RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Norwegia – jej piękno i tradycje’

3 Days of Summer

21 maj

Na wstępie chciałam walnąć dygresję: otóż obejrzałam ostatnio w końcu, po długim zaleganiu tego tytułu na liście ‚do obejrzenia’ film 500 Days of Summer i trochę mnie smucił, chyba z chorobowego nastroju wtedy, ale ogólnie fajny jest. Komedia podobno tak w ogóle ;)

Pojechaliśmy na Bømlo w piątek i towarzyszyła nam co najmniej nieciekawa pogoda. Tak skończył się 17 maja.

W sobotę 18 maja wyrwał mnie ze snu budzik mój i doznałam szoku, że obudziłam się własnie tam (w domu dziadków). Najwyraźniej spało mi się wyjątkowo dobrze i twardo. Pogoda za oknem wyglądała na słoneczną ale zdziwiło mnie kiedy do ‚mojego’ pokoju przybiegła Johanna ubrana w bikini i szorty i wyciągnęła mnie na taras z okrzykami ‚it’s sooo hot outside!’ Rzeczywiście zrobiło się… LATO! Zjadłam śniadanie na tarasie wbijającym się w skały i wystawiłam się na działanie promieni słonecznych – 22°C w cieniu. Z powodu takiej pogody zapadła decyzja, że zabieramy wszystko i jedziemy do domku nad wodę. Tak, tak – poza domkiem w górach mają oni też domek nad wodą dla tej 10- osobowej rodziny. Jest śliczny! Tak jak ten w górach jest urządzony cały w drewnie naturalnej barwy z dodatkami głównie w kolorach ciemnej zieleni i czerwieni, tak ten jest wewnątrz z jasnego drewna, pomalowanego półprzezroczystą biała farbą a wszystkie dodatki i ozdoby, o tematyce morskiej oczywiście, utrzymane są głównie w kolorystyce szaroniebiesko-biało-beżowej. W międzyczasie zrobiło się upalnie jeszcze bardziej i zaczęło do nas (z Anne) docierać, że nie mamy za bardzo letnich ciuchów – chyba nie uwierzyłysmy, że może być ładnie, zabrałyśmy za to kalosze i kurtki przeciwdeszczowe! Musiałam się więc zadowolić ciuchami, które zabrałam w razie aerobiku. Niedługo po przyjeździe razem z Reidarem, Adilem i dziewczynkami popłynęliśmy łodzią do małej przystani – tak na wycieczkę, po paliwo i coś dobrego (lodyyy), oglądając po drodze prześliczne widoczki. Ta część wyspy jest pokryta niskimi skałkami zanurzonymi w morskiej wodzie i niedaleko stamtąd zaczyna się już otwarty ocean… Po powrocie dziewczynki uznały, że chcą się… kąpać, a woda miała 10°C! Ubrały piankowe kombinezony (+ chyba bardziej dla fun’u maski do nurkowania i płetwy) i wskakiwały na chwilkę do wody, po czym szybko wychodziły na pomost. Adil zaś wdział piankę także i walczył z żyjatkami, co za bardzo rozrosły się pod pomostem. Większość z Was wie, że ja to się nawet latem w polskim morzu nie kąpię, a w jeziorach tylko z musu i na chwilkę, ale 10 stopni to już naprawdę jak dla mnie ekstremum, zamoczyłam więc tylko stopy, i to na chwilkę. Zdziwiłam się bardzo widząc w wodzie tej meduzy, także takie z parzydełkami długimi – byłam przekonana, że żyją tylko w cieplejszych wodach. Podobnie ogóreczniki morskie. Zrobiły mi się z tego zajęcia terenowe z biologii, a w głowie zaczęły pojawiać się szczątki informacji na temat białka GFP i saponin produkowanych odpowiednio przez powyższe stworzenia. Potem bujałyśmy się z dziewczynkami w pontonie, a po lunczu wsiedliśmy w motorówkę (Anne, Reidar, dziewczynki) i popłynęliśmy łowić ryby. Kolejna rzecz przy której musiałam przyznać, że ‚I’ve never tried that before’. Dostałam wędkę i po niedługim bardzo czasie złowiłam pierwszą (i w sumie ostatnią) rybkę. Była jednak zbyt mała i dostała druga szansę – wróciła do wody. Ostatecznie w sumie złowiliśmy 3 takie niewielkie oraz makrelę i dorsza w jakąś może godzinę niecałą. Po powrocie Julia z dziadkiem zabrali się za patroszenie ryb – trzeba uczyć nowe pokolenie, jak to robić. A to nowe pokolenie wydawało się niezwykle zainteresowane anatomią, krzyczało nawet, żebyśmy znaleźli serce, na końcu zaś bawiło się wydłubanym okiem… Ja się ograniczyłam do robienia zdjęć, bez dotykania. Uznałam, że albo jestem biologiem-teoretykiem, albo po prostu wolę zwierzęta żywe, czy też mikroorganizmy. Rybki te zjedliśmy usmażone na kolację i w ten oto sposób, po raz pierwszy w życiu miałam okazję przejść cały proces od złowienia do zjedzenia – były naprawdę dobre. Zachodzące słońce oglądałam z wrzosowiska nas zatoką, a potem posiedzieliśmy sobie jeszcze na tarasie, ciesząc się bardzo dobrym dniem. Położyłam się spać zjarana słońcem i kosmicznie zadowolona z życia oraz zdumiona tym wszystkim, co się dziś niespodziewanie wydarzyło.

Niedzielę chciałam zacząć ambitnie – od joggingu. Ostatecznie przerodziło się to w jogging fotograficzny rodem z filmu ‚Yes man’, z telefonem w jednej i aparatem w drugiej ręce, no bo ładnie tam i aż szkoda było nie wrócić się po ten aparat. Od samego rana było znów gorąco i z braku laku skończyłam w stroju: czarne, długie legginsy, które w nocy udawały pidżamę + sportowy stanik, yeah!
Po śniadaniu dojechali do nas Vibeka i Torstein z dzieciakami i zanim się zorientowałam, co się w ogóle dzieje, dostałam piankowy kombinezon (przypadkiem mieli mój rozmiar!) i kapok, wsiadłam z Torsteinem i 4 dzieci do motorówki, a potem, kiedy nastała moja kolej na wodne szaleństwo, załadowałam się do kółka z napisem ‚Psycho Water Cośtam’ – od pasa w dół w tej cholernie zimnej wodzie (moja masakryczna mina jest na zdjęciach, tak…) i w tym czymś zostałam pociągnięta za motorówką. Makabrycznie fajna zabawa ^^
Trochę żałowałam, że to już koniec i muszę opuścić ten raj (w którym oni zostaną jeszcze 1 dzień), nie spróbowawszy nawet nart wodnych i windsurfingu (tak.. wychodzi na to, że mają tu wszystko, dosłownie wszystko!), ale w planach miałam powrót do Bergen – na mszę, no bo święto w końcu. No i naprawdę nie miałam już w czym chodzić… Adil zawiózł mnie na najbliższy przystanek (jakieś 40 min autem), wsiadłam w kystbusa, który przejechawszy trochę (i zatrzymawszy się np w Larvik, które jest prześlicznym miasteczkiem portowym, które dotąd znałam tylko z nazwy) wjechał na prom. Powiem Wam, że wożenie ze sobą kompa z klawiaturą na USB i używanie go w autobusie, jest co najmniej niewygodne. Wycieczka w sumie trwała ok 3h i kosztowała mnie bagatela 250 koron (nie licząc obowiązkowych lodów na promie) i wierzę głęboko, że z powodu tego poświęcenia mam już zapewniony wstęp do Królestwa Niebieskiego ;) W Bergen też lato, ludzie porozkładali się na wszelkich możliwych trawnikach w centrum, a mnie uderzyło to, że na drzewach pojawiły się świeże liście – de facto dopiero w tym tygodniu, ja zaś byłam tak już przyzwyczajona do ich braku, że przestałam to zauważać. Spodziewałam się mszy bardziej ‚z pompą’, no bo Zesłanie i jutro wolne nawet z tej okazji, ale w sumie było bardziej jak w każdą niedzielę (nie wiem jak na polskiej, może bardziej uroczyście). Na grupie studenckiej po mszy miał być wreszcie ksiądz z Ugandy i nam trochę poopowiadać, ale w końcu zamiast niego pojawiły się kolejne lody i pogaduszki. Wychodzi na to, ze ostatnio zjadłam naprawdę spore ilości lodów i zrobiłam setki zdjęć – to drugie cieszy nawet bardziej, bo widzę progres i mogłam się wreszcie wyżyć po tygodniach zastoju i bez weny.

Trzeci dzień lata zaczął się na tyle gorąco (z 22 st w cieniu, ale pełnie słońce), że postanowiłam wyjście w góry (no przecież nie będę siedzieć w domu cały dzień!) przesunąć na późniejsze godziny. Ostatecznie jednak zaczęło się chmurzyć i wyszłam z domu przed 14, za cel obierając sobie zdobycie po raz 6-ty Løvstakken. Byłam jednak na tyle ambitna, że chciałam wejść tym razem od innej strony. Niestety w Norwegii nie istnieje (albo jest bardzo mało popularne) oznaczanie szlaków – trzeba po prostu znać trasę. Poza pierwszą tabliczką z drogi, nie znalazłam żadnych innych, za to trafiłam na drogę i osiedle domków, przeszłam więc na skróty do główniejszej drogi i wróciłam na starą trasę. Na początku szłam sobie żwawo, potem z powodu ciężkiego powietrza i ciężkiego plecaka, już znacznie mniej, aż wreszcie miałam wrażenie, że położę się na mchu i zasnę. Na szczycie zrobiło się już chłodno (17), wietrznie i zaczęło kropić – targany na górę zestaw bańkowy się nie przydał (i tak z resztą zapomniałam płaskiego pudełka) zrobiłam sobie tylko troszkę czekoladowych, wdziałam na się dodatkowe ciuchy i zlazłam na dół. Pod koniec (tu własnie zabrakło mi tego czasu, który początkowo zużyłam na bezsensowne eksplorowanie okolicy poza szlakiem) złapał mnie już całkiem rzęsisty deszcz, parasol (tak mamo, wiem, że się nie bierze parasola w góry :P ale kurtka mi została w aucie zaliczona do rzeczy, których nie muszę ze sobą brać autobusem, bo się nie przydadzą…) mnie trochę obronił tylko.

Tak zatem, jakby ładnym snem było tylko, zakończyło się lato – dziś jest już tylko 12 stopni, mgła i deszcz, średnio się nawet czuję. [Mam za to czas żeby tu 'troszkę' popisać.] Tutaj naprawdę nauczyłam się łapania każdej chwili pogody, wykorzystywania jej na maksa i napawania się każdym promykiem słońca. Teraz pozostaje więc tylko czekać na następny taki epizod, daj Boże żeby jeszcze w ciągu najbliższego miesiąca udało się spędzić chociaż weekend w tamtym raju – amen! W sumie niedawno pisałam, że marzą mi się wakacje nad morzem, a podczas waszego weekendu majowego komuś obiecałam, że sobie odbiję moją grypę i deszczowość – spełniło się szybciej niż myślałam więc może, może…

Chociaż Gaba posłała mi na pocieszenie TO. Uczę się no… ;)

summer
 

17. mai – hurra!

17 maj

Święto narodowe dziś tutaj mamy albowiem (o czym dowiedziałam się na norweskim niedawno) w 1814r została zakończona, prawie 400-letnia, unia Norwegii z Danią i spisana konstytucja, bardziej autonomiczna już Norwegia weszła w unię ze Szwecją (trwającą do 1905) – troszkę historii w 1 zdaniu ;)
Jest to największe święto narodowe i obchodzone z pompą – od rana w tv relacje z różnych stron świata gdzie Norwedzy świętują, witają się pozdrowieniem/życzeniami ‚Gratulerer med dagen’ (to samo się mówi tez z okazji urodzin – dosłownie jest to coś jak ‚Gratulacje z okazji dnia’), a u nas też impreza. Na lunch zaprosiliśmy 2 rodziny i było tradycyjne jedzenie, które (biorąc pod uwagę jak zachwycaliście się brązowym serem) raczej by wam nie przeszło przez gardło: rømmegrøt czyli budyń z kwaśnej śmietany, który się je posypany cukrem, cynamonem i rodzynkami, z odrobiną masła i do tego wędlina suszona tylko i solona (wieprzowina i baranina albo jak to stwierdził Adil podając mi talerz ‚dead pig and dead sheep’ ;) Z resztą on też średnio za tym przepada (tzn za samym rømmegrøt), ale mówi, że surowy małpi mózg smakuje gorzej… Dla mnie jest to w sumie ciekawe, chociaż nie powiem, że ulubione. Dzieci zadowoliły głównie hotdogi z prażoną, suszoną cebulką, lody i napoje gazowane. Na deser ciasto marchewkowe z serkową powierzchnią, na której ułożone borówki i truskawki tworzyły flagę (trochę za słodkie, ale bardzo ładnie wyglądało). Wszystko w barwach narodowych, nawet ja od pasa w górę przebrałam się sprytnie za flagę. Norwedzy oczywiście prezentowali się w strojach narodowych czyli tzw. bunady, jeśli tylko takie posiadali – a większość jednak posiada, jest to tradycyjnie prezent od rodziców na konfirmację, dla dzieci można kupić takie za kilkaset (zamiast za kilka tys jak oryginalne) koron i nawet śmiali się, że w sumie bym mogła taki dziecięcy sobie sprawić. Są tak naprawdę bardzo różne, a np Anne ma taki ze Svalbardu, który totalnie odbiega od innych, które widziałam.
O 16 poszliśmy do szkoły gdzie rozpoczęła się parada – orkiestra, flagi, dzieciaki wykrzykujące jakieś hasła no i oczywiście trochę deszczu (którego miało nie być, było dość ciepło nawet tzn jakieś 17 stopni może, ale z deszczem spadło do 13…) – miałam okazję poćwiczyć sobie trochę fotografię w warunkach ekstremalnych (w ruchu i hałasie, trzymając 1 ręką parasol), potem zaś jakieś przemówienia i ogólnie czas na zjedzenie czego i pogadanie ze znajomymi. Pieśń narodowa ‚Ja vi elsker dette landet’ (= tak, kochamy ten kraj) jest śpiewana bardziej tak po prostu i trochę im potłumaczyłam przy okazji, że u nas hymnu nie wolno śpiewać tak sobie i mniej więcej o czym on opowiada. Ogólnie to na tej obcej ziemi mój patriotyzm zdaje się rosnąć w pewnym sensie, mimo, że świętuję święta tutejsze. Ale jakoś tak łatwiej jest mi teraz wyodrębnić polskie tradycje, święta itd.
Zmyłam się ponad godzinę przed końcem, bo chłodno już było i mokro, baleriny mi oczywiście przemokły i przypomniało mi się świętowanie święta narodowego w Liechtensteinie [uwaga, dygresja: (15 sierpnia 2010) kiedy to moje poprzednie czarne baleriny przemokły mi, na śmierć nawet. Nota bene miałam wtedy na sobie ten sam sweterek i ten sam parasol w ręce, tylko grzywkę jakąś taką okropną, że na zdjęciu z Księżną i tatą mym (w wieku bodajże ok 70 i 50), oboje wyszli lepiej... Stroje narodowe liechtensteinskie też w sumie podobne do norweskich są niektórych, jakby nie te specyficzne nakrycia głowy. Ogólnie ten oddalony ok 3 tys km malutki kraj, pod wieloma względami mi Norwegię przypomina, do obu mogę wracać i wracać... Chętnie jeszcze przejdę się po alpejskich szczytach nad doliną Malbun, przytulając osiołki, oglądając świstaki i dzwoniące krówki. Ale póki co jestem tu i też jest dobrze :)]. Wróciłam więc na chwilę do domu zagrzać się w ciepłych skarpetach i ulubionej bluzie. A potem szybko się zebraliśmy i pojechaliśmy (samochód + prom) na Bømlo – rodzinny weekend, o którym w następnej notce. Ale zanim ona, to jeszcze odcinek specjalny podcastu dra Sheldona Coopera:

FUN WITH FLAGS!
Norweska flaga, jaka jest, już dobrze wiecie. Bardzo ją tutaj Norwedzy lubią i dość popularne jest posiadanie masztu flagowego w ogródku. Wiąże się to jednak z pewnymi obowiązkami – trzeba wywiesić flagę na święta narodowe, ale tylko od świtu do zmroku (albo godz. 21), na co dzień można mieć wywieszoną taką wstęgo-flagę. Popularne jest tez dość wywieszanie flagi w domkach (letniskowych/górskich) przy czym też trzeba pamiętać o ściąganiu jej na noc. Wszystko to z szacunku, zastanawia mnie więc dlaczego produkuje się ciuchy (np bikini czy szale ale tez inne z naszytą małą flagą) z motywem flagi. Tzn o mnie za mnie to mi to nie przeszkadza, zastanawia jedynie.

 

Rodzinne weekendy i „dzika” Norwegia

11 lis

Znajoma z kursu norweskiego, Filipinka Greyz, napisała kiedyś na fb: „Norway is indeed a beautiful country. I love their amazing landscapes and wonderful people. No wonder they are listed as the happiest country next to Denmark. One thing i noticed is that eventhough they have a lot of money, they don’t spend it to buy big houses or luxury cars. Instead, they travel as much as they can and just enjoy stuffs they love to do. It’s a great experience for me to live in Scandinavian countries. ♥ „

I z tym się właśnie zgadzam, a przynajmniej tak to widzę na przykładzie mojej host family. Spotkania z rodziną, a w szczególności z dziadkami – rodzicami Anne zdarzają się tu dość często. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu spędziliśmy z całą rodziną, dziadkami i kuzynami (dziećmi siostry Anne) weekend w cottage, teraz jesteśmy w Bømlo – w domu dziadków (btw bardzo ładny dom! taki inny.. i pełen azjatyckich mebli i innych pamiątek z okresu kiedy mieszkali w Singapurze i zbudowany na skałach także ‚skalniak’ w ogródku to tu nie imitacja), na wyspie skąd pochodzi Anne i wreszcie miałam okazję poznać również jej siostrę z mężem (ostatnim razem ominęła mnie wycieczka tutaj bo sobie zachorzałam trochę..). Strasznie tzn. bardzo podoba mi się taki sposób spędzania wolnego czasu z całą rodziną! Widać, że są ze sobą mocno związani ale też na tyle otwarci, że czuję się całkiem swobodnie kiedy zabierają mnie ze sobą. I mogłoby się wydawać, że w takim razie muszą mieszkać całkiem blisko – nic z tych rzeczy. Żeby dojechać do cottage samochodem (jakieś 80km) potrzeba nam ok 1,5h. Żeby dostać się do Bømlo – jakieś 3h (w tym ok 50min na promie – btw cudownie jest po 15 latach znowu popływać promem! Już w sumie zapomniałam jak to jest… A dziś na powrotnej drodze żeby mieć ‚full ferry experience’ dostałam porcje lodów z posypką tak dużej, że jej zjedzenie zajęło mi prawie pół godziny…) a dziadkowie są wciąż pracujący (wiek emerytalny w Norwegii: 67lat) więc też nie oznacza to, że się nudzą i przyjeżdżają kiedy tylko chcą. A jednak dbają o te relacje i widać gołym okiem jak się tym cieszą :) Chciałbym żeby u nas też tak było…

Myślę, że bardzo dobrze spełniamy wyłuszczone w naszej umowie „The au pair shall be treated as a member of the family and shall be given an opportunity to participate actively in family life.”

Przy okazji muszę przyznać, że to nie tylko domena Norwegów – u Krakusów królują rodzinne gry planszowe (i nie tylko) oraz wieczory filmowe – bardzo mi się to podoba! :)

A co do bieżącego weekendu jeszcze – przed chwilą /sobotnie popołudnie jest/ wróciliśmy (z mamami i dziećmi) z przedstawienia/musicalu „Folk og røvere i Kardemomme by” opartego na opowiadaniu Thorbjørn Egner, na którym wychowały się Anne i jej siostra. Historia opowiada o miasteczku Kardemomme, w którym grasuje trzech złodziei: Kasper, Jasper i Jonatan, którzy w końcu po przyłapaniu na gorącym uczynku zamiast trafić do aresztu zostają obdarzeni drugą szansą i rehabilitują się ratując miasteczko od pożaru. Bardzo znana opowieść w całej Norwegii, piosenki znane i śpiewane nie tylko przez dzieciaki, także nie mogło jej zabraknąć w programie mojej edukacji kulturalnej ;) W ogóle myślałam, że to przyjezdna grupa teatralna ale mi uświadomiły panie, że to tylko ludność tutejsza! Musze przyznać, że jestem pod wrażeniem, że w tym 10 tysięcznym miasteczku działa taka prężna grupa teatralna! Także folklor pełną gębą :D I jeszcze bardzo mi się scenografia podobała: domki, które po odwróceniu mają urządzone wnętrza – coś, co bardzo lubię :)

Wczoraj /sob/ miałam okazję pospacerować sobie.. po bagnach właściwie, a dziś  przed powrotem do Bergen mieliśmy ognisko na skraju lasu. I kiełbaski na ognisku pieczone na (teleskopowych!) kijkach po owinięciu ich ciastem drożdżowym – mega pomysł! :) Stroju jaki wdziałam z tej okazji pogratulowałby mi zapewne sam Tomasz Jacyków: kremowe kalosze z czarną kratką + za duże o chyba 10 rozmiaru czarne spodnie przeciwdeszczowe włożone do kaloszy i podwinięte kilka razy od góry + brązowo-różowy softshell + ciemnoniebieski wielki szal + szara czapka! :P

***

Trochę o „dzikiej” Norwegii.
Czemu „dzikiej”? Bo Bergen jest dość specyficzne. Po pierwsze jest drugim co do wielkości i zaludnienia miastem w Norwegii – zaraz po stolicy, rozciągnięte na dużym obszarze i z dość gęstą zabudową. Bardzo je lubię i w nocy uwielbiam patrzeć na te światełka z domów pokrywające zbocza gór i odbijające się w wodzie… Ale takie miasta są w Norwegii raczej rzadkością i większa część powierzchni tego jest taka właśnie bardziej „dzika”. Z wyjazdów poza Bergen (oczywiście od kiedy tu jestem teraz, rok 1997 się nie liczy) udało mi się odwiedzić na razie (kurcze.. zapomniałam znowu nazwę) w pobliżu fiordu Hardanger, gdzie ‚mamy’ cottage; Valen – dom Krakusów, a teraz właśnie Bømlo (oba miejsca jakieś 3h drogi na południe od Bergen z tym, że Bømlo jest osobną wyspą połączoną z resztą lądu mostami). Widoki w tych pozabergeńskich miasteczkach (czy wioskach, jeśli tak wolicie je określać) są zgoła odmienne niż w Bergen. Dość rzadka zabudowa, zbocza gór wchodzące wprost do wody z pojedynczymi wetkniętymi w nie uroczymi domkami i zacumowanymi przy brzegu łódeczkami albo kajakami – ten widok po prostu uwielbiam i mam nadzieję, że uda mi się wreszcie kiedyś zrobić jakieś dobre zdjęcie takiegoż. No i niesplugawione ludzkim działaniem piękne lasy pełne różnego rodzaju owoców leśnych i grzybów (o dziwo grzybobranie wśród Norwegów wcale popularne nie jest, aż się dziwię, że ta tradycja rodem z Pana Tadeusza przetrwała w naszym kraju, gdzie o dobre zbiory chyba coraz trudniej, a na pewno nie tak łatwo jak tutaj).

Poza tym Bergen jest miastem międzynarodowym i chyba nawet łatwiej na ulicy spotkać obcokrajowca niż Norwega, a nawet język polski wcale nie tak trudno usłyszeć (i uśmiecham się wtedy w duchu, no bo przecież nie pod wąsem ;) Trochę mi to przypomina Kraków…  Ach Kraków…

Znajoma z kursu norweskiego, Filipinka Greyz, napisała kiedyś na fb: „Norway is 

indeed a beautiful country. I love their amazing landscapes and wonderful people. No

wonder they are listed as the happiest country next to Denmark. One thing i noticed

is that eventhough they have a lot of money, they don’t spend it to buy big houses

or luxury cars. Instead, they travel as much as they can and just enjoy stuffs they

love to do. It’s a great experience for me to live in Scandinavian countries. ♥ ”

I z tym się właśnie zgadzam, a przynajmniej tak to widze na przykładzie mojej host

family. Spotkania z rodziną, a w szczególności z dziadkami – rodzicami Anne zdarzają

się tu dość często. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu spędziliśmy z całą rodziną,

dziadkami i kuzynami (dziećmi siostry Anne) weekend w cottage, teraz jesteśmy w

Bømlo – w domu dziadków (btw. bardzo ładny dom! taki inny.. i pełen azjatyckich

mebli i innych pamiątek z okresu kiedy mieszkali w Singapurze i zbudowany na skałach

także ‚skalniak’ w ogródku to tu nie imitacja), na wyspie skąd pochodzi Anne i

wreszcie miałam okazję poznać również jej siostę z mężem (ostatnim razem ominęła

mnie wycieczka tutaj bo sobie zachorzałam trochę..). Strasznie tzn. bardzo podoba mi

się taki sposób spędzania wolnego czasu z całą rodziną! Widać, że są ze soba mocno

związani ale też na tyle otwarci, że czuję się całkiem swobodnie kiedy zabieraja

mnie ze sobą. I mogłoby sie wydawać, że w takim razie muszą mieszkać całkiem blisko

- nic z tych rzeczy. Żeby dojechać do cottage samochodem (jakieś 80km) potrzeba nam

ok 1,5h. Żeby dostać się do Bomlo – jakieś 3h (w tym ok 50min na promie – btw.

cudownie jest po 15 latach znowu popływać promem! Już w sumie zapomniałam jak to

jest…) a dziadkowie są wciąż pracujący (wiek emerytalny w Norwegii: 67lat) więc

też nie oznacza to, że sie nudzą i przyjeżdżają kiedy tylko chcą. A jednak dbają o

te relacje i widać gołym okiem jak się tym cieszą :) Chciałbym żeby u nas też tak

było…
Myślę, że bardzo dobrze spełniamy wyłuszone w naszej umowie „The au pair shall be

treated as a member of the family and shall be given an opportunity to participate

actively in family life.”

Przy okazji muszę przyznać, że to nie tylko domena Norwegów – u Krakusów królują

rodzinne gry planszowe (i nie tylko) oraz wieczory filmowe – bardzo mi się to

podoba! :)

A co do bierzącego weekendu jeszcze – przed chwilą /sobotnie popołudnie jest/

wróciliśmy (z mamami i dziećmi) z przedstawienia/musikalu „Folk og røvere i

Kardemomme by” opartego na opowiadaniu Thorbjørn Egner, na którym wychowały się Anne

i jej siostra. Historia opowiada o miasteczku Kardemomme, w którym grasuje trzech

złodziei: Kasper, Jasper i Jonatan, którzy w końcu po przyłapaniu nagoracym uczynku

zamaiast trafić do aresztu zostają obdarzeni drugą szansą i rehabilitują się ratując

miasteczko od pożaru. Bardzo znana opowieść w całej Norwegii, piosenki znane i

śpiewane nie tylko przez dzieciaki, także nie mogło jej zabraknąć w programie mojej

edukacji kulturalnej ;) W ogóle myślałam, że to przyjedzna grupa teatralna ale mi

uświadomiły panie, że to tylko ludność tutejsza! Musze przyznać, że jestem pod

wrażeniem, że w tym 10 tysięcznym miasteczku działa taka prężna grupa teatralna!

Także folklor pełną gębą :D I jeszcze bardzo mi się scenografia podobała: domki,

które po odwróceniu mają urządzone wnętrza – coś, co bardzo lubię :)

A dziś /niedziela/ przed powrotem do Bergen mieliśmy ognisko na skraju lasu! I

kiełbaski na ognisku pieczone na (teleskopowych!) kijkach po owinięciu ich ciastem

drożdżowym – mega pomysł! :) Stroju jaki wdziałam z tej okazji pogratulowałby mi

zapewne sam Tomasz Jacyków: kremowe kalosze z czarną kratką + za duże o chyba 10

rozmiaru czarne spodnie przeciwdeszczowe włozone do kaloszy i podwiniete kilka razy

od góry + brązowo-różowy softshell + ciemnoniebieski wielki szal + szara czapka! :P

***

Trochę o „dzikiej” Norwegii.
Czemu „dzikiej”? Bo Bergen jest dość specyficzne. Po pierwsze jest drugim co do

wielkości i zaludnienia miastem w Norwegii – zaraz po stolicy, rozciągnięte na dużym

obszarze i z dość gęstą zabudową. Bardzo je lubię i w nocy uwielbiam patrzeć na te

światełka z domów pokrywajace zbocza gór i odbijające się w wodzie… Ale takie

miasta są w Norwegii raczej rzadkością i większa część powierzchni tego jest taka

właśnie bardziej „dzika”. Z wyjazdów poza Bergen (oczywiście od kiedy tu jestem

teraz, rok 1997 się nie liczy) udało mi się odwiedzić na razie … w pobliżu fiordu

Hardanger, gdzie ‚mamy’ cottage; Valen – dom Krakusów, a teraz Bomlo (oba miejsca

jakieś 3h drogi na południe od Bergen z tym, że Bomlo jest osobną wyspą połączoną z

reszta lądu mostami). Widoki w tych pozabergeńskich miasteczkach (czy wioskach,

jeśli tak wolicie je określać) są zgoła odmienne niż w Bergen. Dość rzadka zabudowa,

zbocza gór wchodzące wprost do wody z pojedynczymi wetkniętymi w nie uroczymi

domkami i zacumowanymi przy brzegu łódeczkami albo kajakami – ten widok po prostu

uwielbiam i mam nadzieję, że uda mi się wreszcie kiedyś zrobić jakieś dobre zdjęcie

takiegoż. No i niesplugawione ludzkim dzałaniem piękne lasy pełne różnego rodzaju

owoców leśnych i grzybów (o dziwo grzybobranie wśród Norwegów wcale popularne nie

jest, aż się dziwię, że ta tradycja rodem z Pana Tadeusza przetrwala w naszym kraju,

gdzie o dobre zbiory chyba coraz trudniej, a na pewno nie tak łatwo jak tutaj).

Poza tym Bergen jest miastem międzynarodowym i chyba nawet łatwiej na ulicy spotkać

obcokrajowca niż Norwega, a nawet język polski wcale nie tak trudno usłyszeć (i

uśmiecham się wtedy w duchu, no bo przecież nie pod wąsem ;) Trochę mi to przypomina

Kraków… Ach Kraków…

 
 

  • RSS