RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Kulinaria’

„…nie narzekam, bo dobrze mi jest”

22 kwi

Mam dziwne wrażenie, że zeszłoweekendowa impreza miała miejsce jakieś wieki temu… A jakoś sobie nie przypominam żebym w międzyczasie była w Narnii albo odkryła Gwiezdne Wrota. Dziwne to uczucie, jednak niespodziewanie w tymże międzyczasie dostałam propozycję zaproszenia znajomych do siebie w weekend (po raz najpierwszy- tak, tak), gdyż albowiem rodzinka wyjeżdżała do znajomych na farmę (oglądać małe owieczki między innymi). Ponieważ się złożyło, że pogoda była znośna (czyt. nie padało, ale wiało jak skurczybyk i było dość chłodno) pomyślałam sobie, że można się przejść na moją Løvstakken (po raz 5-ty) i to tym razem wreszcie nie w pojedynkę (tak mi się to marzyło no, a marzenia trzeba spełniać jak się tylko nadarza cień okazji). Po wielkim planowaniu, dogadywaniu się, pytaniu ludzi itd, ostatecznie w góry poszłyśmy we 3 :P Ja, Marta i Linda. Po drodze zdałyśmy sobie sprawę, że polsko-niemiecka wycieczka w góry w dniu urodzin Führera – to jednak jest coś ;) Potem dołączyła do nas jeszcze Anne-Marie (ta z Kanady) i spędziłyśmy fajny, babski (no bo Yves w końcu nie dotarł) wieczór z pizzą, filmem (fajna komedia romantyczna, którą poleciłabym także facetom: ‚I love you, man’) i JustDance4 połączonym z karaoke, które nam z Martusią przeciągnęło się prawie do 4 nad ranem (…) i tym sposobem niedzielne śniadanko zjadłyśmy ok 13… Tak, ogólnie było bardzo romantycznie ^^ Wszystkie stwierdziłyśmy, że nam tego tutaj tak strasznie brakowało i troszkę szkoda, że się za nawet nie 2 miesiące rozjedziemy w 4 strony Świata. Ale może się znowu spotkamy z okazji jakiegoś Taize czy coś ;)
Generalnie dziś znowu odczułam, że Monday Morning po takim weekendzie boli podwójnie, a jak się pogoda robi znowu taka lousy to już całkiem… W następny weekend Marta z rodzinką leci do Polski, Wy chyba macie jakiś jakiś długi weekend w Polsce, niektórzy się będą uczyć do matury… a jadę na Bømlo :) ale do następnego weekendu jeszcze znowu całe wieki, na przestrzeni których zdarzyć się może dużo ciekawego życia ^^

Chciałam się jeszcze pochwalić, że w ciągu minionego tygodnia (nawet nie wliczając tych cudów na urodzinach Rebecci) odkryłam kilka nowych smaków :) Tzn. zasadniczo to to odkrywanie się dzieje stale, ciągle gotuję albo próbuję czegoś nowego, ale ten tydzień jakoś tak wyjątkowo mnie uraczył, albo wyjątkowo mam się ochotę pochwalić ;) To tak:
1. smoothie bananowo – jagodowy
2. naleśniki z pesto i żółtym serem (a Marta mnie natchnęła jak je jeszcze ulepszyć ^^)
3. ice tea jakaś taka czerwona z granatem
4. niedobra, chociaż ekskluzywna szkocka
5. za to dobre, kobiece, różowe, chilijskie winko Santa Carolina
6. czekolady z Wedla z serii Maestria <3
7. svele – no to akurat nie nowość ale polecam – lepsze niż racuchy, bo całkiem bez tłuszczu – przepis tu
8. a dziś na obiad kuskus z łososiem i warzywami
9. a do szkoły Marie przyniosła home-made muffinki z jagodami ^^

Ogólnie to miałam coś więcej popisać notek kulinarnych i wiele innych ale jakoś się nie mogę zabrać… A dziś też już nie mam nawet ochoty się zastanawiać nad swoim życiem, ani mówić innym ludziom jak mają żyć, więc chyba się zaszyję gdzieś z gorącą, mleczną BOH i wrócę do czytania mniej poważnych książek, nie patrząc na to, co się dzieje za oknem. Wracam też do Eda S. i Gabrielle A. (i pokrewnych nastrojowo, proponowanych przez YT) – sprawdzają się na takie dni. Mimo, że w ostatnich tygodniach królowały na mojej playliście bardziej energetyczne kawałki od Of Monsters and Men i Imagine Dragons oraz niezmiennie Fun. A co do tytułu notki to oczywiście klik

Żyjcie mocno. Do zaś.

ps: och! jaka mi ładna, jagodowa klamra kompozycyjna wyszła! w sumie powinnam napisać ‚borówkowa’ bo jagodą de facto jest też pomidor… ale za to przypomniałam sobie, że miałam obejrzeć ‚Jagodową miłość’ już jakieś dawno temu…

 
 

Let’s make a banana cake! + wielkie powroty z ciepłych krajów

30 lis

Po tym jak w ubiegłą niedzielę moje podejście do ciasta bananowego zakończyło się klęską, odechciało mi się całkiem podejmowania kolejnej próby. Jednak przyzwyczaiłam się już do tego, że tutaj, niczym w jakimś magicznym świecie, (prawie tzn. 99,9%) wszystko mi się udaje… No i chyba z tego względu nie chciałam się narażać na kolejne niepowodzenie. Ale dziś Anne postanowiła, że upieczemy jeszcze jedno (w końcu te banany są już zbyt dojrzałe na cokolwiek innego) i oto w tej właśnie chwili chłodzi się ono po wyciągnięciu z piekarnika i czeka na kolejny etap tzn na polewę ^^ Wykorzystałyśmy tym razem inny, TEN przepis i zrobimy to ciasto w wersji more fancy and for grown ups. Wygląda na to, że tym razem może się udać, ale wróćmy jeszcze na chwilę do tego pierwszego, z niedzieli. Miało być ono z założenia jak najprostsze i bez dodatkowych udziwnień typu orzechy, rodzynki czy nie daj Boże polewa czekoladowa, bo nie przeszłoby ono dziewczynkom (szczególnie Julii) przez gardło. Znalazłam więc TAKI przepis [podaję wzorując się na pani Oldze Tokarczuk, która w książkę "Dom dzienny, dom nocny" wplotła przepis na śmiercionośną zupę z muchomorów bodajże...] i wszystko wydawało się niemal dziecinnie proste. Dopiero podczas pieczenia uświadomiłam sobie, że piekę ciasto z niezamierzonym knockout‚em jajecznym (w genetyce molekularnej wykorzystuje się organizmy np. myszy z knockout‚ami genetycznymi czyli pozbawione określonego genu, między innymi do badania funkcji danych genów) ale w sumie w przepisie było tylko 1 jajko to może to, że go zabrakło, nie okaże się tragedią..? Ciasto jednak wyrosło i ładnie się zarumieniło; po upieczeniu zostawiłam je do ostudzenia i pojechałam na wieczorną mszę, aby tuż po powrocie dowiedzieć się, że zakalec. Masakryczny wręcz zakalec. Jestem prawie pewna, że nie było to winą knockout‚u. 4 banany na tyle mąki i cukru naprawdę obciąża ciasto i chyba trudno przy takim przepisie o uniknięcie zakalca w ogóle… Było oczywistym, że nikt nie miał już na nie ochoty, było mi jednak żal mojej pracy i użytych składników więc postanowiłam rozprawić się z nim sama w ciągu nadchodzącego tygodnia. W sumie po pokrojeniu na cienkie plasterki okazało się nie najgorszą formą przekąski. Dziś zaś wrócił Adil (Is that a cake? – he asked. No, it’s a disaster… – answered I, but he didnt seem to listen to this.) i pochłonął ostatnią część zakalca dodając, że mogę je jeszcze kiedyś powtórzyć – i jak tu go nie lubić no… :D

No bo właśnie – Adil dziś wrócił z Tanzanii rozgrzanej do momentami nawet 35 stopni, do naszego od rana zaśnieżonego Bergen zazdroszczę Tanzanii ale nie zazdroszczę tego szoku termicznego… Za niedługo zaś spodziewamy się powrotu momor i morfar z urlopu na Grand Canaria, gdzie zapowiadano temperatury w okolicach 20 stopni. W odwiedziny zaś wpaść ma jeszcze siostra Anne z rodziną i tym sposobem zrobi się tu dziś wieczorem ‚pełna chata’ (btw pamiętacie ten serial..?) zatem dokańczam właśnie pilnowanie piekących się bułeczek drożdżowych na kolację.

Ach, a ten ciemnoczerwony amarylis na oknie na tle zaśnieżonej zewnętrznej części części naszego świata wygląda cudnie. Właściwie przypomina bardzo już gwiazdę betlejemską… Czuć jeszcze bardziej, że grudzień i święta się zbliżają… Ti di di di – jak to mówi Wiola ;)

Udanego weekendu Wam życzę :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Kulinaria, Życie codzienne

 

Weekend: cottage i inne przyjemności ;)

16 wrz

[Nie lubię, nienawidzę wręcz kiedy napisana notka ulega samoczynnemu unicestwieniu! grrr...]

Weekend oznacza tu spanie bez ograniczeń! Tak więc po całym ekscytującym, a przez to męczącym tygodniu bardzo się na to cieszyłam… Byłoby to chyba jednak zbyt piękne… Sobota, godzina 4:45 budzę się samoczynnie, a mój mózg nieoczekiwanie wskakuje na wysokie obroty, produkuje nieskończone ilości pomysłów i skojarzeń i już nie mogę go zatrzymać! Widocznie mozg mój uległ w ostatnim czasie, za sprawą nawału informacji i emocji, jakiejś hiperstymulacji. Trudno mi ocenić czy to dobrze… Także do 9 rano miałam wystarczająco dużo czasu na myślenie o życiu i wszechświecie… I wstałam totalnie zmęczona. Bywa.
Na szczęście był to tylko kiepski (a jeśli nie kiepski, bo kreatywny to na pewno męczący) początek udanego dnia. Moja host family wraz z rodzicami Anne i rodziną jej siostry ma w górach cottage czyli chatkę (przynajmniej tak to się tłumaczy na polski). No zaraz, przecież mieszkamy w górach i mamy świeże powietrze? No tak, ale to jest bardziej w górach i tam jest jeszcze bardziej świeże powietrze! ;) Jakieś 80km i na miejscu także zostały zweryfikowane moje wyobrażenia dotyczące skojarzeń ze słowem cottage. Chatką bym tego nie nazwała: po prostu dość pokaźnych rozmiarów domek, z sypialniami dla każdej dwójki małżonków i dzieci, pokój dzienny z wyposażonym równie dobrze jak kuchnia domowa, aneksem kuchennym i łazienka o standardzie hotelowym. Wszytko przeprzytulnie wyłożone drewnem z tradycyjnymi dekoracjami w kolorach ciemnej zieleni i czerwieni – ślicznie! Ponieważ byliśmy tam tylko z Anne, Adilem, Julią i jej dziadkami (morfar i mormor) przypadła mi w udziale oddzielna sypialnia z łożem tak samo pokaźnym jak mam na Kråkeneslien… Mieliśmy okazję odwiedzenia rodziców Ingeborg (koleżanka Julii), których cottage była dla mnie kolejnym zaskoczeniem: dom z bala, w środku cały pomalowany półprzezroczystą białą farbą tak, że było widać słoje w drewnie (czyli tak jak lubię jeśli już drewno jest w
ogóle malowane) – niesamowite wrażenie! Do tego przeurocze dodatki jak rodem z mojego ulubionego bibelota (R.I.P.) i oczywiście wyposażenie nie gorsze niż w ‚mieszkalnym’ domu. Wychodząc nie omieszkałam wspomnieć, że jestem impressed, w odpowiedzi zaś usłyszałam, że drewno tzn. bale całe pochodzą z Polski…
[Dowiedziałam się potem czemu to tak: tradycyjnie budowane tu domy nie są z bala, a mają po prostu drewnianą elewację z poprzecznie ułożonych desek. Ale przecież jest tu tyle drewna?! Tak, tylko klimat jest tu zbyt wilgotny żeby bale wysychały (w przypadku desek jest to znacznie łatwiejsze) dlatego sprowadza się je np. z Polski - co swoją drogą jest dla nich nawet dość tanim rozwiązaniem (no a u nas domy z bala do najtańszych nie należą...) - to tak w ramach ciekawostek ;)]
Spacer po okolicy i się zastanawiam na ile moje płuca, rodem z Górnego Śląska, to wytrzymają :P No i zaczynam doceniać posiadalność kaloszy…

W niedzielę obudziłam się chyba ze 2 godziny przed śniadaniem, no ale jasno przynajmniej już było, więc jest progres. Niedługa, ładna trasa na pobliski szczyt – ostatnio w górach byłam chyba w lutym 2011 i tak mi tego brakowało! Dobrze tu być i dobrze mieć dostaną na różne okazje odzież termiczną! Polecam jako prezent urodzinowy lub gwiazdkowy (w drugiej kolejności za LEGO oczywiście!) – do nabycia w sklepie u Machejów :) [i po reklamie ;)]
Jakby ktoś był ciekaw, jakie danie jest tutaj tradycyjne: miałam okazję skosztować pulpecików mięsnych w ciemnym sosie z żurawiną, ziemniaczkami i gotowaną marchewką oraz pastą z zielonego groszku. Bo w domu to się gotuje bardzo różne rzeczy ;)

W Bergen całym jest 1 kościół katolicki. generalnie to i tak dużo, ponieważ w okolicznych wioskach i miejscowościach nie ma ich wcale (i osoby tam mieszkające muszą się nieźle nagimnastykować żeby na mszę dotrzeć). Za to w niedzielę są aż 2 msze PO POLSKU- mhm! O 15 i 19:30, także udało mi się dotrzeć na wieczorną i… Obraz ‚Jezu, ufam Tobie!’ (nie po polsku oczywiście) jako polski akcent nie zaskoczył mnie tak bardzo jak szal pewnej pani – ten, Mamo, czerwony, co obie mamy z Krakowa i nawet ja też go miałam akurat na szyi… Tyle z moich duchowych uniesień ;P

Tradycyjne zebranie organizacyjne z planowaniem całego nadchodzącego tygodnia zamknęło jak klamra cały mój pierwszy tydzień zupełnie nowego i innego życia.
Gotowa na nowy tydzień i nowe wyzwania?! Tak!

 

Przepis na…

13 wrz

Mam się bardzo dobrze :)
I chciałabym Wam sprzedać (i to całkiem za darmo! taka promocja ;) przepis na taką przygodę ^^ Ta dam:

Potrzebujesz mieć:
- rosnące w oczach (w portfelu i na koncie) DŁUGI (ok -2000zł powinno wystarczyć)
- brak perspektyw zawodowych
- rodzinę/znajomych, którym Twój wyjazd jest na rękę (najlepsi są tacy, którzy nie chcą z Tobą mieszkać! ;)
- szczyptę nierozwagi
- garść odwagi (w razie niedostępności tego składnika należy po prostu szczelnie zamknąć oczy i podjąć decyzję – mój autorski i sprawdzony sposób!)
- żądzę przygód (ważny składnik! tak jak glutaminian sodu E621 wzmacnia smak)
- internet (choćby słaby ale jednak)

Wszystkie składniki zmieszać gwałtownie, podgrzać atmosferę i voilà! Przygoda życia gotowa do… spożycia :D

Polecam! mgr Dominika Masarska

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Kulinaria

 
 

  • RSS