RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Ciekawostki’

fascilities

30 lip

Są takie małe rzeczy, które bardzo ułatwiają życie – fascilities czyli udogodnienia. Po co o tym wspominam? Hmm.. zawsze to może stanowić dla kogoś z Was inspirację, nie? A możecie to też potraktować jako ciekawostkę po prostu. Ale ad rem:

1. Łopatki do krojenia sera – dotarły już na szczęście do Polski, ale 15 lat temu jeszcze ich nie było i właśnie z Norwegii przywieźliśmy je na pamiątkę. Kiedy rok temu 1 z nich dokonała żywota swego (choć jej szczątki, oczywiście na pamiątkę, spoczywają jeszcze.. na Kujawskiej) pomyślałam, że muszę tu wrócić nową, gdyż kupiona u nas w markecie to przecież  nie to samo. Z małym opóźnieniem, ale jestem ;) Eh.. i tym sposobem zdradziłam Wam prawdziwy powód mojej misji skandynawskiej… Macie, cieszcie się ;)

2. Opakowania spożywcze  np. dżemy w butelkach takich jak ketchup – widziałam gdzieś u nas ale to wciąż niepopularne, a takie praktyczne. Albo sól w kartonowym pudełku z dziubkiem z boku wysuwanym – się to nie sypie przynajmniej jak z tych nieszczęsnych torebek u nas.

3. ‚Pudełka’ śniadaniowe materiałowe z wkładką chłodzącą (jak w lodówkach turystycznych) – wkładam do nich jogurty ale świetnie by się sprawdziły też na wycieczki np. dla batonów i czekolady, które się zawsze rozpływają…

4. Nie wiem co to za materiał ale pokrywa podłogi – składa się jak kwadratowe panele, ale wygląda bardziej jak linoleum tylko takie.. dużo fajniejsze – baaardzo wygodne do utrzymania w czystości!

5. Nauszniki ale w formie samych nakładek na uszy, takie.. pokrowce :D

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Ciekawostki

 

Hlynur i skandynawski romans

10 kwi

Aż do poniedziałku żyłam w przekonaniu, że nazwa grupy kabaretowej „Hlynur” jest po prostu śmiesznie brzmiącym i raczej przypadkowym zlepkiem liter. Nigdy też nie zadałam sobie trudu żeby sprawdzić czy tak jest faktycznie. W poniedziałek ruszył nasz następny kurs norweskiego (na poziomie B1-B) i poza nami trzema (Hala z Algierii i Marina z Grecji), któreśmy się ostały z poprzedniej grupy, dobyło nam kilka nowych osób: Stridewi – Indie, Marie – Kanada, Anne-Lise – Finlandia i… Hlynur. A więc Hlynur jest imieniem pana pochodzącego z Islandii! No proszę… Nie udawajcie żeście wiedzieli. Nie udawajcie też, że wpadliście już wcześniej sami na to, że w roli spódnicy może wystąpić szary koc polarowy obszyty na czerwono…

No ale przypuszczam, że wątek romansu interesuje Was jeszcze bardziej, w końcu nie jedno z Was twierdziło jeszcze przed moim wyjazdem (a może i nadal tak twierdzi), że wyjeżdżam do Norwegii żeby sobie jakiegoś osobnika płci męskiej (żeby nie powiedzieć ‚samca’) upolować. Raczej Was jednak tym nie usatysfakcjonuję, dlatego też nie będę już dłużej trzymać skeczu pt. „Skandynawski romans” (kabaretu Hlynur ^^) na lepszą okazję. [Sam Hlynur z resztą, pomijając już nawet fakt jego zaobrączkowania, wygląda dokładnie tak jak się nazywa, więc sami rozumiecie...]. Czekoladowo-owocowe randki i sypianie z Martą się również zupełnie nie liczą ;) A przynajmniej nie w tym sensie.
Co do samego skeczu to odkryliśmy go z Kamilkiem jakieś 2 lata temu (albo i dawniej) i miałam głęboką nadzieję, że zrobi większą furorę podczas Wielkanocy niż zrobił… No ale to podobno wynika z faktu, że jeśli się tu mieszka dłużej i zna sporo Norwegów, to stereotypy się rozmywają jakby tonęły we mgle nas zatoką Norgdewydemyte ;) Ale mnie to nadal bawi :) Dobra, macie już: link

PS: przestaje być powoli aż tak strasznie suchooo, wow.

 

Jaram się Hobbitem wciąż

21 sty

Zaczęło się od tego, że dawno temu dotarły do mnie wieści, iż kręci Peter Hobbita. Marzyło mi się to od lat wielu – od kiedy obejrzałam ostatnią część Władcy. Właściwie moja przygoda z tym światem zaczęła się od obejrzenia (w kinie z Kamilkiem) Dwóch Wież – czyli w zasadzie od środka i w dodatku bez wcześniejszego przygotowania merytorycznego… W dodatku Kamil wciąż jeszcze ma ubaw z tego, że pół filmu przesiedziałam z wzrokiem utkwionym w podłodze, gdyż obrzydliwość orków godziła w mój zmysł estetyczny… Musiałam obejrzeć te filmy wiele razy zanim się do tego widoku przyzwyczaiłam. Cóż – ja wrażliwą istotą jestem i w Diablo czy inne takie także nie grywałam nigdy. Ale wystarczyło to abym się tym wszystkim zainteresowała. W międzyczasie przeczytałam więc (pod koniec gimnazjum mego to było) i Władcę (nigdy więcej w tłumaczeniu pana Łozińskiego!!!) i Hobbita i Silmarillion.
I od tego też czasu okresowo doznaję jakiś takich napadowych zafiksowań na tym punkcie. Bardziej więc namiętnie wówczas oglądam jakieś filmiki na YT, wszelakie grafiki tematyczne, stroje i broń i oczywiście słucham ścieżki dźwiękowej (wciąż nie mogę się nadziwić jak tego typu dzieła muzyczne powstają w umysłach kompozytorów…). Z 10 lat już tak… Ale wciąż pozostaje mi niespełnione marzenie obejrzeć całą Trylogię w jednym kawałku (wersję rozszerzoną oczywiście). I do dziś żałuję, że załapałam się jedynie na Dwie Wierze na Festiwalu Muzyki Filmowej – tak.. z muzyką na żywo…
Czasem ta faza słabnie, ale jednak.
Nie sądziłam jednak, że po tak długim czasie pan Peter się zdecyduje na Hobbita. To, że postanowił go (książkę o objętości mniejszej niż jedna z części Władcy) rozciągnąć aż na 3 osobne filmy – zaskoczyło mnie jeszcze bardziej. Ale zobaczymy,w końcu nie maja one być tylko na siłę rozciągniętym na maksa samym Hobbitem ale połączeniem tejże historii z wątkami pobocznymi z innych utworów Tolkiena. We will see. Dla niektórych już sam ten pomysł wydaje się być absurdalnym, dla mnie, jako dla osoby uzależnionej, chyba im więcej tym lepiej.
Tak czy siak pojawiły się już czas jakiś temu trailery i pozostały długie miesiące oczekiwania na wypad do kina. W jednej z pierwszych notek na blogu ever (wrzesień), pisałam już o tym, która z postaci najbardziej mnie zainteresowała… Premiera w Bergen odbyła się 13-go bodajże grudnia i ciężko mi było pogodzić się z myślą, że poczekam jeszcze kilka tygodni na swoją kolej, gdyż obiecałam Natalii, że idziemy razem. Prezent świąteczny w postaci płyt ze ścieżką dźwiękową był niezwykle trafiony. Ostatecznie udało nam się wyrwać wreszcie do kina 6-go stycznia dopiero (w Krakowskim ARSie z Natalii współlokatorką Asią, gdzie używając swoich nadzwyczajnych zdolności rodem z D&D nabyłam bilety dla Hobbitów zamiast studenckich ^^ (+1000exp! – ‚a masz, ciesz się, i tak już z nami nie grasz’ :P) Mama z Bliźniakami też była i Kamil z Martą, więc (prawie) wszyscy jesteśmy somehow infected. [A Kamil to nawet zrobił mi prezent w postaci breloczka z Lego z Gimlim ^] Mnie osobiście film urzekł, z różnych względów. Jedyne zastrzeżenia mam do jakości efektów specjalnych w początkowej scenie ze Smaugiem robiącym rozpierduchę. Ale różne opinie o filmie słyszałam – poza wieloma pozytywnymi także i takie: za dużo scen batalistycznych, po co aż 3 części, że Fil, Kili i Thorin są zbyt niekrasnoludzcy i chyba nawet się na ten film nie przejdę. To ostatnie cóż… wszak właśnie Kili (grany przez Aidana Turnera) spodobał mi się najbardziej… I siedzę w ostatnich dniach przeglądając making of’y, wywiady i zdjęcia i słuchając OSTa. W końcu he is so cute… I jakby nie to, że stan ten jest bardzo przyjemnym i pomocnym w ponownej aklimatyzacji tutaj, to pewnie powinnam pomyśleć o powróceniu do zdrowia i normalności. Ale nie. Bycie tutaj w ogóle jakoś tak sprzyja trwaniu takiej fazy…

Poza tym cały stworzony przez Tolkiena świat jest dla mnie arcydziełem. Historie te nie są tylko jakimiś bajkami, ale jak dla mnie opowiadają o czymś ważnym. Poza tym choćby taki Hobbit niejako wiąże się z moim osobistym życiem. Nie trudno mi było zauważyć pewne analogie i do tego wyjazdu tutaj – nagła i nieoczeiwna podróż w nieznane, osoby strasznie przywiązanej do swoich ulubionych rzeczy. (Z tą różnicą jednak, że ja nie mam swojego Bag End, ani nawet swojego Shire.) Osoby przywiązanej z jednej strony, z drugiej zaś skrywającej w sobie pragnienie przygody i odkrywania świata, co wiąże się z zostawieniem tego wszystkiego (przynajmniej na jakiś czas).
‚Can you promise that I’ll come back?’
‚No… and if you do, you will not be the same’…

Tak więc postanowiłam w 2013 przeczytać Hobbita po angielsku, bo po tych 10 latach nie pamiętam go wystarczająco dobrze, poza tym Tolkien w oryginale mi się spodobał (miałam kiedyś ambitny plan przeczytania, pożyczonej od Bogdana, Trylogii w oryginale ale dobrnęłam jedynie do ok. 100-tenj strony czyli do Karczmy pod Rozbrykanym Kucykiem bodajże… bo mgr trza było robić i w ogóle). Tak więc jak tylko ujrzałam w Gdańsku, w empiku (szukając opakowań na prezenty) tęże wersję Hobbita – specjalnie długo się nie zastanawiałam nad kupnem. Czeka ona więc teraz na swoją kolej – obiecałam sobie, wpierw nim zacznę czytać, nieco się życiowo (terefere) ogarnąć…
Pytanie czy samo oglądanie filmów nie psuje czytania – wszak narzucają się obrazy z filmów, a wyobraźnia – zostaje ograniczona (?!) No ale.
Jeszcze jedno: czy Śródziemie jest dla wszystkich? Chyba nie. i nawet rozumiem, że można się w tym nie odnajdywać. Wasza strata :P

Kończę zatem moją (znów przydługą) infantylną wypowiedź bezkrytycznej psychofanki.
Do następnego.

 

Weekend: cottage i inne przyjemności ;)

16 wrz

[Nie lubię, nienawidzę wręcz kiedy napisana notka ulega samoczynnemu unicestwieniu! grrr...]

Weekend oznacza tu spanie bez ograniczeń! Tak więc po całym ekscytującym, a przez to męczącym tygodniu bardzo się na to cieszyłam… Byłoby to chyba jednak zbyt piękne… Sobota, godzina 4:45 budzę się samoczynnie, a mój mózg nieoczekiwanie wskakuje na wysokie obroty, produkuje nieskończone ilości pomysłów i skojarzeń i już nie mogę go zatrzymać! Widocznie mozg mój uległ w ostatnim czasie, za sprawą nawału informacji i emocji, jakiejś hiperstymulacji. Trudno mi ocenić czy to dobrze… Także do 9 rano miałam wystarczająco dużo czasu na myślenie o życiu i wszechświecie… I wstałam totalnie zmęczona. Bywa.
Na szczęście był to tylko kiepski (a jeśli nie kiepski, bo kreatywny to na pewno męczący) początek udanego dnia. Moja host family wraz z rodzicami Anne i rodziną jej siostry ma w górach cottage czyli chatkę (przynajmniej tak to się tłumaczy na polski). No zaraz, przecież mieszkamy w górach i mamy świeże powietrze? No tak, ale to jest bardziej w górach i tam jest jeszcze bardziej świeże powietrze! ;) Jakieś 80km i na miejscu także zostały zweryfikowane moje wyobrażenia dotyczące skojarzeń ze słowem cottage. Chatką bym tego nie nazwała: po prostu dość pokaźnych rozmiarów domek, z sypialniami dla każdej dwójki małżonków i dzieci, pokój dzienny z wyposażonym równie dobrze jak kuchnia domowa, aneksem kuchennym i łazienka o standardzie hotelowym. Wszytko przeprzytulnie wyłożone drewnem z tradycyjnymi dekoracjami w kolorach ciemnej zieleni i czerwieni – ślicznie! Ponieważ byliśmy tam tylko z Anne, Adilem, Julią i jej dziadkami (morfar i mormor) przypadła mi w udziale oddzielna sypialnia z łożem tak samo pokaźnym jak mam na Kråkeneslien… Mieliśmy okazję odwiedzenia rodziców Ingeborg (koleżanka Julii), których cottage była dla mnie kolejnym zaskoczeniem: dom z bala, w środku cały pomalowany półprzezroczystą białą farbą tak, że było widać słoje w drewnie (czyli tak jak lubię jeśli już drewno jest w
ogóle malowane) – niesamowite wrażenie! Do tego przeurocze dodatki jak rodem z mojego ulubionego bibelota (R.I.P.) i oczywiście wyposażenie nie gorsze niż w ‚mieszkalnym’ domu. Wychodząc nie omieszkałam wspomnieć, że jestem impressed, w odpowiedzi zaś usłyszałam, że drewno tzn. bale całe pochodzą z Polski…
[Dowiedziałam się potem czemu to tak: tradycyjnie budowane tu domy nie są z bala, a mają po prostu drewnianą elewację z poprzecznie ułożonych desek. Ale przecież jest tu tyle drewna?! Tak, tylko klimat jest tu zbyt wilgotny żeby bale wysychały (w przypadku desek jest to znacznie łatwiejsze) dlatego sprowadza się je np. z Polski - co swoją drogą jest dla nich nawet dość tanim rozwiązaniem (no a u nas domy z bala do najtańszych nie należą...) - to tak w ramach ciekawostek ;)]
Spacer po okolicy i się zastanawiam na ile moje płuca, rodem z Górnego Śląska, to wytrzymają :P No i zaczynam doceniać posiadalność kaloszy…

W niedzielę obudziłam się chyba ze 2 godziny przed śniadaniem, no ale jasno przynajmniej już było, więc jest progres. Niedługa, ładna trasa na pobliski szczyt – ostatnio w górach byłam chyba w lutym 2011 i tak mi tego brakowało! Dobrze tu być i dobrze mieć dostaną na różne okazje odzież termiczną! Polecam jako prezent urodzinowy lub gwiazdkowy (w drugiej kolejności za LEGO oczywiście!) – do nabycia w sklepie u Machejów :) [i po reklamie ;)]
Jakby ktoś był ciekaw, jakie danie jest tutaj tradycyjne: miałam okazję skosztować pulpecików mięsnych w ciemnym sosie z żurawiną, ziemniaczkami i gotowaną marchewką oraz pastą z zielonego groszku. Bo w domu to się gotuje bardzo różne rzeczy ;)

W Bergen całym jest 1 kościół katolicki. generalnie to i tak dużo, ponieważ w okolicznych wioskach i miejscowościach nie ma ich wcale (i osoby tam mieszkające muszą się nieźle nagimnastykować żeby na mszę dotrzeć). Za to w niedzielę są aż 2 msze PO POLSKU- mhm! O 15 i 19:30, także udało mi się dotrzeć na wieczorną i… Obraz ‚Jezu, ufam Tobie!’ (nie po polsku oczywiście) jako polski akcent nie zaskoczył mnie tak bardzo jak szal pewnej pani – ten, Mamo, czerwony, co obie mamy z Krakowa i nawet ja też go miałam akurat na szyi… Tyle z moich duchowych uniesień ;P

Tradycyjne zebranie organizacyjne z planowaniem całego nadchodzącego tygodnia zamknęło jak klamra cały mój pierwszy tydzień zupełnie nowego i innego życia.
Gotowa na nowy tydzień i nowe wyzwania?! Tak!

 
 

  • RSS