RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Perypetie…’

Turystyka Stomatologiczna

05 gru

Zaiste życie moje w ostatnim czasie było zbyt nudne (ironia), a zatem musiało wreszcie wydarzyć się coś ekscytującego…
Jakieś 1,5 tygodnia temu zauważyłam, że mój, naprawiany już ponad 10 razy, ząb znów pękł (ostatnia wizyta z nim odbyła się na cito i dzięki staraniom mojej mamy i uprzejmości pana Bartosza, tuż przed moim pierwszym wylotem do Norwegii – czyli wrzesień 2012) i uznałam, że jeśli nie zrobię z nim czegoś natychmiast to do świat mogę już nie mieć go w ogóle. Pogadałam trochę tu z ludźmi nt warunków stomatologicznych tu na miejscu i utwierdziłam się w przekonaniu, że najlepiej byłoby ‚podskoczyć’ do Polski. Wydawało się to pomysłem szalonym, ale im dłużej o tym myślałam tym bardziej zaczęło to wyglądać jak opcja realna. Muszę przyznać, że moje skille odnośnie planowania i organizowania podróży są już na dużo wyższym poziomie niż rok temu i nie dałam się zwieść połączeniom proponowanym przez wyszukiwarki – znalazłam sobie opcję najprostszą z możliwych i przy okazji bardzo tanią – lot we wtorek do Gdańska, Polskiego Busa stamtąd do Katowic i lot powrotny z Katowic w środę popołudniu. Jeszcze rok temu takie połączenia bezpośrednie nie istniały! Tutaj zgodzili się na mój wyjazd, a mama uruchomiła machinę załatwiania wszystkiego w Polsce – wizytę u dalszej cioci-dentystki, tatę jako szofera, a ja zaczęłam kombinować jak załatwić przy okazji więcej spraw. To wszystko działo się z czwartku na piątek, to wszystko działo się na zasadzie ‚szybko, szybko zanim do nas dotrze, że to bez sensu!’. Poziom stresu jaki osiągnęłam w tych dniach (z powodu tego i mnóstwa innych tzw. spraw bieżących) jak się pewnie domyślacie – niewyobrażalnie ogromny! A psychosomatyczne konsekwencje tego stresu oczywiście bolesne.
Nadszedł wtorek i rozpoczął się dla mnie o 6:30, umywalką pełną krwi… krwotok z nosa przy myciu twarzy, no właśnie – psychoSOMATYCZNE. Potem (chcąc nie zaniedbać obowiązków domowych) zabrałam się za szybkie sprzątanie, pakowanie i pojechałam na lotnisko, testując nowe połączenie, które ostatnio nie wyszło nam z Marysią (10km w 1h za 50kr dwoma autobusami – dobra opcja, jeśli nie ma Cię kto podrzucić i o ile jedzie autobus podmiejski i masz na niego bilet miesięczny…) Lot spokojnie, trochę poczytałam z norweskiego nawet, a do zimnego Gdańska dotarłam ok 15:20 i pojechałam do Galerii Bałtyckiej na mały shopping (wg wcześniej pisanej listy drobiazgów, które w Norwegii kosztują straszne pieniądze, a u nas mniej znacznie – o dziwo dość szybko znalazłam to co chciałam). Przy okazji widziałam Warrena (Spadkobiercy) z dwójką malutkich dzieci, ale nie poprosiłam go o autograf. Wmusiłam w siebie trochę jedzenia, a później przejechałam w kierunku dworca i posiedziałam trochę w KFC (trochę fejsbuka i rozmów przez telefon). Polski Bus zawiózł mnie w 9h do Katowic więc byłam tam już o 8 rano. Po drodze rozłożyłam się na 2ch siedzeniach i zasadniczo spałam – z zatyczkami w uszach, przez co nie słyszałam za kilkoma pierwszymi razami budzika (zapomniałam wyłączyć) i dziwię się bardzo, że nikt mnie za to nie zabił, albowiem przymusowe bycie obudzonym o 6:20 czymś takim raczej nie jest przyjemne (przerabiam to w końcu codziennie). Jak sobie pomyślę, co mogli mi ukraść w tym czasie (nie wiem czy pan siedzący za mną znalazł w końcu swój sweter czy faktycznie mu go ktoś ‚zajebał’…) to robi się trochę słabo, ale ja przecież MUSZĘ wozić ze sobą wszędzie aparat, laptopa i gotówkę. Obiecałam sobie to travel light przecież i dlatego obawiam się, że długo się już nie obronię przed jakimś urządzeniem typu sraj/smart/i Phone – a ja nie lubię takich zabawek…
A więc dotarłam do Katowic (i jak to zawsze w tym miejscu – uderzyła mnie przygnębiająca brzydota tego miasta. Przykro i nawet trochę wstyd mi nawet, że urodziłam się w chyba najpaskudniejszym mieście na świecie…) i z mamą (specjalnie zamieniła się w pracy żeby przyjechać też) pojechałyśmy najpierw do Chorzowa – odwiedzić Dziadka. Z nim widziałam się ostatni raz latem – po drodze do Paryża nocowałyśmy u niego właśnie i zależało mi żeby tam podskoczyć chociaż na chwilę. Od Dziadka, tata zawiózł nad do Babci – Ruda Śląska. Babci nie widziałam… 1,5 roku! Ostatni raz odwiedziłam ją tuż po mojej obronie (po drodze nad morze) i później raz z nią rozmawiałam na skype, ale płakała i nie chciała już więcej… Dlatego na tych odwiedzinach zależało mi nawet jeszcze bardziej. Był też u niej Wielebny Wujek – mył okna, więc zrobił się z tego prawie zjazd rodzinny. I mogłam wziąć prysznic i się wreszcie przebrać (co jest ważne, bo cały poprzedni dzień czułam się jak menel w dodatku łażąc z reklamówką z supermarketu, a po nocy w autobusie było jeszcze gorzej). Postanowiłam, że z obojgiem dziadków (i większą częścią rodziny) spotykamy się dokładnie za miesiąc – przylatuje z Gruzji, a bliźniaki mają wtedy urodziny więc trzeba koniecznie jakiś event zorganizować! Z powodu nieodwiedzania rodziny miałam już naprawdę ogromne wyrzuty sumienia, a to, że dziadkowie mówili głównie o tym, że już im niewiele życia zostało… Babcia tak mówi od zawsze, ale w przypadku Dziadka to nowość (chociaż jest od niej o 10 lat starszy i w znacznie gorszym stanie, zawsze i wciąż jeszcze miał większy dystans i poczucie humoru…) Dlatego myślę, że to właśnie te spotkania nadały sens całej mojej szalonej podróży.
Ale przyszedł czas na zrealizowanie jej podstawowego celu – pojechaliśmy do Tarnowskich Gór żeby ciocia Jadzia zrobiła mi zęba. Z nią też nie widzieliśmy się dawno i siedząc na fotelu dentystycznym słuchałam mamy z ciocią rozmawiających sobie o życiu. Zęba mi więc zrobiła (rzeczywiście było to konieczne jak najszybciej, ha! Ale muszę się szykować na koronkę ‚jak przyjadę na dłużej’, bo zostało z niego może 30%, reszta to plomba…), a nawet drugiego jeszcze jako bonus (nie widać ani czuć było, że z nim też coś) i nie dała sobie nawet zapłacić, przyjęła tylko drobny prezent z Norwegii… Opuściłam gabinet odprowadzona morderczym wzrokiem trzech pań czekających w kolejce…
Pojechaliśmy prosto do Pyrzowic, przepakowałam się (z mamą powymieniałyśmy się trochę rzeczami przy okazji, udało mi się w tym zamieszaniu zapodziać gdzieś Valerin niestety…), ubrałam na siebie to, co się nie mieściło, przemyciłam śpiwór w torbie z tax free no i poleciałam do Bergen. Przespałam prawie całą drogę. Z lotniska odebrała mnie Anne – po drodze zebrania tuż obok. Przed spaniem już tylko ulubiony kisiel, orzechowa Soplica i burza z piorunami i mega gradem, a więc wszystko powoli wraca do normy…

/Jak się okazało później – zdążyłam dolecieć zanim pogoda zwariowała, pozamykali lotniska i pozasypywało drogi… Ale spokojnie – teraz znów mamy deszczowo, normalnie…/

Logistyczny majstersztyk, jestem w szoku, że udało się tylu osobom zgrać ze sobą żeby mi pomóc (tym bardziej, że tata mój nazajutrz miał jechać do Liechtensteinu i w międzyczasie załatwiał trylion jeszcze spraw z tym związanych…). Nie znoszę prosić o pomoc i zawracać ludziom głowy, robić dodatkowych problemów i zawsze staram się tego uniknąć, ale muszę przyznać, że tym razem ciesze się, że tak to wyszło! :) Jestem im wszystkim niesamowicie wdzięczna!

Jedynie co to, szkoda, że nie dam już rady ogarnąć kolejnej wyprawy i w weekend dojechać do Marty (tak w okolice Oslo) na jej spektakl… Ale no nie da się wszystkiego – muszę się uczyć!!! I dojść do siebie w ogóle najpierw…

 

Norsk Nå‏!

17 wrz

norsk-na czyli: norweski TERAZ!

No, bo to już, teraz! Ale po kolei:
Ledwo uporałyśmy się ze śniadaniem i wyprawieniem dziewczynek do szkoły, dzwonimy do Folkesuniversitetet żeby się wreszcie dowiedzieć jak tam mój ‚barefoot dancing’… Odebrał pan Dziekan, zapewnił, że pani Nina do nas oddzwoni – jak tylko wreszcie pojawi się w pracy… [Po 5 latach wspaniałego doświadczenia związanego z najlepszym dziekanatem na świecie czyli tripletem: pani Janinka, pani Małgosia i pani Dorotka – myślałam, że nie będę już mieć do czynienia ze zjawiskiem zwanym ‚panią z dziekanatu’. A jednak…]
Tak więc wyjechałyśmy z domu prosto do police office – pani bardzo dokładnie prześwietliła mój paszport i sprawdziła umowę, ale w końcu dostałam tzw. pozwolenie na pobyt i pracę tu. No i można załatwiać coś dalej.
W międzyczasie zadzwoniła pani Nina i podała nam adres pod który mam się stawić na kurs i tak, jestem zapisana do tej grupy. No to Anne podrzuciła mnie na wskazaną ulicę i pognała do pracy, a ja miałam 15 minut czasu jeszcze. Tylko, że.. ulica mi się skończyła w okolicy nr 50 i co dalej? Sprawdziłam, ale to nie ta na przedłużeniu.. W końcu zaczepiłam młodą kobietę, która starała się mi pomóc: znalazłyśmy przedłużenie tej ulicy na równoległej do niej tylko, że.. numery zaczynały się w okolicach 20, a ja potrzebowałam 32. W drugim ze sklepów pan nas uprzejmie poinformował, że te numery po prostu nie istnieją… I dał mi karteczkę z nazwa innej ulicy. Różnica między Strandgaten a Strømgtgate okazała się na tyle niewielka, że nawet Anne – rodowita Norweżka, odebrawszy telefon w samochodzie mogła się przesłyszeć… No ale gdyby pani Nina.. z reszta nie ważne – idziemy dalej tzn. ja z tą dziewczyną, bo jeszcze mnie trochę podprowadziła i w międzyczasie zdążyłam się dowiedzieć, że pochodzi z Litwy i też zaczynała tu jako au pair ;) No kurcze, wiedziałam kogo zaczepić! Potem jeszcze jedna pani wskazała mi wybraną ulicę i ostatecznie dostałam się na kurs.. Zaledwie z 15-minutowym spóźnieniem – jak na 3h zajęć to wcale nie dużo. No tylko, że od wejścia, w odpowiedzi na moje ‚sorry that I’m late, but I had the wrong adress!’ dostałam jakieś pytanie po norwesku i nie wiem jak się zorientowałam, że chodziło o imię… Zasiadłam i w dosłownie 3 minuty wyczarowałam karteczkę z imieniem (jak w podstawówce!), próbując się zorientować na jakim jesteśmy etapie kursu i czemu Lea prowadzi to po norwesku, tylko czasem wtrącając coś po angielsku..! Jak na pierwszą lekcję dla poziomu A1 to nie za dużo? No ale dobra, ogarnęłam błyskawicznie (wszak wyjścia innego nie miałam): Jeg heter Dominika. Jeg kan stave navnet mitt slik: D O M I N I K A. Kan du stave navnet ditt? Jeg kommer fra Polen. Karolina kommer også fra Polen. Polen ligge i verdensdel Europa. Kirk kommer fra USA. Grace og Rebecca kommer fra Filippinene. Martin, Ricardo og Anabel – de kommer fra Spania. Natalija kommer fra Litauen, Hala kommer fra Algieria. Nam Fon kommer fra Laos, Veronica kommer fra Azerbejgan. Hvem kommmer fra Romania? Daniela! Lea – lærer – hun kommer fra Norge.
No i tak oto poznaliście moją międzynarodową grupę ;)
Uczyliśmy się jak czytać te śmieszne literki: æ ø å i z boku macie obrazek ilustrujący a TU alfabet. Średnio mi się to widzi akurat ;) ale jak to mówią roześmiane Filipinki: ‚it’s so funny to learn norwegian!’ ;)

No ale to jeszcze przecież nie koniec, bo musiałam do domu wrócić! Okazało się, że przystanek mojego autobusu nie jest tam, gdzie miał być… Po drodze chciałam kupić bilet na autobus (bo jeszcze karty nie mam autobusowej, a i w szkole mi powiedzieli że zniżki mi nie przysługują z racji kursu) ale oczywiście automat monety przyjmuje a ja nie posiadam, rozmienić mi nie chcieli ani w obuwniczym ani w kiosku- że niby muszę coś kupić, no to kupiłam jakąś czekoladę za 16NOK (jako pierwszy zakup w Norwegii) i dostałam resztę jakiś śmiesznych monet z dziurką w środku [następnym razem będę na tyle bitchy, że kupię najtańszą rzecz w sklepie] i kupiłam ten bilet (czy co to właściwie jest..) w automacie – 27NOK. I troszkę pozwiedzałam ścisłe centrum zanim wreszcie zapytałam pewnej pani o przystanek, sie okazało, że to też nie tam, ale skierowała mnie do pobliskiej informacji skyss czyli przedsiębiorstwa (?) zajmującego się komunikacja miejską – dali mi uprzejmie mapę i zaznaczyli przystanek. W ostatniej chwili dopadłam 15-kę i pojechałam do domu zastanawiając się czy nie powinnam jakoś skasować (chociaż kasownika nie zauważyłam) tego, co mi wypluł automat :P Ale grunt to nie pokazywać swojego zakłopotania ;) Po drodze też zaczęłam się zastanawiać czy aby przypadkiem już nie przegapiłam Bønes skole, bo te wszystkie osiedla są takie podobne… ale zachowałam zimną krew i w końcu dojechałam. Wszk śpieszno mi było do domu, gdyż misję miałam kolejną do wypełnienia! Doszłam akurat na 15-tą – w samą porę żeby zdążyć dodać wpis na fejsie „I to wszystko się niby dzieje naprawdę..?!” i w godzinę ugotować obiad dla 6-ciu osób: rybka z patelni(na szczęście gotowe filety!), gniecione ziemniaczki, kalafior, tarta marchewka i bagietki czosnkowe (tylko podgrzać w piekarniku) – uff!

No i myślę, że tak sobie wspaniale radzę, że powinniście zacząć (o ile jeszcze tego nie robicie!) nazywać mnie Dominika the Brave (tak jak Merida the Brave i Samwise the Brave) – czyż nie?

Myślę sobie, że w sytuacjach stresowych nasz mózg i cała, dołączona do niego reszta naszego organizmu, robi wszystko żeby sobie poradzić i daje radę! Tylko potem jakoś tak robi się niedobrze i opada się z sił… I jak już poszło z obiadem i ogarnięciem po nim, to miałam siłę tylko na położenie się na łóżku i posłuchanie Ed’a – dobrze mieć (szczególnie w takich chwilach) mężczyznę, który potrafi uspokoić i ukołysać. I naprawdę już nie wiem czy jest sens kupować tą składaną szafę, no…

To tak na dobry początek tygodnia :P

Spørsmål?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Languages, Perypetie...

 

Plany planami, ale jak to było naprawdę – czyli epic trip true story

09 wrz

Pierwsze zmiany planów nastąpiły w piątek na kilka godzin przed planowanym wyjazdem- zadzwonił Adam, że kupi bilety na pociąg i że lepiej jedźmy tym samym pociągiem z Bielska zamiast z Katowic, bo to jest przecież POGORIA i jedzie z Suchej no i możemy wyjechać prawie godzinę później – no okej, nie wiem czemu byłam przekonana, że startuje w Katowicach… Także planowana godzina wyjazdu: 16:40 spod domu. Później jeszcze jeden telefon: czy możemy zabrać Stasia? Jasne, że możemy, co by nie ;) A więc ustalone – jedziemy w trójkę czyli mam aż dwóch ochroniarzo-tragarzo-towarzyszy :D [dzięki dziewczyny za wypożyczenie swoich boyfriendów! co prawda nie pytałam Was o zdanie, ale dzięki ;)]

Walizki zostały ostatecznie domknięte (a jednak się dało – z pomocą Natalii i odkurzacza do wyssania powietrza z worków dzięki czemu prawie wszystko, co chciałam zabrać zostało zapakowane!) – przepraszam za moje akty paniki sprzed paru dni…

Punktualnie 16:40 moje wielkie bagaże zostały zapakowane do auta, szybkie aczkolwiek czułe pożegnanie z Mamą i Talą i ruszyliśmy na Bielsko zabierając po drodze Stasia :) Czasu było wystarczająco dużo, także szybko, ale bez nadmiernego pośpiechu i piractwa ze strony Adama dotarliśmy na dworzec PKP w Bielsku-Białej. I oto wychodząc na peron zobaczyliśmy… jak nasz pociąg odjeżdża w bardzo siną dal..! A na tablicy odjazdów przeskakują literki i numerki (na długo zapamiętam ten widok..) ostatecznie pozbawiając nas złudzeń, że był to rzeczywiście TEN pociąg! No to telefon Adama do Taty – wracaj! Spróbujemy go złapać po drodze! jak to się w ogóle stało? Ach.. zegarek w aucie się spóźnia o 8 minut, no tak… Dziki (no dobra, nie mógł być taki skoro Adam siedział na miejscu pasażera) pościg do Czechowic i znów widok pociągu opuszczającego stację… Przez Pszczynę? Ale też nie było szans – to może chociaż Tychy a w ostateczności Katowice?! No ale.. korek na dwupasie, próba ominięcia go zakończona leśną drogą przez Kobiór i pozamykanymi przejazdami. I stało się jasne, że nie mamy szans go dogonić… Napięcie nerwowe chyba u wszystkich sięgnęło już zenitu, jednakowoż jestem pod wrażeniem nieokazywania tego przez nikogo w nadmierny sposób – oj co by się działo jakbym tak jechała z chociażby połową naszej rodziny?! (Wyobrażam sobie te dzikie awanturymajace na celu cokolwiek przyspieszyć oczywiście, stanięcie w szczerym polu żeby najgłośniejszą osobę wysadzić – a niech idzie pieszo itp. Ta…)

A więc do Katowic na PKP, bo może coś jeszcze pokombinujemy..? W końcu do odlotu mamy jeszcze prawie dobę – nie bez powodu wolałam wybrać opcję z dużym marginesem czasu. Tylko spokojnie. Na PKP jakimś cudem pani przebukowała nam bilety i możemy jechać o 20:45 z przesiadką w Poznaniu – na rano powinniśmy być w Gdańsku. Została chwila na odstresowujące zaczerpnięcie świeżego powietrza (…) i posilenie się kebaPem (wegetariański hmm… przynajmniej wiem jak smakuje :P). Ruszyła maszyna po szynach ospale, szarpnęła wagony.. a stres zaczął powoli odchodzić w przeciwnym kierunku. Towarzystwo w przedziale całkiem akceptowalne, jakieś tam rozmowy i anegdotki plus drzemki od czasu do czasu (w moim przypadku zaprawione czujnością, wszak wiozę najważniejsze teraz rzeczy…).

4:15 Poznań Główny. Całkiem ładny dworzec bym rzekła. Następny pociąg o 6:12, ale… ale ten z 3:30 ma już 90 min. spóźnienia także chyba nie musimy czekać tak długo. No i rzeczywiście o 5:00 wsiedliśmy… no i nie mówiłam, że długo w tej 1-szej klasie nie posiedzimy? Dopłata 3x5zł za miejscówki i powrót do klasy 2, a jakże. A tam już raczej spanko do samego prawie Gdańska. I ok. 9 a.m. wysiadka na dworcu – też całkiem ładnym. Śniadanie w Mac’u: 20-lecie firmy i mega promocje oraz wifi – tego nam było trzeba ;) (Jeszcze bym strasznie włosy chciała umyć ale.. czapeczka – prezent od Tali na najbliższe urodziny, też się ostatecznie sprawdzi.) No to plan dalszej podróży jest, wszystko już będzie dobrze i spokojnie, możemy na 2-3h wbić na plażę nawet! Tak więc tramwajkiem pod plażę:  chłodno i wieje, bunkrów nie ma ale też jest… zajefajnie ;) Morze uspakajać potrafi, no i można wreszcie zadzwonić do Mamusi, że wszystko ok ;) Trochę fotek na pamiątkę i idziemy na tramwaj nr 5, idziemy (tak, z tymi bagażami) i.. widzimy jak nam odjeżdża..! Jak to? Coś nas chyba tym razem serwis jakdojade.pl zawiódł… Ale do odprawy przecież 2,5h ponad także nie ma opcji żebyśmy nie zdążyli! Spokojnie poczekamy na następny, przesiądziemy się na autobus 126 lub 157, bo jadą pod lotnisko. No więc pojechaliśmy tą 5-ką następną, chwila na przesiadkę tylko.. skąd on właściwie odjeżdża? Chyba tam chodźmy, co? Tak mówi GPS. Jakieś roboty drogowe, no ale ciśniemy tylko.. A: czekajcie, chyba się musimy wrócić tędy (tak, z tymi bagażami po tym piachu..)! Zawiało mocniej i adamowy kapelusik zwiało z mojej małej główki (no nie mogłam z takimi włosami przecież chodzić po cywilizowanym mieście!).. na ulicę… więc rzuciłam się na ratunek, szczęście, że pan zatrzymał samochód, a kapelusik nie wpadł kilka cm dalej – w dziurę po robotach drogowych… Ot takie urozmaicenie nudnej podróży. Dopadliśmy jakimś cudem nadjeżdżający 157, odebrałam kilka telefonów: tak, wszystko ok, jedziemy już na lotnisko, nie – niech babcia się nie martwi, tak- no ja wiem, że ona inaczej nie potrafi.. dobrze- dam znać jak będę na miejscu o ile telefon mi będzie dział. Wysiadamy? ok, szybko! E.. co teraz? Jak to musimy targać z buta tamtędy..? Przecież 126 pojedzie za.. 15 min. No dobra, padam ale dam radę, chodźmy… 4 przystanki?!

20 minutes later… ale jak to tam za tym polem jest lotnisko w sensie terminale?! Jak to w drugą stronę.. Aa! zapytaj jeszcze w autobusie. O kurde… Mamy jakieś pół godziny do odprawy… Łapmy stopa, może się ktoś zlituje! Halo, proszę pana! Na lotnisko musimy tamtędy? A mógłby nas pan podwieźć..?! (‚Tylko narzędzia na działce wyładuję..’) Uff. Hektary w przeciwnym kierunku! Zdążymy? Dzięki serdeczne, ratuje nam pan życie!

Uff. Jesteśmy na lotnisku. Spoko – masz jeszcze chwilę do odprawy, trzeba było się tak spieszyć?! :P Szczegółowy opis masakry, jaką zobaczyłam w lustrze już Wam daruję.. Przecież nie wyglądasz źle.. Dobra, daj jeszcze ten kapelusz.. Czas na pożegnanie, nie wiem jak Wam się odwdzięczę… Kocham Was i wrócę! Obiecajcie mi, że dotrzecie bezpiecznie do domu! [No i od tego momentu skupie się na swojej podróży, a o chłopaków powrocie opowiem trochę później...]

Odprawa i sprawdzanie bagażu poszło nadzwyczaj gładko, niczego mi nie zabrali nawet… Z uśmiechem minęłam przezroczystą skrzynię pełną.. nożyczek, noży i z utkwionym w nich mieczem pokaźnych rozmiarów… Gate 11 i przejście na pokład różowo-białego Wizzaira… Właśnie sam lot i wszystko, co na lotnisku napawało mnie wcześniej największym niepokojem, a okazało się najspokojniejszym i najprostszym etapem podróży! W końcu mój pierwszy raz i na tym etapie już całkiem sama. A jak już samolot wystartował… zrozumiałam dlaczego mama mówiła, że to takie fajne i mi zazdrości i poleciałaby chętnie znowu. Malejące lotnisko i okolice, potem morze z innej niż parę godzin temu perspektywy… Chmury, chmurki, chmureczki… Kształty i kolory! Tak, kolory – lot wieczorny, w okolicach zachodu słońca – bajka! Zawsze marzyłam o lataniu, tylko myślałam bardziej o spadochronie i paralotni, a w wieku 6 lat bodajże miałam okazję helikopterem się przelecieć. Lotu samolotem za to jakoś zupełnie nie rozpatrywałam w tej kategorii; stresy organizacyjne mi to przysłoniły chyba. A tu taka niespodzianka miła… Aż się nie mogę doczekać następnego razu. Siedziałam ze skręconą szyją, wgapiona w to malutkie okienko przez prawie 2h. Zdjęcia nie wyszły właściwie wcale. Ale nie ważne – wchłonęłam to niebo w siebie ;) Już się wcale nie dziwię, że heaven wyobrażamy sobie w formie sky. No i w trakcie zachodu właśnie zaczęły się wyłaniać zatoczki, góry i domeczki.. Zawsze lubiłam takie makiety wiosek i miast… Lądowanie w nowym świecie, opuszczenie pokładu- jak jakiś rytuał przejścia do nowego etapu… Oczekiwanie na bagaże i idę…[I w tym momencie wszystko zaczyna się po angielsku i pewnie żeby oddać to wrażenie powinnam zacząć pisać w tym języku ale.. not this time]. Czekają na mnie: Anne i Adil z Julią i Johanną, które od razu mnie dopadły i przytuliły..!  A po przyjeździe do domu od razu po nim oprowadziły – widok z okna.. wow [wrzucę potem zdjęcia], no i mój pokój mmm… Wymarzony prysznic i pyszna kolacja (kuchnia raczej azjatycka…) i zasnęłam tuż po położeniu się do łóżka tak wielkiego, że zmieściło by się tu jeszcze 7 krasnoludków (albo przynajmniej Kili z Hobbita, na którego premierę się doczekać nie mogę no! no nie, Tala? ^^ proszę bardzo – trailer: KLIK , w sumie ze znanych krasnoludów jeszcze Bezi’ego lubię ale no…).

Tyle o mojej podróży – oddaję głos Adamowi, bo ich powrót też był iście epicki i trwał do.. dzisiejszego [czyli poniedziałkowego poranka!] Ta dam:

[ekhm.. loading: 55%]

To tak w skrócie ;)

[W sumie jak bym to rozpatrzyła finansowo to mogłam lecieć z Katowic za mniejsze pieniądze nawet, ale w życiu bym tego nie zamieniła! Warto było, warto! Thx guys once again! :]

 

ps: zapraszam do fotorelacji!

 
 

  • RSS