RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Languages’

Po pierwsze: ZDAŁAM! :)

24 maj

Jednak! Miałam odrobinkę jeszcze nadziei, ale nie wierzyłam w to za mocno… Chociaż oczywiście wszyscy WIEDZIELI, że zdam. Dlaczego to takie ważne? Bo to jedyne namacalne potwierdzenie, że cokolwiek osiągnęłam w przeciągu ostatniego 1,5 roku. Bo państwowy certyfikat z języka to ważna pozycja w cv – na teraz czy na przyszłość. Bo moja host family władowała mnóstwo kasy w moją edukację i chciałam im pokazać, że to nie poszło na marne. Bo nie lubię porażek (tym bardziej podwójnych), nienawidzę kiedy moje wysiłki (krew, pot i łzy) idą na marne. Bo własnie teraz potrzebowałam czegoś, co mnie podbuduje. Dlatego też pod koniec tego, nieskończenie długiego, okresu oczekiwania stres ogarniał mnie już ogromny i wynik – to pozytywne zaskoczenie i ta ulga.. piękne uczucie. Przypuszczam, że gdyby był negatywny to ciężko by mi było się po tym pozbierać, wierzyć w siebie i…

…no właśnie – szukać pracy. Na wakacje.
Tym się ostatnio niby zajmuję. Znów mam otwartych milion zakładek internetowych i tonę w nich, tonę… Wysłałam kilka cv dopiero. Został mi miesiąc. MUSI się coś znaleźć.
Co do planów dalekosiężnych – na jesień planuję wrócić do Polski. (Na dłużej, ale nie na stałe, bo takiego wyrażenia nawet nie ma w moim słowniku.) Planuję, o ile nie wydarzy się nagle coś niespodziewanego, co popchnie mnie ku innym decyzjom. Nie przewiduję tego, synoptycy ani górale też nie, ale no przecież ‚nigdy nic nie wiadomo’.
Ja właściwie lubię tak trochę wciąż nie wiedzieć, wciąż mieć wszystko jeszcze przed sobą.

Dostaję ostatnio mnóstwo wsparcia, a teraz gratulacji – z różnych stron świata (m.in. dlatego, że ludzie zaczęli już powoli wyjeżdżać z Bergen). Sporo niespodziewanych, ciekawych, budujących i inspirujących rozmów mi się zdarza w ostatnim czasie. Jest to niesamowite i jestem Wam za to ogromnie wdzięczna! :*

Zapowiada się ładny wieczór, oby z ładnym zachodem słońca (jak wczoraj) – chyba się przejdę obejrzeć to z mojej góry – po raz 25 zdobywając jej szczyt. Dni są takie długie teraz.

Z pewnych względów dobrze pamiętam, co działo się dokładnie dwa lata temu. Od tego czasu sporo się zdarzyło i prawie wszystko się zmieniło w moim małym świecie. Zmieniło się na lepsze, chociaż momentami było bardzo ciężko.
A więc: Skål! Za moje życie. Za ludzi, których spotykam. Za niespodziewane zwroty akcji i sploty wydarzeń, które czynią to życie ekscytującym…

 

Bergenstest i inne tego typu wątpliwe przyjemności

14 lut

A więc egzamin pisałam z norweskiego, państwowy taki – już miesiąc temu to prawie było… I czekam, niecierpliwie już bardzo czekam na wyniki i poczekam tak jeszcze ze dwa tygodnie, o ile mnie szlag wcześniej nie trafi.

Jeśli kogoś interesuje, poza tym jak mi poszło (o co wszyscy pytają), jak to jeszcze wyglądało, to proszę bardzo:

cz. 1 – 2,5 h
1 – czytanie ze zrozumieniem: 3 teksty -> test wyboru/otwarte pytania, 1h
2 – słuchanie: 25 dialogów puszczonych raz i jeden za drugim do każdego 1 pytanie testowe
3 – tzw. referat: słuchanie wywiadów 2x i napisanie na jego temat jednolitego tekstu wg. podanych głównych punktów, 1h

cz. 2 – 2,5h
4 – gramatyka: 30 zdań do uzupełnienia poprawnie językowo i gramatycznie
5 – rozprawka na 1 z tematów

Łącznie spędziłam tam 7,5h, nieznośnie długie i wykańczające 7,5h. O ile części 1,3 i 4 były w zasadzie do przeżycia, o tyle 5-ki mi się już zwyczajnie nawet nie chciało pisać (tym bardziej nt. wprowadzenia szkolnych mundurków w Norwegii i tak późno i na głupim papierze, mocno przyciskając żeby się na 2 kalkach odbiło – blee…). No ale najgorzej to z tą 2-ką! Pisały ze mną dziewczyny z mojej grupy kursowej i wszystkie jednogłośnie stwierdziłyśmy, że było to straszne i nie do zrobienia, nie nadążało się przeczytać pytań w trakcie słuchania tekstu no i nie dało się do tego wrócić. No i jeśli właśnie polegnę to najprawdopodobniej z powodu tej części, ach no bo trzeba zdać każdą część osobno żeby zdać cały test (sic!). Jeśli zda się w ogóle to ma się zaliczony poziom B2, jeśli bardzo dobrze to C1 i trudniejszego egzaminu już nie ma. Nie pytajcie mnie o przeczucie, naprawdę nie wiem, ale mam jeszcze cień nadziei, że wszystkim 2-ka poszła nie bardzo i może obniżą próg czy coś, nie wiem… Nie chce mi się już przez to przechodzić po raz kolejny (zwłaszcza, że może być tak samo), bardzo nie chce mi się płacić po raz kolejny 1900 koron za tą nieprzyjemność. (W ustny nie zamierzałam się nawet bawić). Nie chciało mi się nawet tego pisać ale dałam się namówić – bo tu ‚w domu’, bo na kursie wszyscy naciskali. Jeszcze 2 lata temu mi przez myśl nie przeszło nawet, że będę się uczyć tego języka… Jeszcze nadal nie wiem czy mi się on przyda. Ale póki co jestem na kolejnym kursie, już ostatnim. Wtorki wieczorem to nie jest moja ulubiona pora na to, a Arild nie jest moim ulubionym nauczycielem i nie przypada mi do gustu jego sposób prowadzenia zajęć – ale na tym poziomie nie było innej alternatywy. Z nich wszystkich Lea, ta pierwsza, była chyba jednak najbardziej sensowna. Obraziłyśmy się w ogóle na Maritę, że nas na przedegzaminowym kursie nie przygotowała wystarczająco, za to z każdej lekcji marnowała jakieś 20 minut przez swoje spóźnianie się i przedłużanie przerw. Zakuwać ostro na własną rękę najwyraźniej nie wystarczyło.

Także tak to wygląda. Nadal nie mówię ładnie i płynnie, za to czytam sobie książkę, szarpnęłam się na pierwszą poważniejszą po norwesku. No i staram się jakoś wytrzymać do wyników… Powiadomię Was niezwłocznie o sukcesie bądź porażce.

Pozdro.

ps: tak w ogóle na dole (4stycznia) jest notka o Gruzji, jakbyście przypadkiem przeoczyli ;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Languages

 

i po kursie

04 cze

Zacznę znowu od dygresji…
Nie nadążam z pisaniem! Za dużo się dzieje – to raz, za bardzo chyba jestem nieogarnięta – to inna sprawa. Ale staram się przynajmniej z tym drugim powodem walczyć. Mam mocne postanowienie popisania cos więcej w najbliższym czasie. Serio. Ale poza tym cos mi sie znów porobiło z mózgiem chyba, bo mam sporo pomysłów na bieżaco, jak i co napisać, ale jak juz siądę to wszystko jest blee i brzmi jeszcze bardziej blee. No i jak się pisze z opóźnieniem to tez to takie no… mniej nacechowane emocjonalnie. Także trudno, musimy sie zadowolić tym, co zdołam wyprodukować w tymże stanie. Smacznego.

Pamietam jeszcze szalony poniedziałek w połowie września (notka gdzies w archiwum zalega ‚norsk nå’), keidy zaczynałam moja przygodę z norweskim. Tak niedawno temu to było, a tu już mi przyszło w ubiegłą środe skończyć kurs! Poziom 4 czyli B1-B. Takie to strasznie dziwne, bo się przyzwyczaiłam do tego bardzo. A ostatnie tygodnie na kursie wyglądały mniej-wiecej tak, że nasz babski skład międzynarodowy (gdyż albowiem Hlynur nam gdzies zaginął w kacji po drodze) na przerwach raczył się przynoszonym przez nas jedzeniem (wszystko zaczęło sie od muffinek z jagodami, które upiekła Marie, potem było jeszcze borówkowe pie Hanneliisy, ze 3 indyjskie potrawy Sridevi i sporo słodyczy od naszej reszty) i pogawędkami… Dzieci, jedzenie i religie – to były główne, acz nie jedyne nasze tematy. Na koniec więc zafundowałyśmy sobie wyżerkę i pogawędki także. Od razu odpowiem na pytanie co przyniosłam – myslałam co prawda o czymś bardziej polskim, ale zrezygnowałam i zrobiłam nasz super zdrowy sok z marchewek, pomarańczy, papryki i cytryny a do tego svele, także w sumie bez szaleństw. No i przytachałam książki kucharskie o sokach i kuchni polskiej. Oraz aparat – mamy więc ostatnie wspólne foto… Ostatnie, jedyne własciwie, smutno tak. A już najdziwniej mi się zrobiło jak Lea się wręcz popłakała jak jej dziękowałam za te wszystkie 4 kursy – no w sumie może zrobiłam aż tyle błędów na kartce, że ją to tak wzruszyło…

Tak czy siak muszę przyznać, że nie zależalo mi na poczatku specjalnie na norweskim samym w sobie, na ćwiczeniu angielskiego bardziej. No ale że kurs sponsorowany, język się może kiedyś przydać, a mózg przynajmniej bedzie w jakiejś aktywności – no to się podjęłam. Ale te kursy, poza nauką języka, wniosły w moje życie o wiele więcej – jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało. Spotykanie, rozmawianie z ludźmi z całego świata, wymiana doświadczeń – mam wrażenie jakbym poniekąd bardzo duzo ‚podróżowała’ w tym czasie. W sumie jedną z najfajniejszych rzeczy w podróżowaniu jest spotykanie miejscowych. Myślę sobie, że jeśli kiedyś jeszcze bedę miała okazje pouczyć się języka w jakimś innym kraju, to bardzo chętnie się zdecyduję. Świetna sprawa, polecam i w ogóle ;)

No ale żeby nie było, że to już definitywny koniec z norweskim to wdrażam (staram się wdrażać) plan pt ‚norweski w miesiąc’ – taki tytuł nosi podręcznik, który sobie przywiozłam z Polski na początku (i do którego zajrzałam ledwie parę razy). Został mi więc czerwiec na podszlifowanie – od przyszłego tygodnia mam się przestawić wreszcie na rozmawianie po norwesku w domu (dopiero od przyszłego, bo teraz Anne jest wyjechana i niby ćwiczymy angielski przed przyjazdem babci z Singapuru). Plus do tego pracuję ze ściśle tajnymi materiałami w tym języku ;) Na ten czerwiec cały mam masę jeszcze innych planów i pomysłów, które bym bardzo chciała zrealizować, dlatego nie bardzo wierzę, że plan z norweskim uda mi się kompletnie zrealizować, ale coś tam popchnę do przodu. Amen.

ps: dochodzi 23:00 i wciąż jest jeszcze jasno na zewnątrz… nie umiem się przyzwyczaić.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Languages

 

Hlynur i skandynawski romans

10 kwi

Aż do poniedziałku żyłam w przekonaniu, że nazwa grupy kabaretowej „Hlynur” jest po prostu śmiesznie brzmiącym i raczej przypadkowym zlepkiem liter. Nigdy też nie zadałam sobie trudu żeby sprawdzić czy tak jest faktycznie. W poniedziałek ruszył nasz następny kurs norweskiego (na poziomie B1-B) i poza nami trzema (Hala z Algierii i Marina z Grecji), któreśmy się ostały z poprzedniej grupy, dobyło nam kilka nowych osób: Stridewi – Indie, Marie – Kanada, Anne-Lise – Finlandia i… Hlynur. A więc Hlynur jest imieniem pana pochodzącego z Islandii! No proszę… Nie udawajcie żeście wiedzieli. Nie udawajcie też, że wpadliście już wcześniej sami na to, że w roli spódnicy może wystąpić szary koc polarowy obszyty na czerwono…

No ale przypuszczam, że wątek romansu interesuje Was jeszcze bardziej, w końcu nie jedno z Was twierdziło jeszcze przed moim wyjazdem (a może i nadal tak twierdzi), że wyjeżdżam do Norwegii żeby sobie jakiegoś osobnika płci męskiej (żeby nie powiedzieć ‚samca’) upolować. Raczej Was jednak tym nie usatysfakcjonuję, dlatego też nie będę już dłużej trzymać skeczu pt. „Skandynawski romans” (kabaretu Hlynur ^^) na lepszą okazję. [Sam Hlynur z resztą, pomijając już nawet fakt jego zaobrączkowania, wygląda dokładnie tak jak się nazywa, więc sami rozumiecie...]. Czekoladowo-owocowe randki i sypianie z Martą się również zupełnie nie liczą ;) A przynajmniej nie w tym sensie.
Co do samego skeczu to odkryliśmy go z Kamilkiem jakieś 2 lata temu (albo i dawniej) i miałam głęboką nadzieję, że zrobi większą furorę podczas Wielkanocy niż zrobił… No ale to podobno wynika z faktu, że jeśli się tu mieszka dłużej i zna sporo Norwegów, to stereotypy się rozmywają jakby tonęły we mgle nas zatoką Norgdewydemyte ;) Ale mnie to nadal bawi :) Dobra, macie już: link

PS: przestaje być powoli aż tak strasznie suchooo, wow.

 

Skradziona godzina

28 sty

Zaczęłam dziś poziom B1-A. Godzinę wcześniej niż przez poprzednie 2 poziomy (czyli 9:15), co dla mnie osobiście zmienia bardzo dużo.
Zawsze czas pomiędzy wyprawieniem wszystkich do szkoły/pracy, a wyjściem na norweski oznaczał dla mnie spokojne śniadanie, prysznic, czas na zrobienie zadania domowegoi celebrację oglądania wschodu słońca. Zdąrzałam też zwykle puścić jedną pralkę i tuż przed wyjściem przełożyć wyprane rzeczy do suszarki. Przesunięcie zajęć na godzinę wcześniej spowodowało, że na to wszystko nie wystarczy mi rano czasu. Muszę wstać pół godziny wcześniej, zadanie zrobić poprzedniego dnia, a potem się śpieszyć ze śniadaniem swoim. No wschody słońca… Dziś, co prawda, chyba nie wzeszło wcale, ale pewnie ominie mnie sporo ładnych… Nie zwróciłam też uwagi, że po 8 autobusy jeżdżą inaczej niż po 9 i spędziłam dziś urocze 15 minut na przystanku. Poza tym nie zdążyłam kupić podręczników przed lekcją. [Swoją drogą książka + ćwczenia (znacznie mniejsze niż do poprzednich 2 poiomów) kosztowały 738kr (już z rabatem 10%). Niby nie płacę za to sama, ale i tak się zastanawiam, czy warto. W ogóle znajome filipińskie au pair’ki mówiły, że mają w umowach sponsorowany przez host family kurs norweskiego do kwoty 7000, co wychodzi na (nawet nie całe) 2 poziomy i niektóre po tych 2 poziomach skończyły. Powiedziałam o tym Anne, ale uznała, że nas to nie dotyczy i mam się uczyć za ich pieniądze…
Nosz dobra. Moim szarym komórkom to się może faktycznie przyda. Tzn. tej resztce z nich. Ale trochę nie mam już do tego języka serca (jakkolwiek idiotycznie to brzmi…) Bo czy ja wiem, czy zostanę tu na dłużej, skoro tyle pomysłów odnośnie ‚potem’ się pojawia… A jeśli kiedyś bym tu wróciła, to czy będę cokolwiek pamiętać..?

Nowy poziom – nowa grupa. Z poprzedniej zostało nas 4 (ja, Hala, Anabel i Marina) no i nauczycielka Lea. Miały dojść jeszcze tylko 3 nowe, ale pojawił się tylko Hadi z Libanu. Wygląda jeszcze bardziej terrorystycznie niż nawet H’Adamm Kutzner!
Nasza wymiana zdań pod koniec:
H (do Lei): Will I be the only one men in this group?
ja: Are you afraid of us?
H: No, I just don’t want to learn ‚soft norwegian’…

Dobre sobie… soft norwegian
Wyszło na to, że ma się pojawić jeszcze 1 osobnik o imieniu wskazującym na płeć męską i jedna osobniczka. Zobaczymy. Póki co zrobiło się dziwnie cicho i pusto (5 zamiast kilkunastu osób robi różnicę). No i brakuje mi tych ludzi wszystkich… Kirk’owego ‚BRA!’ mi brakuje. Śmiechu Filipinek. Poczucia humoru niektórych osób, polskiej Gosi itd…

No i jeszcze do tego wróciła pogoda typu ‚rainy, windy, cold and dark’, co mnie wcale, ale to wcale nie nastraja pozytywnie. Muszę sobie znaleźć jaką odpowiednią muzykę na dziś, ale coś mi to nie wychodzi…

Idę robić zupę z polskich ogórków kiszonych. Z kurczakiem.
Ha det BRA!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Languages

 

Rybak

20 lis

Alexander w sensie że. Dla tych co nie do końca (albo i wcale) kojarzą: w 2009 jego Fairytale okazała się zwycięską piosenką na Eurowizji. 26-latek, z pochodzenia Białorusin ale od dziecka mieszkający w Norwegii. Pochodzi z muzycznej rodziny, a na skrzypcach (i nie tylko) gra od 5-go roku życia. Więcej wie ciocia Wiki i do niej odsyłam zainteresowanych.

Mi się osobiście gdzieś tam przewinęła Fairytale (za sprawą Kamilka), w wakacje zaś wpadła w ucho OAH (j.w.)(nie powiem kogo mi Moa przypomina :P) [o kurcze.. a jakby tak dziewczynkom to wkręcić zamiast Gangnam style..!]i od tego czasu go trochę bardziej męczyłam, szczególnie, że już był to czas myślenia mojego o Norwegii coraz bardziej na poważnie, a widoczki takie jak np w teledysku do Roll With The Wind albo Europe’s Skies, jeszcze bardziej mnie utwierdzały w przekonaniu, że to już ten czas żeby do Norwegii wrócić. Nie powiem, że uwielbiam wszystko cokolwiek  stworzy. Te kawałki skrzypcowe i bardziej akustyczne owszem. Ale są i takie, które brzmią jak dla mnie zbyt popowo albo zbyt melancholijnie (nawet jak dla mnie) i nie jestem w stanie ich wysłuchać do końca.  Ale teksty też ma czasem bardzo trafne i to akurat mi się podoba.

No i dziś właśnie, podczas sprzątania, wpadła mi w rękę sobotnia gazeta z wielkim jego zdjęciem na okładce. ‚A co tam – przeczytam se’ pomyślałam. Będzie ładny challenge, bo jestem pewna, że moje przedszkolne słownictwo nie jest wystarczające  do jego zrozumienia, za to jestem ciekawa na ile zrozumiem cokolwiek. Pomocny jest oczywiście google translator, ale mimo iż znalazłam ten artykuł w necie nie zamierzam go tam w całości Ctrl + V. Bo raz, że chce sobie potrenować, a dwa, że to jest bezmyślne urządzenie i nie można mu za bardzo ufać a jedynie się nim wspomagać.  Artykuł ciekawy także go polecam ;) Już zdążyłam się nauczyć tak użytecznych słów jak cycki, majtki i kaftan bezpieczeństwa (puppene, truser, tvangstrøye) :D  a dopiero tkwię w pierwszym akapicie.
Ogólnie zaś chodzi o to, że Aleksander jest zmęczony nękającymi go (psycho)fankami i chyba ze stanu takiego jak w OAH przeszedł do tego z nowej Leave Me Alone

Ja wiem, że wręcz każecie mi podrywać Norwegów, ale czy mam zaliczyć się do tego grona psychofanek i mierzyć z tym uwodzeniem aż tak wysoko? W sumie mogłabym mój wyjazd, naukę norweskiego i to wszystko podciągnąć pod taki cel, nieprawdaż? ;) Ale skoro on już taki zniechęcony, a ja najbardziej to nie lubię być nachalna [i nie, nie wyślę mu też swoich majtasków w liście]. W dodatku nie do końca wiadomo, czy któraś z tych panien, co o nich śpiewa, nie jest przypadkiem już przez niego upatrzona na zawsze… Cóż, czyli jak zwykle :P

edit:
Przeczytałam! :) Może jednak wybiorę się na wycieczkę do Oslo hmm…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Languages

 

Poniedziałku, spadłeś na mnie…

15 paź

Tak to śpiewa Katarzyna Groniec (i naprawdę nie mam bladego pojęcia dlaczego w głowie mej się uroiło, że to Turnau i nawet próbowałam go usilnie odszukać w połączeniu z poniedziałkiem…). Tak czy siak – odpowiednie na dziś. W sumie tytułem tej notki miało być ‚lubię (takie) poniedziałki’, ale marznąc na spóźniony autobus, odczuwając coraz bardziej głód i poszkolne zmęczenie – zmieniłam zdanie.

Ale po kolei.
Po poranku spodziewałam się trudności ze wstawaniem po całym tygodniu laby. Ale nie – musiałam się obudzić o 5:10 i nie zasnąć już ponownie przez całą następną godzinę, kiedy to jeszcze nie musiałam wstawać… Dla dziewczynek odzwyczajenie od trybu wakacyjnego okazało się very painful: snuły się ich małe ciałka po kanapach i fotelach w drodze na śniadanie i już zaczęłam wątpić, że w ogóle dotrą do kuchni, a żeby coś jeszcze zjadły! Ale nie – jakoś się udało to ogarnąć – z pomocą mormor i morfar w sumie…

Miałam w planie godzinę pomiędzy ich a moim wyjściem z domu do szkoły spędzić trochę się rozruszawszy, organizm swój się znaczy, ale wydarzyło się coś, czemu wprost nie mogłam się oprzeć. Niesamowity i jedyny w swoim rodzaju WSCHÓD SŁOŃCA. Zdecydowanie jeden z najpiękniejszych jakie w życiu widziałam, nad ‚naszą wodą’ zyskał jeszcze na wartości. Mój prywatny teatr światła, cieni i kolorów – od czerni i granatu, przez szarości, błękity, róże i pomarańcze do bladożółtego i oślepiająco białego na zakończenie. Bajecznie. Siedziałam tak sobie, popijając dobrą kawę – spektakl trwał prawie godzinę -totalnie oczarowana i zachwycona… A jakby tak kiedyś taki wschód ze szczytu Ulriken..? Być może dopiero na wiosnę…

Szkoła. Poczułam, że jednak tęskniłam i dobrze wrócić. Tak, naprawdę dobrze wrócić do szkoły! Do mojej śmiechowej grupy, w ogóle do ludzi. No i Lea – znowu dziś przeszła samą siebie. Mówi się, że kobiety są fascynujące, bo bez końca potrafią zaskakiwać, ale to co wyczynia ta kobieta nie mieści się w granicach zwykłego zaskakiwania. I tym razem nie o okulary tu chodzi, ale o część stroju – owszem. Wściekle różowa bluzka połączona z gaciami od pidżamy (no bo czym innym mogłyby być błękitne z małpkami, żółtymi autobusami, nadgryzionymi jabłkami i czym tam jeszcze; z materiału zbliżonego do flaneli albo przynajmniej tak mi się wydawało… no chyba, że to jakaś nowa moda? chociaż bardziej jestem skłonna uwierzyć, że sama je sobie uszyła…) to naprawdę zestaw jakiego moja wyobraźnia wytworzyć by nie potrafiła (o jakże boleję nad jej ograniczeniością.. :/) Chciałam się porwać na ukradkowe zdjęcie, ale niestety (jak zawsze w takich sytuacjach) mój telefon poinformował mnie, że needs charging i nic z tego :/ No ale utkwi mi ten obraz w pamięci na długo. Tylko nie żebym się śmiała z niej czy coś – dobrze, że są tacy odważni i nieco pokręceni ludzie na świecie, jest z nimi lepiej – od razu się humor poprawia! Poza tym myślę, że całkiem nas nieźle naucza, a to jest w końcu najważniejsze :)

A potem to już tak jakoś zimniej i ciemniej się zrobiło i mój entuzjazm też tak jakoś sflaczał – niczym gumowa piłka nadziana na drut kolczasty… Zrobiłam obiad i nic już więcej mi się dziś nie chce. I w ogóle czuję po kościach (i po zębach, ale w sumie to też kości…), że czyha na mnie za rogiem jakieś parszywe choróbsko. Nie chcę go – tym bardziej, że się dopiero przecież ledwo wykaraskałam się z poprzedniego…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Languages, Życie codzienne

 

No i po feriach jesiennych…

14 paź

Tydzień przeleciał błyskawicznie no i od jutra normalność: obowiązki domowe, szkoła itd. Ale jestem z tego tygodnia bardzo, ale to bardzo zadowolona i myślę, że udało mi się ten czas optymalnie wykorzystać :) Pobiegałam aż 3 razy, pospacerowałam, wyprawiłam się na Ulriken, co już samo w sobie jest rozkosznym sukcesem :) Myślę, że nie zmarnowałam ani przepięknej jesiennej i słonecznej pogody (która trwa już od czwartku) w ciągu dnia ani tzw. samotnych wieczorów, ale wyspać się też miałam kiedy… Cud, miód i orzeszki po prostu… No właśnie – pyszności, z babeczką czekoladową na szczycie Ulriken na czele, też było trochę.

Totalnie nic nie zrobiłam z norweskiego… No może poza rozklejeniem karteczek à la Bania na różnych sprzętach domowych, ale nadal jeszcze nie zapamiętałam tych słówek :/ Eh, dziś wieczorem to spróbuję nadrobić jeszcze jakoś, ale czuję, że po 2 tygodniach przerwy jutro na lekcjach będzie dramat…
No i dlatego może dobrze, że wraca już moja host family (czuję, że te ich zdjęcia z Rzymu jeszcze bardziej mnie utwierdzą w przekonaniu, że muszę tam jechać na Sylwestra!) i przestawimy się na tryb standardowy – zaczynając dziś wieczorem od rytuału ustalenia planu na cały tydzień.

No i pointa:
Bo tak jak słońce najlepiej smakuje po tygodniach deszczu, tak wakacje lepiej smakują, kiedy zdarzają się tylko czasem.

 

O szkole i joggingu

29 wrz

Zostałam zapytana jak tam norweski, no to krótka opowieść o tym jaki jest norweski i jak sobie z nim radzę:

Pocieszam się szeregiem podobieństw do języków, które już znam tzn: niemieckiego, angielskiego, a nawet polskiego. Dzięki temu jest mi znacznie łatwiej zrozumieć wiele nowych słów, ale schody zaczynają się gdy chce się zbudować jakieś poprawne zdanie ;) Na przykład czasem czasownik by się chciało odmienić przez odoby chociażby, ale sie go nie odmienia.. No bo podobieństwa podobieństwami ale… Weźmy na przykład zdanie: Han er gift. Han [czytane normalnie jako han] znaczy on. Nie wiem czemu ale kojarzy mi się z japońskim językiem bardziej i ciągle jeszcze muszę się zastanowić, żeby nie pomylić go z hun (=ona). Dalej, er [czytanie ar] i znaczy tyle co angielskie are czyli być. A gift to nie prezent jakby się nam kojarzyło z angielskim tylko żonaty/zamężna [i czyta się w dodatku jift] – „no ładny mi prezent” jak to powiedział Janusz :P Także słowa podobne do ang albo niem ale czytanie inaczej i znaczą co innego, albo słowa inaczej pisane, a wymawiane i znaczące to samo… czasem dobrze coś przeczytać jak np. lunsj wygląda dziwnie póki nie uświadomię sobie, że brzmi jak ang luncz. Zdarza mi się wiec czasem taki mały mindfuck. No i nadal dość problematyczne jest czytanie o, u, å, æ, ø…

Z resztą co o wymowie można przeczytać [TU]: „Akcent zazwyczaj przypada na pierwszą sylabę. Język norweski posiada też akcent melodyczny zwany tonemem. Tonemy (wzrastający lub opadająco-wzrastający) występują zarówno w pojedynczych słowach, jak i całych zdaniach. To właśnie one sprawiają, że język norweski brzmi bardzo melodyjnie.”

ALE: „Język norweski nie ma jednego, ogólnie zaakceptowanego standardu wymowy. Każdy mieszkaniec mówi swoim dialektem. Dlatego też najczęściej powtarzanym zwrotem przez Norwegów jest „Hva sa du?” (Co powiedziałeś?). Pracownicy mediów mają obowiązek używać normowanego języka opartego leksykalnie na jednym z dwóch wariantów pisanych (bokmål/nynorsk), ale wymawiają je z dużą swobodą, według upodobania. Skutkiem tej sytuacji jest niemalże całkowity zanik normy
językowej: każdy mówi wedle uznania.” :P

Zaczyna się robić trochę pod górkę – norweski, podobnie jak niemiecki, też ma rodzajniki. I też czasem tak nielogiczne jak niemieckie der Rock – ten spódnica… No i jeszcze trzeba się pilnować i uczyć na bieżąco, bo jeden rozdział nie jest już, jak w szkole, wałkowany przez kilka tygodni tylko przez 1 lekcję. I zadania domowe (w sumie to na szczęście) są…
Także możecie mi życzyć powodzenia! Dziękuję bardzo :)

Ale wiecie co mnie w całym kursie norweskiego zastanawia i intryguje najbardziej..? Okulary naszej nauczycielki- Lea ma na imię. Po 3ciej lekcji myślałam intensywnie nad tym czy ma okulary serduszkowe we wszystkich kolorach tęczy (czy tylko czerwone i żółte), ale jak na 4ta lekcję przyszła w okularach batmanowych to… nawet się boję zastanawiać co tam jeszcze ma w zanadrzu..! Co prawda chyba używa ich tylko jak opaski do włosów (swoją drogą nie rozumiem czemu tu właściwie udzie kupują SUNglasses…) ale jednak…

No i o joggingu, no bo jeszcze się chciałam pochwalić, że (po raz kolejny w tym roku, z 3ci może nawet…) postanowiłam podjąć bieganie. No i okazuje się, że trasa idealna: kawałek osiedlem, rundka po lesie i powrót – tak na pół godzinki akurat :) Dlatego byłam w tym tygodniu już 3 razy! Tylko się obawiam, że o raz za dużo jednak- bo mnie chyba przewiało.. 11 stopni i mędzydeszczowa pogoda chyba zrobiła swoje, albo się jeszcze nie przyzwyczaiłam. Tak czy siak zamiast wyjazdu na wyspę do siostry Anne zostałam w domu się trochę podleczyć. I odpocząć, bo jakoś tak… jestem cholernie zmęczona. Tzn. dziś (sob) już mniej.

Jakim cudem to już po 3cim tygodniu?!

 
 

seks!

19 wrz

taa, chcielibyście :P seks to po norwesku 6 ;)

z resztą zobaczcie (i posłuchajcie) sami! [Swoją drogą jak pierwszy raz znalazłam materiały z tej serii (w poniedziałek czyli) to bardzo zastanowił mnie ten różowy design, to dlaczego akurat 69 (sekstini) sekund i czy przypadkiem strona reklamowana przy okazji: queenofnorway.com nie jest jakimś portalem towarzyskim pokroju… em. No nie wymienię z nazwy, ale w sensie że agencją towarzyską ;) Ale okazuje się, że to tylko pozory ;)]
Bo dziś były na zajęciach numerki (tallene) i z innych numerków fajne jest np 27 [tjuesju czytane jak śzueśzu] ale i tak najbardziej lubię 5 czyli fem. A 7 w ogóle to albo syv albo sju – zależnie od regionu… Wiem już też jak podać ile mam lat, gdzie mieszkam i jaki mam nr telefonu. Ale Wam nie powiem, bo mi się nie chce już po tych 3h :P Mogę też z całą pewnością odpowiedzieć na pytanie Er du gift? Nei, jeg er enslig og jeg har ingen kjæreste. I o innych stanach cywilnych też mogę coś powiedzieć o.
Pewnie Was to zdziwi (bo sądzę, że większość ludzi ma zupełnie na odwrót) ale jak przełączam się na angielski to włącza mi się (chyba samoczynnie, m.in. ze wzgl. na to, że angielski jest językiem bardzo bezpośrednim i temu sprzyjającym – z niemieckim tak już nie mam) większa śmiałość i otwartość i dzięki temu udało mi się dogonić Halę zmierzającą w kierunku naszej szkoły i z nią trochę porozmawiać, bo ona jest z Algierii, z Afryki! A na przerwie dowiedziałam się, że Filipinki są także au pair i przedstawiły mi swoją koleżankę, która mieszka w mojej dzielnicy, tylko bliżej ‚plaży’ :) A jak tak czytałam wcześniej porady dla au pair, że warto poznawać ludzi i najlepszym do tego pretekstem jest kurs językowy, to jakoś tak podchodziłam do tego sceptycznie (no, bo przecież ja nieśmiała jestem i nie lubię poznawać za dużo nowych ludzi tym bardziej, że dla starych znajomych nie mam za bardzo czasu…) eh…

No a na obiad coś czego jeszcze nigdy nie robiłam, a nawet nie jadłam: fiskeboller (czyli takie kulki rybno-ciastowo-dziwne) w białym sosie z ziemniaczkami i marchewką.

Nie pozwolili mi więcej (poza poobiednim) posprzątać, bo to jest mój school day zarezerwowany na norweski bez dodatkowych obowiązków!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Languages

 
 

  • RSS