RSS
 

Archiwum - Październik, 2013

Superintensiv

23 paź

1. norskkurs
W zeszłym tygodniu, po 4,5 miesiącach wróciłam do szkoły niby na level, który już zrobiłam ale za to w trybie superintensiv czyli 13 spotkań (3-godzinnych) w 3 tygodnie. Ten sam poziom i te same podręczniki, ale inna lektorka i grupa – jestem zdziwiona, bo nie nudzę się wcale, trochę powtarzam już zapomnianych rzeczy, trochę się uczę nowych, bo babeczka tzn. Marina ma zupełnie inne metody nauczania niż Lea. Ani lepsze ani gorsze, inne po prostu; dziś na przykład robiliśmy scenki, z czego nasza podgrupa wyprodukowała Kopciuszka na balu halloweenowym z parasolką z Rio w roli głównej – bawiliśmy się jak dzieci, a to ja w tej grupie jestem teraz najmłodsza… :D Jest duża szansa, że następny kurs (już w trybie 2x/tydzień) ruszy od razu po i nie będę musiała już tyle czekać i nawet zdążymy go skończyć przed Świętami, yay! Na kursie też poznałam fajną Martę z Krakowa. Czyli ogólnie jest dobrze, tyle tylko, że wykańcza mnie ten tryb superintensywny, ledwo to godzę z domowymi obowiązkami i nie mam siły na robienie jeszcze masy zadania domowego wieczorami – zwykle tylko na szybko w autobusie w drodze rano na kurs…

2. Wpadłam na chwilę do Polski na ślub Gwiazdek
Lot do Katowic (pierwszy raz tak bliskie lotnisko, bezpośrednio i do tego 70zł w obie strony ^^) miałam w środę dopiero o 21:30, po całym dniu męczącym. Pierwszą informacją jaką usłyszałam zaraz po wejściu na lotnisko była taka, że będzie 1h opóźnienia. Great. Lot przetrwałam zwinąwszy się w kulkę z kolanami pod brodą, pogrążona w półśnie. Trochę dziwnie się czułam jako jedna z kilku kobiet na pokładzie, sami faceci lecieli prawie, a i tak żaden mi nie wpadł w oko… Odebrał mnie z lotniska tata i do Cieszyna dojechaliśmy o 4 nad ranem dopiero. Tyle o podróży.
W Cieszynie próbowałam ogarniać niezbędne zakupy i załatwienia, spotkać się z tymi, co mogli i chcieli. W piątek dołączyłam się do ekipy strojącej salę na wesele, biedna Panna Młoda miała w ten dzień rozmowę o pracę w szpitalu i jadąc na nią ktoś im auto stuknął… Nie zazdroszczę tych stresów, ale była dzielna bardzo i dostała robotę. Gratulejszyn Kochana! ;) Ja też się stresowałam (i to od dawna) ale kwestią robienia zdjęć na tym ślubie i weselu, ale o tym za chwilę, bo teraz będzie dygresja nt sukienki ale mojej weselnej. Dlatemu, bo większość osób, którym się chwaliłam, że się wybieram na wesele w pierwszej kolejności pytała o moją sukienkę właśnie. A więc wymyśliłam ją sobie z pół roku temu (albo i dawniej); w wakacje kupiłam materiał, zostawiłam projekt i moje wszelkie wymiary mamie i poleciałam do Norwegii, a sukienka miała się szyć w międzyczasie. Po zmierzeniu okazało się, że nie leżała na mnie tak jak powinna (ani w ogóle wcale) i tysiąc razy ją przeprojektowywałyśmy i przeszywałyśmy, zeszło nam do sobotniej 4-tej nad ranem i nie obyło się oczywiście bez setki kłótni z tej okazji… Ale wyszła i to chyba nawet lepsza, a na pewno ciekawsza niż w pierwotnym zamyśle. Żeby było ciekawiej mama wysłała mnie niespodziewanie na szybkie uczesanie do fryzjera (2-gi raz w życiu mym…) i o dziwo nie spóźniłam się z aparatem na wykupiny. (Pominę kwestię, że rano ogarniał mnie rozpaczliwy stan ‚ja chcę do Bergen!’). Ale ślub był piękny, powiedzieli sobie ‚TAK’ i odtąd są już skazani na siebie ;) Kościołowe focił Kamilek i jestem mu za to niezmiernie wdzięczna! Potem próbowałam ja coś pstrykać sama i trochę się powkurzałam, że nie zdążyłam kupić nowego obiektywu i lampy, a aparat nie zawsze chciał mnie słuchać – nie bez powodu parę lat temu przysięgłam sobie, że już nigdy w życiu nie będę robić zdjęć na ślubie… Ale mam nadzieję, że katastrofy nie ma, popracuję trochę nad materiałem i coś będą Młodzi mieli na pamiątkę, uff. W międzyczasie bawiłam się super-świetnie, a nawet ‚potańczyłam’ z bolącą (od poprzedniego wyjścia w góry) nóżką, bo w końcu miałam występować bardziej właściwie w roli gościa niż fotografa. No i jestem z siebie dumna, że wytrzymałam do rana po poprzedniej (…) nocy – około 6-tej skończyliśmy śpiewając hity takie jak Wehikuł czasu, Ballada o Babuciu czy Witaj Pokarmie (na głosy oczywiście). Myślę już intensywnie o następnej imprezie… i sukience :P
Nie spędziłam satysfakcjonująco dużo czasu z rodzeństwem i nie udało mi się odwiedzić na drodze na lotnisko babci ani dziadka, ale chyba chciałam po prostu zrobić za dużo. Samolot do Bergen spóźnił się o 1,5h ale tym razem w sumie mnie to ucieszyło, bo dostałam bonusową chwilę na dobrą kawę z Natalą i tatą i nawet Wielebny Wujek zdążył wpaść żeby pomachać mi na pożegnanie. Adil nie poleciał do Baku więc odebrał mnie z lotniska nawet, uff.

Jest środa, nie czuję żebym to zdążyła odespać wszystko już, ale dobrze było, cieszę się. Może powinnam tak częściej wpadać do Polski na weekend :P Ale póki co muszę znaleźć sposób żeby się dostać na święta i nie wybulić za to tak strasznie, okropnie dużo (czyli zapłacić nie więcej niż 500zł w 1 stronę… takie realia).

 

Lepiej.

13 paź

Depresyjna pogoda, która zaczęła się w piątek przed feriami, trwała nieprzerwanie i uparcie do środy. Szarość wlewała się całymi dniami przez wielkie okna livingroomu i wreszcie zaczęła mnie samą podtapiać. Broniłam się przed nią (o sposobach obrony za chwilę), ale ostatecznie wdarła się we mnie samą opanowując ciało me i duszę, czego efektem był stan jaki osiągnęłam we wtorek: od rana rozproszone bóle i powalające zmęczenie, które nie pozwoliło mi się przez cały dzień ruszyć z sofy ani nawet przebrać z piżamy w normalne ciuchy. Apogeum. Moja złość z poprzedniego tygodnia ustąpiła miejsca zniechęceniu i zrezygnowaniu. Tak było.

Ale właśnie – starałam się jakoś z tym walczyć, odratowywać się przynajmniej na chwilę. Uznałam, że nic mi poważnego nie jest, a przyczyna mojego złego samopoczucia to li i jedynie kompilacja złej pogody i braku towarzystwa, co więc stwarzało realne szanse na uporanie się z problemem. O ile na pogodę nie bardzo mogłam cokolwiek poradzić, o tyle sprawdziłam prognozę i żyłam nadzieją, że w czwartek ma wrócić Słońce. Brak towarzystwa próbowałam zredukować rozmowami na skype i fb, niedzielnym Fides (mimo jakiegoś bólu głowy i ‚ogólnego źle mi’), na którym zaprosiłam kilka osób na poniedziałkowy wieczór filmowy u mnie (no skoro chata wolna). [Na wtorek zostałam sama i wtedy właśnie powaliła mnie szarość.] Na środę miałam już plan jechania i ratowania się w Valen. Przetestowałam połączenie autobusowe (ostatecznie autobus, prom, i i tak kawałek łodzią) – cenowo wyszło mnie to 309 zamiast 350kr, czasowo porównywalnie. Czekały mnie tamże wieczory filmowe, spacery przy (już wreszcie) ładnej pogodzie i po prostu towarzystwo, obecność dobrych ludzi – najcenniejsze. [Wiecie jak jest z dostępem do księży w Norwegii, Valen zostało znów bez opieki duszpasterskiej i oczywiście Krakusowie wybłagali, że od teraz, raz w miesiącu będzie przyjeżdżał jeden z polskich księży.] W piątek zatem przyjechał nasz ks. Łukasz z Bergen (i po roku miałam wreszcie okazję się z nim poznać osobiście… no dobra mogę powiedzieć, że wcześniej raczej unikałam okazji ku temu), w sobotę odprawił mszę w Valen, a potem uskuteczniłam mój chytry plan i zabrałam się z nim do Bergen (prawie jak autostop, nie?). Droga do domu zajęła mi 10h :P Albowiem ksiądz odprawiał i katechizował w Noiheimsund jeszcze po drodze, [podczas gdy ja poczytałam sobie książkę nad wodą oraz pospacerowałam] i pojechaliśmy dalej… na kolację do kogoś, na herbatę potem no i objazdem, bo tunele zawalone po drodze były. Fajne doświadczenie :) W sobotę wrócili do domu też moi drodzy z Dubaju, opaleni i wypoczęci – dobrze im tak ;) ale nie widzieliśmy się za długo, bo w niedzielę na deser dostałam wyjście w góry (Lyderhorn, nie byłam tam wcześniej) z ekipą z Fides (nas 8 i psisko). Było pod każdym względem cudnie.

W rezultacie lepiej jest mi, trochę się naprawiłam i chyba przygotowałam na nadejście nowego tygodnia, który z założenia ma być wyzwaniem zarówno dla ciała, umysłu jak i całej mojej emocjonalności, ma być kontrastem totalnym wobec ubiegłego, skąpanego w szarości, wtorku.

ps: 100 notek już.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

pointylizm

06 paź

[OSTRZEŻENIE: notka zawiera słowa powszechnie uważane  za wulgarne.]

Pointylizm lub puentylizm (z fr. pointiller – kropkować, punktować) – neoimpresjonistyczna technika kształtowania formy obrazu, polegająca na budowaniu kompozycji obrazu poprzez zapełnianie gęsto rozmieszczonymi, różnobarwnymi punktami i kreskami kładzionymi na płótno czubkiem pędzla. Te punkty i kreski, oglądane z odpowiedniego, uzależnionego od ich wielkości oddalenia, zlewają się w jedno, tworząc obraz. Technika stanowiła rozwinięcie dywizjonizmu. /definicja ciotki Wiki/

Po skończeniu fotoksiążki moje paryskie wspomnienia trochę odżyły i znów, a raczej bardziej zachciało mi się farby. Kolorów. Dlatego informacja, że za tydzień na Fides zrobimy sobie ‚paint night’ ucieszyła mnie bardzo. Tym sposobem weszłam na kolorowy tor myślenia i następne parę dni upłynęło mi na czytaniu sobie nt malarstwa, fotografii i sprzętu foto (lista zakupów wciąż niemiłosiernie się rozrasta…) – w końcu to wszystko się łączy mocno, w końcu od dawna sie tym niby interesuję, ale mam trochę jeszcze uboga wiedzę w tym zakresie.  W sobotę (jeszcze poprzednią) przyjechała Marta do mnie wreszcie i wreszcie na dłużej trochę; mogłyśmy pogadać do woli, do nocy, a w niedzielę poszłyśmy też razem na Fides i malowanie było… Efektem mojej twórczości był portret Benjamina, który może i ukazywał odrobinę więcej niż tylko powierzchowność ‚modela’ (a takie było założenie), ale pod względem artystycznym dorównywał obrazkowi dziecka z podstawówki, a w dodatku (o ja nieszczęsna…) został fejsbukowym profilowym foto Benjamina.

Muszę sobie kupić farby w końcu. I papier. I robić więcej zdjęć.

Po niedzieli tamtej pointylizm trwał nadal chociaż bardziej metaforycznie – jako zbiór błahych, małych spraw i zdarzeń, które po skumulowaniu, zestawieniu ze sobą, dały w rezultacie wrażenie, impresję. I to ogólne wrażenie sprowadzało się do tego, że jest, kurwa, niedobrze. Niezmiennie martwię się o Kamila, też o Gabę i jej zdrowie, o które chyba nie dbają wystarczająco tam daleko… To właśnie z Gabą, na linii Norwegia-Gruzja, odbyło się w tym tygodniu sporo rozmów obfitujących w najpiękniejsze polskie wulgaryzmy. Dziękuję Ci za to, Gabo. Ale martwię się trochę o innych ludzi też, bo ostatnio taki niedobry nastrój jest jakoś wyjątkowo powszechny. Kurs korony norweskiej jest bardzo przykry ostatnio, rozwalające było zrobienie tony urodzinowych naleśników (a wcześniej ‚spotykamy się w kuchni o 5:30′ żeby zdążyć z urodzinowym, tradycyjnym = gofrowym śniadaniem), bolało, że skończyła się sól, a ta wredna baba z avasta niestrudzenie, po kilka razy dziennie swoim beznamiętnym głosem informuje mnie o aktualizacji bazy wirusów i nie reaguje wcale nawet na ‚zamknij się ty głupia suko!’. Odwołali mi kolejną grupę z norweskiego (z  trudem powstrzymałam się od odpowiedzi na maila staropolskim ‚kurwa.’) i ostatecznie jestem zapisana na kurs superintensywny (4x3h/tydzień w sumie 13 razy) z poziomu poprzedniego, bo nie chciałam chodzić popołudniami. Zaczynam za tydzień czyli 14-go. Do tego Julka się jakby kiepsko czuła i siedziała w domu (z rodzicami na zmianę pracującymi w domu i tylko przez 2 dni ale jednak) więc starałam się ją jakoś zająć (farby, masa solna, bajki, Lego, gry), wszyscy mieli zaś dużo pracy i stresów. W ciągu 6 dni byłam na zewnątrz tylko 2 razy na spacerze i źle to na mnie wpływa, jestem dziwnie osłabiona i obolała, a od przedwczoraj zrobiło się znów deszczowo i znów z gór nici. Powiecie mi, że to wszystko tylko PMS i okres – mam wrażenie, że faceci jak już odkryją istnienie tego zjawiska, próbują tym tłumaczyć wszelkie zło tego świata… Ta.

Ale nie ważne – wczoraj zaczęły się ferie jesienne (o których myśl jako jedyna trzymała mnie w jednym kawałku w tym tygodniu), rodzinka poleciała do Dubaju (oby im te wakacje dobrze zrobiły), a ja jestem tu i odpoczywam oraz, jak widać użalam się nad sobą. Idę wieczorem na Fides, w środę chcę pojechać na parę dni do Valen (myślałam żeby z Marysią odwiedzić Martę w jej nowej szkole i domu ale bilety w rozsądnych cenach się już skończyły, zostawiam sobie to na później). Może po prostu polenię się trochę jeszcze zanim się zacznie ten cały norweski i szybki wypad do Polski (17-20.10), a potem oczywiście będę żałowała straconego czasu…

Ale wiecie, nie powinnam tak narzekać i może dlatego nie piszę tu za często, aż wręcz zaczynacie mnie ponaglać. Może liczyliście, że wreszcie napiszę coś bardziej optymistycznego? Nie powinnam narzekać, bo nic mi w sumie złego się nie dzieje, pointylizm nie powinien przecież aż tak boleć. Myślę, że takie coś ma prawo boleć:

„Franio nadal fatalnie się czuję,nie przyjmuje płynów,ani jedzenia cały czas krwawi,ślinotok sięga zenitu,jest spuchnięty,nie oddaje moczu.Zwiększyli mu dawkę morfiny,bo nie daje rady funkcjonować.Cały dzień,leżał w łóżeczku,jedynie skusił się na  wieczorną kąpiel,nie było mowy o zabawie,cały dzień nie powiedział do mnie nawet jednego słowa(nie łyka śliny tylko trzyma ją ciągle w buzi po czym dławi się i krztusi krwią)Jedynie z czego Franio był zadowolony dzisiejszego dnia i czym się przyczyniłam do tego zadowolenia to trafiłam z kupnem bajki o zwierzątkach.Obejrzał całą 60minutową bajkę,bez mrugnięcia okiem.Chociaż tyle.Drugim zajęciem na które się skusił było czyszczenie korków”leko”do słonika.Jego ulubione zajęcie.Może jutro ta 9doba od przeszczepu pokaże minimalny  wzrost ku górze.Dziś minęło 2tygodnie od przyjęcia nas na oddział,tyle biedny musi siedzieć w całkowitym zamknięciu,odizolowany od świata.A ile jeszcze przed nami? Niewiadomo,ciężo jest…” Franio ma 2 latka.

Ludzi, którzy maja prawdziwe problemy jest mnóstwo. Czas przestać się przejmować pierdołami. Naprawdę.

 
 
 

  • RSS