RSS
 

Archiwum - Marzec, 2014

wkuwanie, kwiatki, śmierć i pozytywne nastawienie…

15 mar

Siedzę właśnie na Bømlo i postanowiłam wreszcie coś szkrobnąć. Zdaje się, że po tak długim czasie jestem Wam co nieco winna…

Zima się na nas oficjalnie wypięła, moim najbardziej śnieżnym doświadczeniem w Bergen w tym roku było obejrzenie w kinie „Krainy Lodu”, tak… Dużo deszczu, ale momentami wiosna jakby i kwiatki nawet gdzieniegdzie.

To czym powinnam się teraz intensywnie zajmować to zdecydowanie wkuwanie norweskiego. Tak, zdecydowałam się napisać ten test jeszcze raz. Początkiem kwietnia czyli już za 3 tygodnie. Kursu mojego wtorkowo-wieczornego momentami wręcz nienawidzę, wkurza mnie nasz nauczyciel i to ile i jak tracimy tam czas. Szwedzkim kryminałem po norwesku rzuciłam po przeczytaniu 200 stron (czyli jeszcze przed połową), ale nie ze względu na język, ale na treść – zbyt przerażającą i przytłaczającą… A nauka poza tym idzie mi zasadniczo tragicznie. Ospale, mozolnie, powoli. Mój plan co do tego jest strasznie obfity, ale dziennie nie udaje mi się zwykle zrealizować nawet połowy z tego, co powinnam. Częściowo to dlatego, że mam w głowie ostatnio za dużo różnych rozpraszających myśli.

Dwa ostatnie tygodnie były ciężkie – myślami byłam w Polsce, gdzie umierał mi Dziadek i cała rodzina była skupiona właśnie na tym. Teraz jestem już w zasadzie spokojna, może dzięki temu, że zanim odszedł wszyscy prawie zdążyli go odwiedzić i dzięki świadomości, że był to chyba najwłaściwszy czas na odejście. Chcę na zawsze sobie zapamiętać jego pozytywne nastawienie, poczucie humoru (mimo, że w życiu spotkało go ogromnie dużo nieszczęść – chociażby wojna, zamordowana żona, nowotwór i mnóstwo innych problemów zdrowotnych i nie tylko) i miał przepiękne pismo… Może gdybym fizycznie była blisko tych wydarzeń to odebrałabym to trochę inaczej, ale teraz nie pozostaje mi nic innego jak wreszcie przewrócić kartkę w kalendarzu ze zdjęciem, które zrobiłam mu (z mamą) w grudniu – właśnie podczas mojej szalonej wyprawy do dentysty widzieliśmy się ostatni raz. Przewrócić kartkę w kalendarzu na marzec, chociaż to już właśnie minęła połowa tego miesiąca. Żyć dalej ale z bardziej pozytywnym nastawieniem do życia.

Zaskoczona jestem jeszcze jednym – po tym jak w drugiej połowie stycznia głównie spałam, albo snułam się po domu przeklinając na głos swoją samotność… w lutym sporo się nagle i niespodziewanie zmieniło – zaczęłam mieć jakieś życie towarzyskie, takie materialne – poza facebookiem i regularnymi spotkaniami Fides (przy okazji też 2 razy za Fides byłam odpowiedzialna i poczułam się jak za starych czasów oazowych). Pozytywnie! Doszło do tego, że głównie z powodu egzaminu muszę ludziom wręcz odmawiać..! Dlatego tym bardziej wkurza mnie fakt, że muszę się uczyć.

Poza tym z Krakowa, wręcz z labu mojego uczelnianego (!) dostałam przesyłkę i namiętnie słucham Pomarańczarni. Polecam.

W „domu” żyjemy ze świadomością, że za kilka miesięcy się wyprowadzam i wszyscy będą sobie musieli radzić dzieląc się moimi obowiązkami i z tego powodu wprowadziliśmy system zakorzeniania krok po kroku dobrych nawyków u dziewczynek – bo dyscyplina musi być (!) tylko, że okraszona kwiatkowymi naklejkami w ramach programu motywacyjnego. Przyznam, że planowanie i wprowadzanie tego w życie sprawia mi dużo frajdy, lubię tak pracować :)

W tym wszystkim, pod warstwą chaosu i ciągłego zmęczenia (bo od paru tygodni źle sypiam), pojawia się taka myśl, że ja tak naprawdę w głębi duszy jestem po prostu szczęśliwa. Patrzę na Wasze zdjęcia, którymi obkleiłam sobie ścianę i wiem, że nie jestem sama. Wiem, że mam dużo Miłości. Chciałabym umieć o tym nie zapominać i też z tego powodu na jednej z szafek roi się od samoprzylepnych karteczek z wypisywanymi sukcesywnie rzeczami, które chcę i powinnam doceniać. Staram się myśleć pozytywnie. I cieszę się, że jest tylu ludzi, którzy mi w tym pomagają! :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie codzienne

 
 

  • RSS