RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2014

blue monday, blue week

27 sty

Tak to się zaczęło właśnie wszystko tym podobno Najbardziej Depresyjnym Poniedziałkiem Roku, a potem już poszło według schematu: dużo spania, minimum obowiązków i dajecież mi wszyscy święty spokój. Cały w zasadzie tydzień tak totalnie bezsilnie i bezsensownie.
Na weekend wyklarował się rodzinny plan wyjazdu do Kvamskogen (tak, do domku w górach, mimo braku warunków narciarskich – ogólnie ta zima jakaś słaba w tym roku…) i w sumie nie miałam pretekstu żeby się od niego wymigać. Ogólnie poza Gabowym ‚weź nie marudź, jedź’, przemówiło do mnie, że faktycznie muszę zmienić miejscówkę, bo 2 tygodnie siedzenia w 1 miejscu źle na mnie wpływa, ale decydującym było, że zamiast, w kwestiach kulinarnych, zostać zdaną tylko na siebie i resztki w lodówce – wolałam jednak dać się tam porozpieszczać. W sumie w cottage nie byłam wieki całe czyli od Dnia Dziecka (kiedy nie byłam jeszcze nawet pewna czy się nie żegnam z tym miejscem forever) i dobrze było tam po prostu posiedzieć bez internetu i poczytać książki. Jest to jednak zdecydowanie jedno z najprzytulniejszych miejsc w jakich kiedykolwiek miałam okazję być i fajnie będzie znowu (chyba) spędzić tam ferie zimowe, byle pogoda na biegówki się zrobiła…
Ogólnie więc chyba mi troszkę lepiej, mniej niebiesko. A może to myśl o przyszłoweekendowym tripie mnie pobudza do życia? Chyba tak.

edit:
aaa! idę jutro wieczorem na następny kurs norweskiego…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

Dlaczego nie ma nowych notek?

22 sty

Bo jestem zbyt słaba żeby pisać. Zbyt słaba żeby czytać. Zbyt słaba żeby myśleć.
Właśnie wróciłam ze spaceru i jestem z siebie niesamowicie dumna, bo w tym stanie jest to wyczyn na wielką skalę. Cieszę się, że nie położyłam się gdzieś po drodze na ulicy, z myślą, że nie dam rady dalej iść…
Dlatego nie ma nowych ani zaległych notek.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Exciting news

 

tilbake i Bergen

11 sty

czyli, że wróciłam (chociaż ciągle mam problemy z adekwatnym używaniem słów ‚wracanie’ i ‚wyjeżdżanie’…) do Bergen.
O przerwie świątecznej i tripie do Gruzji na pewno wartałoby napisać i może to nawet nastąpi. Kiedyś, nie wcześniej niż za tydzień. Póki co napisze tylko, że NIEZMIERNIE SIĘ CIESZĘ ZE WSZYSTKICH SPOTKAŃ Z WAMI i MOCNO DZIĘKUJĘ! Wróciłam z walizką pełną dobra i ciepła i przyda mi się zapas tego tu właśnie, daleko od Was. Szczególnie, że najbliższy tydzień zapowiada się dość hardkorowo.

No… to pozdrawiam stąd!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Exciting news

 

Gruziński Inny Świat

04 sty

Usiądź wygodnie – bajka będzie długa…

Nigdy wcześniej nie zapuszczałam się tak daleko na wschód, a nawet uświadomiłam sobie, że nigdy wcześniej nie wybyłam nawet poza granice naszej strefy czasowej… Nie, ja wcale jeszcze nie podróżuję ani dużo, ani daleko, chociaż już coraz więcej i coraz dalej. Podróż do Gruzji w planach miałam już od dawna, od prawie roku – od kiedy Gaba wymyśliła, że tam pojedzie na wolontariat, wcześniej mnie ten kraj jakoś specjalnie nie interesował. Pomysł na wyjazd, to kiedy, jak i z kim ewoluowało bardzo, aż w końcu, we wrześniu, kupiłam bilet na Sylwestra (w sumie okazało się, że raczej zrobiłam to za wcześnie, ale mniejsza o to). Skoro bilety już były kupione, to luźno zaplanowałyśmy (a raczej ja niezorientowana zupełnie, zostawiłam to Gabie) wszytko wokół tego.
[Polecam teraz wejść sobie w maps.google.pl i wpisać: Kutaisi, Zugdidi, Tbilisi, Gori - tak dla wyobrażenia przestrzennego.]

DZIEŃ 1
Tripa oficjalnie zaczęłyśmy od grzańca jeszcze u mnie w domu (to ‚na poprawę humoru’ było, bo akurat wtedy żadna z nas nie miała specjalnie ochoty na ten wyjazd… ale mimo wszystko postanowiłyśmy zrobić tak żeby było fajnie) w noc przed wyjazdem, bo o 3-ciej pobudka a po 6-tej wylot z Katowic do Kutaisi (tata mój się zaoferował nas na lotnisko zawieźć). Lot w zasadzie prawie cały przespałam, obudziłam się dopiero na komunikat pilota, że na zewnątrz jest -63 stopnie i lecimy nad Kaukazem. Zasadniczo widok wyjątkowy: ośnieżone szczyty wyłaniające się z morza chmur… A więc na miejscu byłyśmy w południe (3h lotu + 3h zmiany czasu). Od razu na wstępie przeżyłam swój pierwszy szok kulturowy (mimo, że Gaba uprzedziła mnie wcześniej, że tak właśnie będzie), jakim była walka (werbalna) z taksówkarzami; zwłaszcza jeden nam bardzo nie chciał dać spokoju, ale Gaba (bo ja oczywiście ani po gruzińsku ani po rosyjsku niet, nawet alfabetu…) go w końcu spławiła i ostatecznie do centrum dojechałyśmy marszutką. Marszutka to busik pełen groźnie wyglądających panów (ja nie wiem dlaczego ale Gruzini na mnie po prostu robią takie wrażenie…), trochę zadymiony (bo jak chcą to palą w środku) i po prostu niespecjalnie czysty, który osiąga czasem zawrotne prędkości i którego kierowca niekoniecznie musi być trzeźwy (chociaż nasz chyba akurat był). Po drodze moje oczy zaczęły się przyzwyczajać do widoku typowo gruzińskiej zabudowy i… krów – takich troszkę bardziej kosmatych i brązowych, łażących wszędzie po drogach. Gaba nauczyła mnie kilku podstawowych słów: ara = nie (bardzo przydatne szczególnie jeśli się ma do czynienia z taksówkarzami), gamardżoba = dzień dobry, gaumardżos = toast, a mama = ojciec i w zasadzie tyle powinno mi było wystarczyć. Przesiadłyśmy się na kolejną marszutkę – do Zugdidi czyli tam, gdzie mieszka teraz Gaba. Zobaczyłam troszkę miasta (generalnie park z muzeum mógłby nawet robić niezłe wrażenie (mimo krów pasących się i tam) gdyby pogoda nie była taka szaro-buro-zimna). Zjadłyśmy jakiegoś fastfooda, bo niestety to Sylwester i wcześnie pozamykali restauracje z lokalnym jedzeniem. Wieczorem oświetlone miasteczko wyglądało mniej smutno i mniej biednie niż za dnia, ale petardy wybuchające zdecydowanie zbyt blisko nas, zagnały nas do domu. Trochę dziwnie było w Sylwestra mijać ludzi sprzedających choinki – w tydzień po naszych świętach, na tydzień przed prawosławnymi, ale jeszcze bardziej zdziwiły mnie automaty do losowania… papierosów (takie z łapką, jak u nas z pluszakami). Zasadniczo całe to otoczenie zrobiło na mnie dość mocne, przytłaczające wrażenie i chyba z tego powodu odpuściłam sobie w końcu nawet robienie zdjęć. Poza tym byłyśmy już wściekle zmęczone, mimo godziny dopiero 20-tej (a w Pl 17) i zamiast dopić wino i pobiesiadować z domownikami – postanowiłyśmy się zdrzemnąć… Tyle, że drzemka zasadniczo przeciągnęła się do samego rana, z przerwą na fajerwerki (obejrzane z okna, bo przecież nie będziemy wychodzić) – tym sposobem był to chyba najbardziej obfity w sen Sylwester jakiego sobie można wyobrazić. Moje obawy względem tego, że skończymy na jakiejś pijackiej imprezie i obudzimy się 3 dni później, się na szczęście nie urzeczywistniły.

DZIEŃ 2
Pierwszy dzień roku 2014 zaczęłyśmy płatkami śniadaniowymi, zmuszone do pogodzenia się z faktem, że rury zamarzły i wody nie ma, a więc i umyć się nie umyjemy. Mój podziw dla Gaby (który wcześniej i tak już był ogromny), że tam w ogóle jest w stanie wytrzymać, wzrósł jeszcze bardziej. Poczułam, że jednak Norwegia mnie rozpuściła totalnie. W planach miałyśmy podróż do stolicy – pociągiem. Nie była to klasa pierwsza, ani nawet druga, ale generalnie nie było źle i te 7 czy 8h w nim jakoś nam zleciało – na pogaduchach, czytaniu, spaniu i oczywiście oglądaniu widoków (na tyle na ile było je widać przez usyfione szyby). A widoki różne – góry, miasteczka, wioski – niektóre naprawdę w kiepskim stanie, jakby od wojny (która skończyła się 5 lat temu) nic się nie zmieniło. Poza tym widziałyśmy też pociągi lepsze od polskich PKP, ale nie jechały one na naszej trasie niestety. Gaba znów mnie zaskoczyła- tym razem rozmawiała po drodze parę razy z jednym z konduktorów. Mnie Ci ludzie tam zasadniczo nie przestali przerażać (chociaż może nie są niemili, ale ja po prostu chyba nie lubię jak mnie ktoś bez powodu zaczepia i to w języku, którego totalnie nie rozumiem…). Zdążyło się zrobić już w zasadzie ciemno w momencie kiedy wysiadłyśmy z pociągu i miałyśmy znaleźć nasz nocleg – u sióstr Salezjanek (?) i tym sposobem po zmroku właśnie, włóczyłyśmy się po dzielnicy Tbilisi, która wyglądała dość strasznie, w dodatku od czasu do czasu wybuchały gdzieś petardy – scena trochę jak z horroru… Wciśnięty gdzieś w tą straszną rzeczywistość, trochę jak gruzińska mandarynka – brzydka z wierzchu, ale dobra i słodka w środku, znalazłyśmy wreszcie dom Sióstr. Okazał się on dla nas wybawieniem, oazą luksusu (mimo, że siostry pytały czy nie przeszkadzają nam ‚warunki studenckie’) – matkooo… była ciepła woda (!), za to Gaba najbardziej jarała się ogrzewaniem podłogowym i kaloryferami; stwierdziła, że będzie tam wpadać częściej. Zanim jednak zażyłyśmy cudownej kąpieli i rzuciłyśmy się na kolana z wdzięczności w kaplicy – poszłyśmy na obiad do Khinkali House – wielkiej restauracji z tradycyjnym jedzeniem (zatłoczonej i tradycyjnie zadymionej ale jakims cudem znalazło się dla nas miejsce). Największą atrakcją wieczoru tam (poza samymi khinkali z lemoniadą w butelce wyglądającej jak na wódkę) była bójka między gośćmi… Podobno jednak to nie jest na porządku dziennym, więc wychodzi na to, że miałam ‚szczęście’ ;)

DZIEŃ 3
A więc chodzi o to żeby zobaczyć w stolicy jak najwięcej, mimo zimna i mgły. Gaba zna już miasto wystarczająco dobrze, żeby pokazać mi co nieco. Uderza mnie, już od samego wyjścia z domu sióstr, że pod rozwalającymi się domami zaparkowane są naprawdę wypasione samochody – Mercedesy, BMki itd. To, że są w większości czyste, jeszcze bardziej kontrastuje z otoczeniem. Tak wygląda w zasadzie całe centrum Tbilisi, 5-gwiazdkowe hotele, restauracje, banki, instytucje publiczne, atrakcje turystyczne – one właśnie są utrzymane ‚w standardach europejskich’, zadbane – one wszystkie sąsiadują z rozpadającymi się domami/kamienicami. Tak czy siak zapewne latem stolica wygląda całkiem nieźle. Pojeździłyśmy metrem (tak, w Tbilisi jest nawet metro), przeszłyśmy się nowoczesnym mostem zwanym podpaską, przejechałyśmy się kolejką pod pomnik Matki Gruzji, obejrzałyśmy kilka cerkwi – w tym najstarszą (Sioni) oraz największą (Sameba) i na chwilę zatopiłyśmy się w tej niesamowitej, panującej w nich, atmosferze. Byłyśmy też na katolickiej mszy. Obejrzałyśmy fajne obrazy, których ani nie miałybyśmy jak przewieźć, ani gdzie potem powiesić i widziałyśmy gruzińską suprę czyli coś w stylu imprezy (w każdym razie stół z jedzeniem i winem) w samym środku parku czy czegoś w tym stylu. Zjadłyśmy pyszne adżarskie chaczapuri, pojechałyśmy obejrzeć miasto po zmroku z trochę innej perspektywy tzn. z góry, zmarzłyśmy (a przynajmniej ja), posiedziałyśmy na cwanym czaju (czyli zielonej herbacie) w fajnej (tylko zadymionej tak, że po godzinie musiałam wyjść bo moje oczy już mocno szczypały) kafejce. Na dobranoc już tylko upragniony prysznic i kaplica.

DZIEŃ 4
Obudziłyśmy się przy dźwiękach mszy zza ściany, której się zasadniczo nie spodziewałyśmy, a przecież mogłybyśmy w niej uczestniczyć bardziej czynnie niż przewracając się w śpiworach na drugi bok… Pogadałyśmy jeszcze z siostrami (2 Polki i 1 Hinduska tak w ogóle) i księdzem (też Polak) i ruszyłyśmy w trasę. Po pierwsze: kino. Tak, tak. I ponieważ na Hobbita ani Krainę Lodu nie miałyśmy się jak czasowo wyrobić, poszłyśmy na gruzińską komedię. I cóż z tego, że nie znamy języka. Scenariusz okazał się kalką z amerykańskiej ‚pani Doubtfire’, więc tym bardziej język nie był barierą dla zrozumienia treści. A kino tak btw pokroju multiplexu, zdecydowanie fajniejsze niż cieszyńskie. I w Tbilisi są ze 4 kompleksy kinowe, za to w innych miastach póki co nie ma wcale (przynajmniej w tych, w których byłyśmy, w Kutaisi otwierają niebawem). Po kinie marszutka do Gori – miasta z którego pochodził Stalin (tak, ja też wcześniej nie wiedziałam, że Stalin był Gruzinem…). Jest tam muzeum mu poświęcone, z przeniesionym domem rodzinnym i wagonem pociągu, którym podróżował – żadnego z nich nie zwiedzałyśmy w środku, jedynie wszytko obeszłyśmy z zewnątrz dookoła. Miasteczko skoncentrowane jest wzdłuż jednej, głównej ulicy, którą przemierzyłyśmy całą, zaczynając od muzeum, w poszukiwaniu kebaba i na jej końcu stacji kolejowej. Pociąg, który nadjechał, zrobił na mnie piorunujące wrażenie i od razu zrozumiałam dlaczego za podróż na odcinku ok 150 km płacimy tylko 1 lara (ok 2zł), potem zrozumiałam dlaczego jedziemy aż 4 godziny. Człowiek jest mimo wszystko istotą szybko się adaptującą i w zasadzie po niedługim czasie przestało mi robić różnicę czym się właściwie przemieszczamy. Poza tym słońce zeszło nisko i zrobiło się cudowne światło, a dzięki niemu udało mi się zrobić (w moim odczuciu) cudowne zdjęcie kobiecie siedzącej przy oknie. Pociągiem dojechałyśmy do Kutaisi. Z pociągu prosto do hostelu, a później niby tylko na zakupy małe, przy czym wylądowałyśmy jeszcze jednak na soku w fajnej kafejce. Ponieważ ‚tylko do sklepu’ więc i bez aparatów – pożałowałyśmy tego, bo i ładnie oświetlone centrum i fajne kadry w kafejce (wystrój + muzyka na żywo – skrzypce, pianino…). Wieczór skończyłyśmy lemoniadami o dziwnych smakach (waniliowa i zielona jak Ludwik – anyżowa?), głupawką i puszką gruzińskiego piwa na pół – takie to strasznie wielkie chlanie w tej Gruzji zaliczyłam :P

DZIEŃ 5
Jak na złość zrobiła się tego ostatniego dnia słoneczna pogoda… Przed moim odlotem zdążyłyśmy w zasadzie zaliczyć tylko śniadanie (bez mycia się, bo woda w prawdzie była ale lodowata) i bazar. Ale bazar w Kutaisi odwiedzić trzeba koniecznie chociażby żeby kupić coś dla rodziny na pamiątkę z tradycyjnych słodyczy, żeby poczuć tą specyficzną atmosferę, ponapawać się widokiem tego wszystkiego i ludzi. Żeby zrobić im kilka fajnych zdjęć. Autobus i marszutka na lotnisko, pożegnanie i poleciałam – tym razem sama. Jeszcze Kaukaz z Morzem Czarnym, udawanie, że się uczę norweskiego i wylądowałam… w sumie 5 minut przed wylotem :P (tak to jest kiedy lot trwa mniej więcej tyle, co różnica czasu). Z lotniska odebrana przez pół rodziny, pojechaliśmy poświętować urodziny bliźniaków do chrzestnych i pierwszą rzeczą o jaką ich zapytałam było ‚aaa… mogę się najpierw wykąpać?’ – Gaba, szkoda mi Cię wtedy było strasznie, że tam zostałaś…

Wiem, że brzmi to wszystko jakbym się strasznie rozksiężniczkowała i żądała luksusów. Pewnie myślicie nawet, że mam do Gaby jakieś ale w stylu ‚po coś Ty mnie tam zaciągnęła?!’ Ależ nie! Pogoda i to paskudne niedoleczone przeziębienie sprawiały, że miałam trochę zaburzona percepcję i tamtejsze warunki wydawały mi się trudne do zniesienia. Ale tak naprawdę odbieram ten wyjazd bardzo pozytywnie, bo zobaczyłam coś zupełnie innego niż zwykle, poza tym z fajną osobą wszędzie jest fajnie! :) Niniejszym Ci bardzo mocno dziękuję moja droga Gabo! ;) No i tak mi się wydaje, że na tym właśnie, na zobaczeniu jak się naprawdę żyje w danym kraju, polega podróżowanie. Że może tym się właśnie różni bycie podróżnikiem od bycia turystą. A w końcu chciałabym kiedyś zasłużyć na zaszczytne miano podróżnika. Co nie zmienia faktu, że nie chciałabym tam mieszkać :P

Czy polecam pojechać do Gruzji? Tak, ale latem, wiosną, jesienią – byle nie zimą.
Czy tam jeszcze kiedyś wrócę? Nie mówię nie – w góry i nad morze, a może łącząc to z Turcją – byłoby ciekawie…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii A droga długa jest...

 
 

  • RSS