszą… :/

Powiedzcie mi, że będzie fajnie…

I bawcie się dobrze w Sylwestra i do zobaczenia w 2013! :)

 

Reise til Juleferien

20 gru

albo tytuł alternatywny (nienawiązujący już do nowej produkcji Disneya): Długa droga w dół… mapy

Plan był taki: wylot o 16:05 z Bergen do Kopenhagi, 18h przerwy tamże, lot o 12…. do Katowic skąd już przecież niedaleko więc jakośtam się dostanę na Cieszyn.
Wybrałam Katowice z premedytacją – żeby przed Świętami nie tłuc się pociągami przez Polskę. Choć te 18h brzmiało zarazem karkołomnie i intrygująco, nie spodziewałam się, że i tym razem (podobnie jak do Bergen) może się to wszystko jeszcze bardziej pokomplikować. Ale po kolei.

Tuż przed 14:00 Adil odwiózł mnie na lotnisko w Bergen, gdzie jakoś zorientowałam się co trzeba zrobić żeby mnie odprawili i poczekałam trochę na swój lot. Już wtedy jakaś taka nie wiadomo czym zestresowana, próbami ogarnięcia przedwyjazdowego zmęczona. Ale nic to – oleciałam i doleciałam do Kopenhagi, odebrałam bagaż (skoro już go wypluło, a nie przekazuje się w tym wypadku na lot następny) i rozpoczęłam swoje czekanie na lot następny. Płacąc w euro dostałam resztę w duńskich koronach – z dziurką i serduszkami, tym sposobem w portfelu miałam juz dtobne w 4 walutach i ciężko mi było ogarnąć ile właściwie tego jest i na co mnie stać. Z plakatów z cenami w euro i koronach wyczaiłam, że kurs duńskiej jest podobny do norweskiej i już świat stał się na powrót bardziej przyjaznym miejscem.
Dobra – przesadzam. Nie była to kwestia aż tak dramatyczna :P Większość czasu spędziłam siedząc obok i w Burger Kingu, gdzie spożyłam wieczerzę w postaci Chickenburgera z frytkami i dolewkowym napojem (początkowo byłam zła na siebie, że za jedyne 6 dodatkowych koron mogłam miec zestaw powiększony, ale nim doszłam do końca posiłku – co zajęło mi prawie godzinę- poczułam, że nie mam czego żałować. Wciąż nieuzasadniony stres ścisnął mi chyba całkiem żołądek…), robiąc jakieśtam notatki, przeglądając zabazgrany kalendarz i wściekając się, że akurat przed wyjazdem musiał paść mi komputer.
Poobserwowałam sobie też ludzi. Właściwie zaczęłam już na lotnisku w Bergen, potem wypełniło mi to czas w Kopenhadze. Niektórzy mnie pytali czemu nie szłam zwiedzać czy coś – z tym bagażem w nocy? Poza tym lotnisko nie jest wcale tak blisko centrum, a ja wykończona już byłam przecież. Czemu nie nocleg w hotelu? Ze skąpstwa czystego – i tak już sporo zapłaciłam za sam lot żeby jeszcze się gościć w Hiltonie (tak, tak – chyba jedyny hotel w pobliżu lotniska…). No i troche mnie ciekawiła jak może wyglądac noc na lotnisku. Serio. Nie uważacie, że to intrygujące? Siedziałam tak więc długimi godzinami w tejże ‚restauracji’, zstanawiając się czasem schizofrenicznie czy lotniska mi przypadkiem nie zamkną na noc (chociaż 2h pomiędzy ostatnim i pierwszym z odlotów/przylotów wydawał mi się być zbyt krótkim czasem na przerwę. Pewności jednak nie miałam.) W sumie czy zamykają mi tęże poczekalnię – też nie wiedziałam tylko tak sobie siedziałam, dolewkując sobie od czasu do czasu, w raz ze sporą grupą osób czekających najprawdopodobniej na jakieś poranne odloty – ha! nie ja jedna taka, jak widać.
Koniec końców zamknęli około godziny 2-giej nad ranem i przystojni pracownicy udali sie do domów. Tzn. jeden był przystojny, drugi sympatyczny, a na resztę nie zwróciłam uwagi :P
No i trzeba się było przenieść nieco w inne miejsce – na widoczny z Burgera wyparkietowany ‚skwer’ z gigantyczną choinką pośrodku, który obserwowałam już sobie wcześniej. Tzn. bardziej ludzi się po nim poruszających, albo śpiących pod ścianami czy wielkim, podświetlonym bilbordem z napisem
‚Problems can be complicated. Solutions cannot’ i drugim ‚It’s great to have the right answers. But to ask the right questions is genious’. Tak więc te dwa hasła dosłownie przyświecały mi tamtej nocy.
Na skwer przeniosło się jeszcze trochę ludzi w róznym wieku, łącznie z panem który rozbił sobie prawie profesjonalny obóz pod samą choinką. Poczułam sie trochę jak w noclegowni dla bezdomnych. W sumie chyba wielkiej róznicy nie było. Jakiś instynkt kazał mi zabezpieczyć w prowizoryczny sposób swoje mienie: 17-kilową walizkę pełną prezentów oraz czerwona torbę w ramac bagażu podręcznego.
Aby się zdrzemnąć i mieć to wszystko jakoś w zasięgu, na wypadek jakby tak komuś się zachciało.. (wszak Kamilka i w busie do Krakowa kiedyś obrobili) zastosowałam autorski i jedyny w swoim rodzaju sposób zabezpieczenia: płaszcz na którym się położyłam zapięłam paskiem do walizki, a rzeczoną czerwoną torbę trzymałam pod nogami – 2 aparaty, laptop i cała miesięczna wypłata to wystarczające chyba powody żeby się obawiać, nie? Zapewne wyglądało to wszystko komicznie, ale kto by się tam tym przejmował.
Przewegetowałam, bo przecież spaniem tego nie można nazwać, w ten sposób jakieś 2h. Przeniosłam się później do wolnego ze stolików za Burgerem i tak drzemkowałam z połową ciała na stole, budząc się co pół godziny na dźwięk ‚security annoucement’, które zaczęły się na powrót pojawiać po godzinie 6 (?)
Póki co miałam wrażenie, że minęło najdłuższe 16h w moim życiu, ale do odlotu zostały mi już tylko 2 uf, uf. Przed 10-tą odebrałam telefon od mamy informując ją, że ide się zaraz odprawić na następny lot i póki co wszytsko zgodnie z planem jest. W okienku pan mi jednk powiedział, że nie może znaleźć mojej rezerwacji.. hm, hm – no dziwne. Odesłał mnie do przemiłej pani w kolejnym okienku i ta oto pani odnalazła wreszcie powód braku rezerwacji: lot odwołano.
W październiku żeby było wcześniej. Cemu nie dostałam tego maila, któreg ponoć mi wysłali? może utonął w hurtowo wyrzucanym spamie? Bez znaczenia z resztą – trzeba było znaleźć połączenie alternatywne. Pani ta wyszukała mi wszytsko, co tylko się dało, troszcząc się o to żebym dotarła jakoś na miejsce. Na starej (na tyle, że Polska graniczyła na niej z Czechosłowacją…) próbowała znaleźć najbliższe lotnska itd. Martwiła się nawet czy znam język i się dogadam (ej.. czy ja naprawdę wyglądam na azjatkę?!). wiecie, że wtedy to już mnie opuściło całe to wielogdzinne napięcie nerwowe?
Chciało mi sie po prstu śmiać z całej tej sytuacji… Gdybym wiedziałą wcześniej – prawdopodobnie mogłabym lecieć jeszcze w nocy i byc już może nawet w Cieszynie. Ale na teraz zostało mi tylko najbliższe połączenie do Łodzi i późniejsze do Warszawy. Dodzwoniłam się do mamy, żeby sprawdziła skąd szybciej dostanę się na południe Naszego Pięknego Kraju… Zaczęła sprawdzać po czym padł internet. Asi też padł w tym samym momencie. Na oślep wybrałam Łódź, licząc, że wczesniejszy przylot zwiększa mi prawdopodobieństwo jakiegoś połączenia jeszcze dziś. Oczywiście planowane odwiedziny babci i dziadka po drodze z Katowic nie wchodzą już w grę.
Ale whatever byle się dostać do Polski… Łódź dla pani z okienka brzmiała przezabawnie, zupełnie inaczej niż ‚Lodz’, która miała w komputerze. Na całe szczęście nie musałąm nic dopłacać do przebukowanego biletu. Odprawiłam się szybko, pożarłam jakąś sałatkę za bodajże jakieś 6 euro w strefie wolnocłowej i czekałam na lot o 13:00. Wuścili nas przez bramki do jkby poczekalni na autobus podwożący pod samolot. Trochę po 13:00 wyszła do nas pani informując, że lot będzie opóźniony z przyczyn technicznych. Oczywiście nikt nie wie jak barzdo opóźniony. Pięknie, cudownie, wspaniale!
Ostatecznie wpuścili nas raz jeszcze i znaleźliśmy się na pokładzie samolotu ok 13:30. Z tego co pamiętam dolecieliśmy do tej całej Łodzi, której nigdy nie lubiłam, mimo iż tylko zawsze się przez nią przejeżdżało. O ile w Skandynawii żegnały mnie fiordy i ośnieżone góry, rozświetlone miasta – tu przywitały mnie… kominy i blokowiska – uroczo. Odebrałam bagaż, napadłam na bankomat (wreczcie mam dostęp do swoich pieniędzy tam zablokowanych..), doładowałam polską kartę z Plusa i dowiedziłam się jak dostać się na dworzec PKP i kiedy coś mi pojedzie. Na styk zdążyłam dojechać i doszarpać się z walizką na dworzc, kupić bilet – wsiąść do pociągu.
W ogóle to uderzyło mnie polskie zimno – kilka stopni na minusie po ok +2 kedy opuszczałam Bergen, zmęczenie i rękawiczki bez palców. Przesiadałam się w Koluszkach klnąc z powodu problemów z wsiadaniem i wysiadaniem z pociągów, przejść pomiedzy peronami – z mnóstwem schodów ale bez podjazdów, opóźnienie pociągu i to, że nie było już gdzie kupić czegoś do jedzenia. Zaczęło mi się marzyć o jakimś burgerze, albo kebabie… O tak – mięsooo! W pociągu dogadać się zdąrzyłam z mamą i Bacą w sensie Pawłem, który wspaniałomyślnie zaoferował się po mnie przyjechać do Katowic, co bym nie musiała już na busa czekać.
Pójdziemy w Katowicach do tego kebapa, gdzie koczowaliśmy z Adamem i Stasiem ostatnim razem, o tak! Tylko ta myśl trzymała mnie przy życiu przez te kilka godzin w pociągu. Zanim Paweł więc przyjechał ‚jadę, jadę tylko tu jakieś objazdy są i droga rozkopana…’ udałam się więc do rzeczonego kebapa tuż przy dworcu PKP w Katowicach. Wyszło na to, że nie mają… MIĘSA! Ale nie miałam siły już dalej iść, a nawet wytaszczyć wtaszczonej do środka walizki zaległam więc przy stoliku, przy którym siedzieliśmy 7-go września. Zjadłam najobrzydliwszą na świecie zapiekankę z niby-szynką i masakryczną ilością jakiegoś tłustego sosu, zajadając ją niewiele lepszymi frytkami.
Masakra jakaś. To już ten kebap wegetariański, którego ostatnim razem przyrzekłam sobie więcej nie kupować, nie był taki zły. A weźcie pod uwagę, że byłam już wtedy naprawdę głodna i powinno mi być wszytsko jedno. Baca miał już dojeżdżać, wywlokłam się więc na zewnątrz i czekałam… aż w końcu się wyłonił, tłumacząc obficie przez jakie to dziury się tłukł. W sumie powinnam się była cieszyć, że podwozia mu nie urwało i że w ogóele dojechał. I jak już tak jechaliśmy (aż dotąd, przez tyle lat wydawało mi się, że do Cieszyna z Katowic nie jest daleko) i wpadliśmy po drodze do KFC (niestety poprzedni ‚posiłek’ spowodował we mnie jadłowstręt i wmusiłam w siebie tylko lodowatego (szczyt inteligencji) krushera czy co to tam było).
Ale przynajmniej w drodze tej nerwy mi już popuściły, poziom adrenaliny spadł do akceptowalnego. Liczyłam na to, że nic nas więcej już po drodze nie zatrzyma, nie zaskoczy, nie udupi. I o dziwo nic takiego się nie stało! Dojechaliśmy na Borsuczą po 23:00 (a może przed północą ledwo). Po 34h. Nie jestem w stanie opisać mojego zmęczenia i obolałości, które jeszcze męczyły mnie przez następne kilka dni. Pozostało kilka dni do następnej długiej podróży autobusowej do Rzymu. Kilka dni, kiedy to nie zdążyłam nawet odpocząć. Mimo iż np. następnego dnia (w piątek czyli) spałam do południa.

Cóż więcej rzecz? Dzięki Mamo, dzięki Pawełku! Dzięki wszystkim, którzy czekali na mój powrót, a nawet mi kibicowali!
I nigdy więcej takiego czegoś! Przygoda, przygodą ale kurde nie z przymusu…
Dziękuję za uwagę.

 
 

Plany planami, ale jak to było naprawdę – czyli epic trip true story

09 wrz

Pierwsze zmiany planów nastąpiły w piątek na kilka godzin przed planowanym wyjazdem- zadzwonił Adam, że kupi bilety na pociąg i że lepiej jedźmy tym samym pociągiem z Bielska zamiast z Katowic, bo to jest przecież POGORIA i jedzie z Suchej no i możemy wyjechać prawie godzinę później – no okej, nie wiem czemu byłam przekonana, że startuje w Katowicach… Także planowana godzina wyjazdu: 16:40 spod domu. Później jeszcze jeden telefon: czy możemy zabrać Stasia? Jasne, że możemy, co by nie ;) A więc ustalone – jedziemy w trójkę czyli mam aż dwóch ochroniarzo-tragarzo-towarzyszy :D [dzięki dziewczyny za wypożyczenie swoich boyfriendów! co prawda nie pytałam Was o zdanie, ale dzięki ;)]

Walizki zostały ostatecznie domknięte (a jednak się dało – z pomocą Natalii i odkurzacza do wyssania powietrza z worków dzięki czemu prawie wszystko, co chciałam zabrać zostało zapakowane!) – przepraszam za moje akty paniki sprzed paru dni…

Punktualnie 16:40 moje wielkie bagaże zostały zapakowane do auta, szybkie aczkolwiek czułe pożegnanie z Mamą i Talą i ruszyliśmy na Bielsko zabierając po drodze Stasia :) Czasu było wystarczająco dużo, także szybko, ale bez nadmiernego pośpiechu i piractwa ze strony Adama dotarliśmy na dworzec PKP w Bielsku-Białej. I oto wychodząc na peron zobaczyliśmy… jak nasz pociąg odjeżdża w bardzo siną dal..! A na tablicy odjazdów przeskakują literki i numerki (na długo zapamiętam ten widok..) ostatecznie pozbawiając nas złudzeń, że był to rzeczywiście TEN pociąg! No to telefon Adama do Taty – wracaj! Spróbujemy go złapać po drodze! jak to się w ogóle stało? Ach.. zegarek w aucie się spóźnia o 8 minut, no tak… Dziki (no dobra, nie mógł być taki skoro Adam siedział na miejscu pasażera) pościg do Czechowic i znów widok pociągu opuszczającego stację… Przez Pszczynę? Ale też nie było szans – to może chociaż Tychy a w ostateczności Katowice?! No ale.. korek na dwupasie, próba ominięcia go zakończona leśną drogą przez Kobiór i pozamykanymi przejazdami. I stało się jasne, że nie mamy szans go dogonić… Napięcie nerwowe chyba u wszystkich sięgnęło już zenitu, jednakowoż jestem pod wrażeniem nieokazywania tego przez nikogo w nadmierny sposób – oj co by się działo jakbym tak jechała z chociażby połową naszej rodziny?! (Wyobrażam sobie te dzikie awanturymajace na celu cokolwiek przyspieszyć oczywiście, stanięcie w szczerym polu żeby najgłośniejszą osobę wysadzić – a niech idzie pieszo itp. Ta…)

A więc do Katowic na PKP, bo może coś jeszcze pokombinujemy..? W końcu do odlotu mamy jeszcze prawie dobę – nie bez powodu wolałam wybrać opcję z dużym marginesem czasu. Tylko spokojnie. Na PKP jakimś cudem pani przebukowała nam bilety i możemy jechać o 20:45 z przesiadką w Poznaniu – na rano powinniśmy być w Gdańsku. Została chwila na odstresowujące zaczerpnięcie świeżego powietrza (…) i posilenie się kebaPem (wegetariański hmm… przynajmniej wiem jak smakuje :P). Ruszyła maszyna po szynach ospale, szarpnęła wagony.. a stres zaczął powoli odchodzić w przeciwnym kierunku. Towarzystwo w przedziale całkiem akceptowalne, jakieś tam rozmowy i anegdotki plus drzemki od czasu do czasu (w moim przypadku zaprawione czujnością, wszak wiozę najważniejsze teraz rzeczy…).

4:15 Poznań Główny. Całkiem ładny dworzec bym rzekła. Następny pociąg o 6:12, ale… ale ten z 3:30 ma już 90 min. spóźnienia także chyba nie musimy czekać tak długo. No i rzeczywiście o 5:00 wsiedliśmy… no i nie mówiłam, że długo w tej 1-szej klasie nie posiedzimy? Dopłata 3x5zł za miejscówki i powrót do klasy 2, a jakże. A tam już raczej spanko do samego prawie Gdańska. I ok. 9 a.m. wysiadka na dworcu – też całkiem ładnym. Śniadanie w Mac’u: 20-lecie firmy i mega promocje oraz wifi – tego nam było trzeba ;) (Jeszcze bym strasznie włosy chciała umyć ale.. czapeczka – prezent od Tali na najbliższe urodziny, też się ostatecznie sprawdzi.) No to plan dalszej podróży jest, wszystko już będzie dobrze i spokojnie, możemy na 2-3h wbić na plażę nawet! Tak więc tramwajkiem pod plażę:  chłodno i wieje, bunkrów nie ma ale też jest… zajefajnie ;) Morze uspakajać potrafi, no i można wreszcie zadzwonić do Mamusi, że wszystko ok ;) Trochę fotek na pamiątkę i idziemy na tramwaj nr 5, idziemy (tak, z tymi bagażami) i.. widzimy jak nam odjeżdża..! Jak to? Coś nas chyba tym razem serwis jakdojade.pl zawiódł… Ale do odprawy przecież 2,5h ponad także nie ma opcji żebyśmy nie zdążyli! Spokojnie poczekamy na następny, przesiądziemy się na autobus 126 lub 157, bo jadą pod lotnisko. No więc pojechaliśmy tą 5-ką następną, chwila na przesiadkę tylko.. skąd on właściwie odjeżdża? Chyba tam chodźmy, co? Tak mówi GPS. Jakieś roboty drogowe, no ale ciśniemy tylko.. A: czekajcie, chyba się musimy wrócić tędy (tak, z tymi bagażami po tym piachu..)! Zawiało mocniej i adamowy kapelusik zwiało z mojej małej główki (no nie mogłam z takimi włosami przecież chodzić po cywilizowanym mieście!).. na ulicę… więc rzuciłam się na ratunek, szczęście, że pan zatrzymał samochód, a kapelusik nie wpadł kilka cm dalej – w dziurę po robotach drogowych… Ot takie urozmaicenie nudnej podróży. Dopadliśmy jakimś cudem nadjeżdżający 157, odebrałam kilka telefonów: tak, wszystko ok, jedziemy już na lotnisko, nie – niech babcia się nie martwi, tak- no ja wiem, że ona inaczej nie potrafi.. dobrze- dam znać jak będę na miejscu o ile telefon mi będzie dział. Wysiadamy? ok, szybko! E.. co teraz? Jak to musimy targać z buta tamtędy..? Przecież 126 pojedzie za.. 15 min. No dobra, padam ale dam radę, chodźmy… 4 przystanki?!

20 minutes later… ale jak to tam za tym polem jest lotnisko w sensie terminale?! Jak to w drugą stronę.. Aa! zapytaj jeszcze w autobusie. O kurde… Mamy jakieś pół godziny do odprawy… Łapmy stopa, może się ktoś zlituje! Halo, proszę pana! Na lotnisko musimy tamtędy? A mógłby nas pan podwieźć..?! (‚Tylko narzędzia na działce wyładuję..’) Uff. Hektary w przeciwnym kierunku! Zdążymy? Dzięki serdeczne, ratuje nam pan życie!

Uff. Jesteśmy na lotnisku. Spoko – masz jeszcze chwilę do odprawy, trzeba było się tak spieszyć?! :P Szczegółowy opis masakry, jaką zobaczyłam w lustrze już Wam daruję.. Przecież nie wyglądasz źle.. Dobra, daj jeszcze ten kapelusz.. Czas na pożegnanie, nie wiem jak Wam się odwdzięczę… Kocham Was i wrócę! Obiecajcie mi, że dotrzecie bezpiecznie do domu! [No i od tego momentu skupie się na swojej podróży, a o chłopaków powrocie opowiem trochę później...]

Odprawa i sprawdzanie bagażu poszło nadzwyczaj gładko, niczego mi nie zabrali nawet… Z uśmiechem minęłam przezroczystą skrzynię pełną.. nożyczek, noży i z utkwionym w nich mieczem pokaźnych rozmiarów… Gate 11 i przejście na pokład różowo-białego Wizzaira… Właśnie sam lot i wszystko, co na lotnisku napawało mnie wcześniej największym niepokojem, a okazało się najspokojniejszym i najprostszym etapem podróży! W końcu mój pierwszy raz i na tym etapie już całkiem sama. A jak już samolot wystartował… zrozumiałam dlaczego mama mówiła, że to takie fajne i mi zazdrości i poleciałaby chętnie znowu. Malejące lotnisko i okolice, potem morze z innej niż parę godzin temu perspektywy… Chmury, chmurki, chmureczki… Kształty i kolory! Tak, kolory – lot wieczorny, w okolicach zachodu słońca – bajka! Zawsze marzyłam o lataniu, tylko myślałam bardziej o spadochronie i paralotni, a w wieku 6 lat bodajże miałam okazję helikopterem się przelecieć. Lotu samolotem za to jakoś zupełnie nie rozpatrywałam w tej kategorii; stresy organizacyjne mi to przysłoniły chyba. A tu taka niespodzianka miła… Aż się nie mogę doczekać następnego razu. Siedziałam ze skręconą szyją, wgapiona w to malutkie okienko przez prawie 2h. Zdjęcia nie wyszły właściwie wcale. Ale nie ważne – wchłonęłam to niebo w siebie ;) Już się wcale nie dziwię, że heaven wyobrażamy sobie w formie sky. No i w trakcie zachodu właśnie zaczęły się wyłaniać zatoczki, góry i domeczki.. Zawsze lubiłam takie makiety wiosek i miast… Lądowanie w nowym świecie, opuszczenie pokładu- jak jakiś rytuał przejścia do nowego etapu… Oczekiwanie na bagaże i idę…[I w tym momencie wszystko zaczyna się po angielsku i pewnie żeby oddać to wrażenie powinnam zacząć pisać w tym języku ale.. not this time]. Czekają na mnie: Anne i Adil z Julią i Johanną, które od razu mnie dopadły i przytuliły..!  A po przyjeździe do domu od razu po nim oprowadziły – widok z okna.. wow [wrzucę potem zdjęcia], no i mój pokój mmm… Wymarzony prysznic i pyszna kolacja (kuchnia raczej azjatycka…) i zasnęłam tuż po położeniu się do łóżka tak wielkiego, że zmieściło by się tu jeszcze 7 krasnoludków (albo przynajmniej Kili z Hobbita, na którego premierę się doczekać nie mogę no! no nie, Tala? ^^ proszę bardzo – trailer: KLIK , w sumie ze znanych krasnoludów jeszcze Bezi’ego lubię ale no…).

Tyle o mojej podróży – oddaję głos Adamowi, bo ich powrót też był iście epicki i trwał do.. dzisiejszego [czyli poniedziałkowego poranka!] Ta dam:

[ekhm.. loading: 55%]

To tak w skrócie ;)

[W sumie jak bym to rozpatrzyła finansowo to mogłam lecieć z Katowic za mniejsze pieniądze nawet, ale w życiu bym tego nie zamieniła! Warto było, warto! Thx guys once again! :]

 

ps: zapraszam do fotorelacji!

 

Plan podróży…

07 wrz

Adam się zgodził ze mną pojechać! :) Już mu strasznie dziękuję bardzo!!!

W skrócie ma to wyglądać tak:

Adaś z Tatą przyjedzie po mnie na Pastwiska -> na pks i Bus Brothers o 15:50 -> PKP w Katowicach skąd pociąg o 17:23 do Gdańska (4:40 przyjazd) -> ‚czas wolny’ w Gdańsku tzn. śniadanie, plaża? -> lotnisko Gdańsk Rębiechowo: o 16:30 odprawa, o 18:35 wylot i lądowanie w Bergen o 20:30 gdzie będzie czekała na mnie tzw. Host Family. A Adaś ‚jakoś’ wróci do Cieszyna…

W sumie ok 2000km do zrobienia – dla mnie, dla Adama tylko trochę mniej…

Proste, nie?

 
 

Reisefieber

07 wrz

level hard… yeah!

Bo to już za kilka godzin start, a tu jeszcze walizki niedomknięte, na małe zakupy trzeba skoczyć, a w żołądku się wszystko przewraca, spało mi się też nie rewelacyjnie…

 
 
 

  • RSS