RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2013

Coraz bliżej Święta… coraz bliżej w s z y s t k o!

18 gru

Święta, na które przyjechać mam zamiar autem (tak, z Krakusami) już coraz bliżej, wszystkie imprezy, spotkania, wyjazdy itd. wciąż się planują i organizują (pochłania mi to mnóstwo czasu, ale muszę przyznać, ze znalazło się dużo osób, które mi pomagają różne rzeczy załatwić i to bardzo cieszy, dziękuję!) – będzie to zaiste czas szalony… Przedświąteczne zamieszanie udziela się więc również i Dominice. W zasadzie świąteczny nastrój w domu panuje już od 1-szego grudnia, kiedy to oficjalnie z szaf wyszły wszystkie ozdoby i światełka. Od poniedziałku mamy nawet choinkę, a wczoraj pojechaliśmy wreszcie zobaczyć największe na świecie piernikowe miasteczko – tak, tak u nas w Bergen! Jest śliczne, z piernika można, jak widać, zrobić cuda! :)
W głowie mam wciąż długą Listę Rzeczy Niezrobionych, które z trudem i mozolnie udaje mi się czasem z niej wykreślać. Na tapecie wciąż nieogarnięty norweski, wciąż zaległości, a do tego ogromne problemy ze skupieniem i zapamiętywaniem, a co za tym idzie też z motywacją do robienia z tym czegoś. Tzn. powody do zmotywowania się mam duże ale w praktyce… generalnie stresy się wkradły w moje spokojne życie. Może już na starość nie umiem się uczyć po prostu… Momentami już nie umiem się odnaleźć w tym całym chaosie i hałasie w środku mojej własnej głowy. Ale cieszę się, że w tym całym bałaganie zebrałam się w sobie na zrobienie czegoś dla duszy.
Moje pozawirtualne życie towarzyskie kręci się wokół Fides i pociesza mnie fakt jego istnienia w ogóle, chociaż nie ukrywam, że miałabym ochotę na jeszcze więcej spotkań w wersji life.
Co do zimy, to jest rozczarowująca dość – rok temu było sucho i biało, a więc jasno od początku grudnia, w tym roku śnieg spadł ze dwa razy tylko i utrzymał się bardzo krótko, ogólnie zwykle pada deszcz, grad i jest ponuro, a wschody słońca (w okolicach 9:30) zwykle odbywają się gdzieś za chmurami, kilka tylko było takich spektakularnych jak w zeszłym roku. Bałwany można za to aktualnie lepić w Egipcie, Jerozolimie czy Jordanii…

To tak tyle, do zobaczenia już niedługo! :D

ps: na boku realizuje się nasz (z pomysłu Gaby) międzynarodowy projekt fotograficzny, na który możecie zerknąć tu:
http://100facesproject.blogspot.no/
i można go nawet polubiać na funpge’u fejsbukowym:
https://www.facebook.com/100facesproject

Ogólnie chodzi o to, że robimy zdjęcia ludziom, a przy okazji przełamujemy swoje bariery, szkolimy warsztat i dobrze się bawimy ;)
Także generalnie serdecznie zapraszam! :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 

Turystyka Stomatologiczna

05 gru

Zaiste życie moje w ostatnim czasie było zbyt nudne (ironia), a zatem musiało wreszcie wydarzyć się coś ekscytującego…
Jakieś 1,5 tygodnia temu zauważyłam, że mój, naprawiany już ponad 10 razy, ząb znów pękł (ostatnia wizyta z nim odbyła się na cito i dzięki staraniom mojej mamy i uprzejmości pana Bartosza, tuż przed moim pierwszym wylotem do Norwegii – czyli wrzesień 2012) i uznałam, że jeśli nie zrobię z nim czegoś natychmiast to do świat mogę już nie mieć go w ogóle. Pogadałam trochę tu z ludźmi nt warunków stomatologicznych tu na miejscu i utwierdziłam się w przekonaniu, że najlepiej byłoby ‚podskoczyć’ do Polski. Wydawało się to pomysłem szalonym, ale im dłużej o tym myślałam tym bardziej zaczęło to wyglądać jak opcja realna. Muszę przyznać, że moje skille odnośnie planowania i organizowania podróży są już na dużo wyższym poziomie niż rok temu i nie dałam się zwieść połączeniom proponowanym przez wyszukiwarki – znalazłam sobie opcję najprostszą z możliwych i przy okazji bardzo tanią – lot we wtorek do Gdańska, Polskiego Busa stamtąd do Katowic i lot powrotny z Katowic w środę popołudniu. Jeszcze rok temu takie połączenia bezpośrednie nie istniały! Tutaj zgodzili się na mój wyjazd, a mama uruchomiła machinę załatwiania wszystkiego w Polsce – wizytę u dalszej cioci-dentystki, tatę jako szofera, a ja zaczęłam kombinować jak załatwić przy okazji więcej spraw. To wszystko działo się z czwartku na piątek, to wszystko działo się na zasadzie ‚szybko, szybko zanim do nas dotrze, że to bez sensu!’. Poziom stresu jaki osiągnęłam w tych dniach (z powodu tego i mnóstwa innych tzw. spraw bieżących) jak się pewnie domyślacie – niewyobrażalnie ogromny! A psychosomatyczne konsekwencje tego stresu oczywiście bolesne.
Nadszedł wtorek i rozpoczął się dla mnie o 6:30, umywalką pełną krwi… krwotok z nosa przy myciu twarzy, no właśnie – psychoSOMATYCZNE. Potem (chcąc nie zaniedbać obowiązków domowych) zabrałam się za szybkie sprzątanie, pakowanie i pojechałam na lotnisko, testując nowe połączenie, które ostatnio nie wyszło nam z Marysią (10km w 1h za 50kr dwoma autobusami – dobra opcja, jeśli nie ma Cię kto podrzucić i o ile jedzie autobus podmiejski i masz na niego bilet miesięczny…) Lot spokojnie, trochę poczytałam z norweskiego nawet, a do zimnego Gdańska dotarłam ok 15:20 i pojechałam do Galerii Bałtyckiej na mały shopping (wg wcześniej pisanej listy drobiazgów, które w Norwegii kosztują straszne pieniądze, a u nas mniej znacznie – o dziwo dość szybko znalazłam to co chciałam). Przy okazji widziałam Warrena (Spadkobiercy) z dwójką malutkich dzieci, ale nie poprosiłam go o autograf. Wmusiłam w siebie trochę jedzenia, a później przejechałam w kierunku dworca i posiedziałam trochę w KFC (trochę fejsbuka i rozmów przez telefon). Polski Bus zawiózł mnie w 9h do Katowic więc byłam tam już o 8 rano. Po drodze rozłożyłam się na 2ch siedzeniach i zasadniczo spałam – z zatyczkami w uszach, przez co nie słyszałam za kilkoma pierwszymi razami budzika (zapomniałam wyłączyć) i dziwię się bardzo, że nikt mnie za to nie zabił, albowiem przymusowe bycie obudzonym o 6:20 czymś takim raczej nie jest przyjemne (przerabiam to w końcu codziennie). Jak sobie pomyślę, co mogli mi ukraść w tym czasie (nie wiem czy pan siedzący za mną znalazł w końcu swój sweter czy faktycznie mu go ktoś ‚zajebał’…) to robi się trochę słabo, ale ja przecież MUSZĘ wozić ze sobą wszędzie aparat, laptopa i gotówkę. Obiecałam sobie to travel light przecież i dlatego obawiam się, że długo się już nie obronię przed jakimś urządzeniem typu sraj/smart/i Phone – a ja nie lubię takich zabawek…
A więc dotarłam do Katowic (i jak to zawsze w tym miejscu – uderzyła mnie przygnębiająca brzydota tego miasta. Przykro i nawet trochę wstyd mi nawet, że urodziłam się w chyba najpaskudniejszym mieście na świecie…) i z mamą (specjalnie zamieniła się w pracy żeby przyjechać też) pojechałyśmy najpierw do Chorzowa – odwiedzić Dziadka. Z nim widziałam się ostatni raz latem – po drodze do Paryża nocowałyśmy u niego właśnie i zależało mi żeby tam podskoczyć chociaż na chwilę. Od Dziadka, tata zawiózł nad do Babci – Ruda Śląska. Babci nie widziałam… 1,5 roku! Ostatni raz odwiedziłam ją tuż po mojej obronie (po drodze nad morze) i później raz z nią rozmawiałam na skype, ale płakała i nie chciała już więcej… Dlatego na tych odwiedzinach zależało mi nawet jeszcze bardziej. Był też u niej Wielebny Wujek – mył okna, więc zrobił się z tego prawie zjazd rodzinny. I mogłam wziąć prysznic i się wreszcie przebrać (co jest ważne, bo cały poprzedni dzień czułam się jak menel w dodatku łażąc z reklamówką z supermarketu, a po nocy w autobusie było jeszcze gorzej). Postanowiłam, że z obojgiem dziadków (i większą częścią rodziny) spotykamy się dokładnie za miesiąc – przylatuje z Gruzji, a bliźniaki mają wtedy urodziny więc trzeba koniecznie jakiś event zorganizować! Z powodu nieodwiedzania rodziny miałam już naprawdę ogromne wyrzuty sumienia, a to, że dziadkowie mówili głównie o tym, że już im niewiele życia zostało… Babcia tak mówi od zawsze, ale w przypadku Dziadka to nowość (chociaż jest od niej o 10 lat starszy i w znacznie gorszym stanie, zawsze i wciąż jeszcze miał większy dystans i poczucie humoru…) Dlatego myślę, że to właśnie te spotkania nadały sens całej mojej szalonej podróży.
Ale przyszedł czas na zrealizowanie jej podstawowego celu – pojechaliśmy do Tarnowskich Gór żeby ciocia Jadzia zrobiła mi zęba. Z nią też nie widzieliśmy się dawno i siedząc na fotelu dentystycznym słuchałam mamy z ciocią rozmawiających sobie o życiu. Zęba mi więc zrobiła (rzeczywiście było to konieczne jak najszybciej, ha! Ale muszę się szykować na koronkę ‚jak przyjadę na dłużej’, bo zostało z niego może 30%, reszta to plomba…), a nawet drugiego jeszcze jako bonus (nie widać ani czuć było, że z nim też coś) i nie dała sobie nawet zapłacić, przyjęła tylko drobny prezent z Norwegii… Opuściłam gabinet odprowadzona morderczym wzrokiem trzech pań czekających w kolejce…
Pojechaliśmy prosto do Pyrzowic, przepakowałam się (z mamą powymieniałyśmy się trochę rzeczami przy okazji, udało mi się w tym zamieszaniu zapodziać gdzieś Valerin niestety…), ubrałam na siebie to, co się nie mieściło, przemyciłam śpiwór w torbie z tax free no i poleciałam do Bergen. Przespałam prawie całą drogę. Z lotniska odebrała mnie Anne – po drodze zebrania tuż obok. Przed spaniem już tylko ulubiony kisiel, orzechowa Soplica i burza z piorunami i mega gradem, a więc wszystko powoli wraca do normy…

/Jak się okazało później – zdążyłam dolecieć zanim pogoda zwariowała, pozamykali lotniska i pozasypywało drogi… Ale spokojnie – teraz znów mamy deszczowo, normalnie…/

Logistyczny majstersztyk, jestem w szoku, że udało się tylu osobom zgrać ze sobą żeby mi pomóc (tym bardziej, że tata mój nazajutrz miał jechać do Liechtensteinu i w międzyczasie załatwiał trylion jeszcze spraw z tym związanych…). Nie znoszę prosić o pomoc i zawracać ludziom głowy, robić dodatkowych problemów i zawsze staram się tego uniknąć, ale muszę przyznać, że tym razem ciesze się, że tak to wyszło! :) Jestem im wszystkim niesamowicie wdzięczna!

Jedynie co to, szkoda, że nie dam już rady ogarnąć kolejnej wyprawy i w weekend dojechać do Marty (tak w okolice Oslo) na jej spektakl… Ale no nie da się wszystkiego – muszę się uczyć!!! I dojść do siebie w ogóle najpierw…

 
 

  • RSS