RSS
 

o pracy i te pe

02 sie

Obiecałam niby tydzień temu notkę, ale no… trochę jakby nie chce mi się pisać.
Będzie to krótkie (ta, jasne…) sprawozdanie z moich poczynań pracowych w miesiącu lipcu br.

Po tygodniu od przeprowadzki wreszcie pojawiła się iskierka nadziei – jakiś oppdrag.

Poniedziałek 21 lipca
A więc dostałam zlecenie na 3 tygodnie po 3 dni po 5h. Dotarłam na miejsce i dopiero tam dowiedziałam się jakiego typu to moje sprzątanie. Biskopshavn bosenter to dom dla osób psychicznie chorych, może i całe szczęście, że nie wiedziałam tego wcześniej. Oswajam się powoli z miejscem i pacjentami, ze stanem (…) ich apartamentów tam. Sprzątanie łazienek i mycie podłóg z całego sprzątania uważam za najgorsze, a głównie to tam robię. Mówię sobie, że to przecież normalna praca i ktoś to na co dzień przecież robi – tu i w tysiącach innych miejsc. Z resztą jestem zdesperowana, więc podejmuję się wszystkiego. Ale myślę przy tym wszystkim, myślę, że szkoda mi tych ludzi, bo w końcu ja jestem tam tylko kilka godzin, a potem jestem wolna. Potem mogę wyjść i sama być odpowiedzialna za spieprzenie sobie życia.
To było niesamowicie długie i męczące (upał!) 5 godzin.

Wtorek 22 lipca
Dzień wolny, bez zleceń. Z Johanne (z Fides) przeszłyśmy się na lody w góry – na Urliken :)

Środa 23 lipca
Zdziwił mnie mój własny uśmiech po drodze do pracy. Jedynym, do czego żywiłam negatywne uczucia, był ten cholerny mop. Może to mój nowy, szalony pomysł mnie tak pozytywnie naładował?

Czwartek 24 lipca
Równolegle ze zleceniem na to psychiczne sprzątanie, dostałam jeszcze jedno – zgodziłam się natychmiast i bardzo entuzjastycznie ponieważ chodziło o sprzątanie publicznych toalet na festiwalu jachtów (pół miliona ludzi), a to przecież moja wymarzona praca! Pierwotnie czw i pt 17:00-22:00, później jeszcze, że też w sobotę. Każda godzina jest cenna.

Jedną z pierwszych rzeczy jakie do mnie dotarły rano, był fakt, że mój pomysł jest jednak niemożliwy do zrealizowania. Siedziałam sobie w parku, nad tym się rozczulając, kiedy dostałam telefon z pracy – czy mogę przyjść.. już? Mogę. A więc 13:30 – 22:00 i zdziwienie, że pracy tak naprawdę jest niewiele. Miejsce w cieniu (ważne, bo upał!) i niewiele osób tamtędy przechodzi, na 15 minut sprzątania przypada 45 minut przerwy, które spędziłam rozmawiając z dziewczyną z Chorwacji, a później z facetem z Erytrei. To chyba taka nagroda za chęć do podjęcia się każdej pracy, co?

Piątek 25 lipca
Mój prywatny Międzynarodowy Dzień Chaosu i Zjawisk Nieliniowych
Rano przegapiłam przystanek i chwilę się spóźniłam (chociaż nikomu to nie robi różnicy w sumie), od rana zmęczona powalczyłam ze sprzątaniem i pojechałam do domu zapominając telefonu (odbiorę jutro). Po drodze do drugiej pracy zorientowałam się, że nie mam koszulki roboczej (całe szczęście, że do tego dają mi ciuchy robocze, szkoda tylko, że zostawiają tyle czarnego syfu na skórze…), więc spóźniłam się chwilę po raz drugi. Ale tam już spokojniej w pracy, odpoczęłam :P, doczytałam sobie książkę w tych wszystkich przerwach. I zrobiłam kilka zdjęć na drodze powrotnej.

Sobota 26 lipca
Pojechałam po telefon. Pogadałam na Skype. A potem ostatni dzień wśród toalet publicznych, znów przegadany w przerwach z tą sympatyczną Chorwatką, mamą ślicznych dziewczynek-mulatek (Bania! ;))
A poza tym sobota wieczór ma (chyba) stawkę 200%, więc nie narzekam jeśli za 1,5h faktycznej roboty zapłacą mi jak za 10h. Są tacy, którzy tą ofertą pogardzili, my mamy nagrodę za nasze nastawienie.

Niedziela 27 lipca
Światowy Dzień Lenia i Rozmawiania z Siostrami.
Upały się skończyły i, wierzcie lub nie, PADA w Bergen, DESZCZ PADA!

Poniedziałek 28 lipca
Mam okres, wszystko mnie boli, nienawidzę tej pracy, umiem norweski (wszyscy mi to mówią ostatnio!) i to niesprawiedliwe, że mam tylko taką robotę i tak mało godzin. Poza tym, jak się okazuje, mam ogarnąć cały grafik rozpisany na 5 dni, będąc tu tylko 3… Bu.
Ale tak, oczywiście – jestem chętna jutro na jakieś sprzątanie mieszkania cośtam.

Wtorek 29 lipca
Zaskoczenie, że kojarzę gościa, z którym mam dziś pracować. Tzn. w czwartek poprzedni rozmawiałam z nim jakieś 5 minut, ale zażyczył sobie mnie na dziś do pomocy ‚dajcie mi tą małą z Polski’, podobno doceniając moje ochocze nastawienie do pracy tamtego dnia. Sprzątaliśmy/umyliśmy dom po malowaniu, tuż przed wprowadzką pastora z rodziną. Niespecjalnie dużo pracy, wręcz miałam wrażenie, że jestem tam bardziej do pogadania niż roboty (no przecież chciałam język ćwiczyć w pracy!). W nagrodę (za to pozytywne nastawienie jak mniemam) dostałam lody na luncz i długą opowieść o życiu i pracy Bjørna. Myślałam, że to moje psychiczne bosenter to już trochę hardcore, ale jednak muszę przyznać, że sprzątanie po morderstwach, albo po lokatorach, którym się zmarło i zdążyli się.. upłynnić, melin po narkomanach itp. – no to jednak wyższy stopień hardcoru jest. Zdjęcia z takich miejsc przeplecione zdjęciami wnucząt. Uwielbiam rozmawiać z ciekawymi ludźmi, przyznaję rację ojcu Adamowi, że to jest chyba najbardziej fascynujące w życiu właśnie. Mika, a nie boisz się? Tak, żyję ze świadomością, że wszyscy mnie chcą porwać, zgwałcić i zamordować…

Środa 30 lipca
Regularne 5h w Biskopshavn bosenter, w trakcie których dowiedziałam się (od pracującej tam Polki), że 1. sprzątam lepiej niż ta pani, co tu przychodzi normalnie (takie miałam podejrzenia porównując stan obiektu pierwszego poniedziałku, z poniedziałkiem po tygodniu mojej pracy – no ale jednak zawsze to lepiej i milej usłyszeć). A po 2. że pacjenci nie są niebezpieczni, chociaż niektórzy trochę na takich wyglądają (to też już zdążyłam wydedukować, bo w końcu z nimi rozmawiam (sic!), a poza tym gdyby byli niebezpieczni to byliby w ośrodku zamkniętym, ‚gdzie pacjentów trudno odróżnić od personelu, a ci właśnie są najbardziej niebezpieczni’). Zamierzam studiować psychologię, więc traktuję to jako cenne doświadczenie pod tym względem.

Czwartek 31 lipca
Wolne. Praktycznie większość dnia przegadałam z ludźmi na czacie, Skype i nawet na żywo. Brakuje mi tych wakacyjnych imprez z Wami. I kupiłam kolejne 6 książek, więc mam już do przeczytania 11 i postanawiam nie kupować już ani jednej więcej przed wyjazdem…
Bilans miesiąca mniej – więcej chyba na zero, przepracowane mam 51h. Oby było więcej w sierpniu i wrześniu i obym mogła faktycznie tu zostać do wyjazdu, wynajmując ‚pokój gościnny’ i już się nigdzie nie przeprowadzać. Muszę pogadać z nowym, za to odpowiedzialnym, kimś. Zwlekam…

Piątek 1 sierpnia
Wstałam zmęczona, pracowałam zmęczona, popołudnie i wieczór spędziłam zmęczona robiąc niewiele, idąc (jak co dzień prawie) na mszę zmęczona i oglądając film zmęczona.

Dziś
A dziś, dziś niewiele. Zmniejszyłam wreszcie trochę poziom entropii swojego własnego pokoju i wchodząc do kuchni raz, rozmawiając z Jessą (której się jednak nie muszę bać, jeśli ma dobry dzień, i która gotuje dobrze – bo po filipińsku), zjadłam śniadanie, luncz i lody w jednym ciągu. Ciągle się waham, czy aplikować jeszcze gdzieś, czy już się czepić tylko tej pracy, gdzie ma być wkrótce więcej zleceń…
I przypominam sobie, co robiłam dokładnie pół roku temu.
I burza jest.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Życie codzienne

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS