RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2013

Uciekam?

25 wrz

Muszę się do tego przyznać…
Moje mocne postanowienie sprzed wakacji odnośnie szukania pracy, po powrocie tu zakopałam gdzieś pod stertą nieposkładanych ciuchów i omijam to miejsce szerokim lukiem. Prawie nie przeglądam już ogłoszeń, a jeśli niedajboże coś znajdę, to zwykle znajduję też od razu powód by jak najszybciej tą stronę zamknąć i wywalić z pamięci. Nie mogę zmusić się do siedzenia nad norweskim, też pewnie dlatego, że argument ‚jeszcze jest za słaby’ odsuwa w bliżej nieokreśloną przyszłość poważne szukanie pracy. Ciężko mi się pogodzić nawet z myślą, że mój beztroski czas przerwy i relaksu ma się tak po prostu skończyć i że miałabym opuścić bezpieczną przystań (gdzie mimo wszystko jednak pracuję, a przynajmniej zarabiam, nie pasożytuję i do tego jest mi dobrze i ludzi tych lubię) i wrócić do trybu ‚życie jest przytłaczające i stresujące’. Przecież nie po to to wszystko było, cały poprzedni rok, żebym wróciła do punktu wyjścia. Przecież życie moje ‚normalne’ ma się zmienić na lepsze. No i ma być normalne czyli mam stać na własnych nogach i sobie radzić. Jak to Iza stwierdziła: „normalna praca jest dla dorosłych poważnych ludzi :P” no, a ja się nie czuję ani, ani. I może tu o to też chodzi, ale tak czy inaczej prowadzi to do rezultatu takiego, że unikam, uciekam. Torstein (szwagier) mnie generalnie w niedzielnej rozmowie motywował z całych sił do próbowania, aplikowania i to najlepiej w całej Norwegii (a na Svalbardzie to już całkiem jest strefa tax free…) i zmęczyło mnie to. Głupio jest odpuszczać takie zarobki i możliwość zdobycia doświadczenia z powodu ‚boję się’. Ale tak naprawdę powód mojego strachu to nie do końca tylko obawa przed rzuceniem się na głęboką i nieznaną wodę, ale o nawet wiele bardziej fakt, że czuję się beznadziejnym biotechnologiem. Dyplom z UJ nic dla mnie nie znaczy. Mam wrażenie, że wiedza (a właściwie jej śladowe ilości) już się dawno ulotniła, a z powodu długiej przerwy o ‚zdolnościach laboratoryjnych’ też już nie mogę mówić. Czuję, że mam zupełnie puste ręce i nie mam z czym się stawić na jakąkolwiek poważną rozmowę kwalifikacyjną.  Do tego czuję się słaba. Czasem mam wrażenie, że jestem wręcz najsłabszym ogniwem w tym domu, a moje drzemki, nadmierna męczliwość – prowadzą mnie w pole obaw, czy w ogóle jestem w stanie pracować na pełny etat. To wszytko nie brzmi jak „Proszę Państwa, z całą pewnością jestem najlepszym kandydatem na to stanowisko!”, nieprawdaż?
Równie mocno przeraża mnie fakt, że tak naprawdę nie mam do czego wracać w naszym kraju. Do kogo tak, jeszcze, ale to nie zmienia faktu, że perspektyw pracowych nie ma dla mnie. A chcę kiedyś, choć na trochę, wrócić…

A z Bieżących to tak: weekend spędziliśmy rodzinnie w domu, udało mi się też wreszcie dotrzeć na Fides. Odkryłam, że z niewyspania można mieć nie tylko kaca, ale też gastro. Zaliczyłam po raz kolejny moją górę – tym razem piękna pogoda i niesamowita widoczność (dalekooo w górach wiatraki, lotnisko, miasto, port i ocean…).  Ach, a w piątek jeszcze skończyłam (po milionie godzin nad tym spędzonych) fotoksiążkę z Paryżą; nie chwaląc się – jest zajebista ^^

Także bardzo źle to ogólnie wcale nie jest.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

smęcę

17 wrz

Żebyście sobie nie myśleli, że tutaj u mnie tylko wszystko zawsze tonie w różu i ocieka lukrem to przebieg poprzedniego tygodnia określiłabym mianem ‚jesienna deprecha’… Jak wiecie nie jestem ani trochę pogodoodporna no i załamania pogody mnie załamują także – tym sposobem większość poprzedniego tygodnia spędziłam przysypiając gdzie bądź i robiąc nic. Prawie – minimum obowiązków i książkę jedną przeczytałam. Najgorzej, że prawie wcale nie wychodziłam z domu – no, bo i gdzie i w jakim celu? Pretekst do wychodzenia będzie jeśli w połowie października faktycznie ruszy mój kurs norweskiego. Zbyt byłam zdechła i nastrój mój pogłębiał się z dnia na dzień, taki mglisto – deszczowy. Zmarnowałam kolejny cały tydzień życia! Gdybym chociaż była chora, miałabym jakieś usprawiedliwienie. Zaczynają mnie ogarniać wątpliwości czy ma sens jeszcze siedzieć tu kolejny rok, czy to nie była głupia decyzja – jestem tu miesiąc i więcej było w nim dni właśnie takich smutaśnych. Ogólnie to morał z tego taki, że od kumulacji niewychodzenia z domu i niespotykania ludzi i dodatkowo złej pogody można oszaleć.

Do całości tego obrazka nie pasuje na pewno piątkowe wydarzenie – mieliśmy disco party na 18 dzieciaków (robiących larmo jakby ich było 50), zaczynam współczuć rodzicom moich imprez, które w dodatku nie trwają 3h, tylko do rana… Z racji tej imprezy muszę Wam napisać o hicie, który aktualnie podbija Norwegię – ponad 33 mln wyświetleń w 2 tygodnie: The Fox – ciekawam, co myślicie ;)

W niedzielę udało mi się spotkać na chwilę (znowu zapomniałam telefonu i prawie ogarnęła mnie rozpacz, że się rozminiemy, ale sie udało…) z Martą, która w nowej szkole dobrze się bawi i ma fajnych ludzi i wszystko super, wiec i ja się tym cieszę, nie mniej jednak tęsknię strasznie i to spotkanie było dla mnie wybawieniem po całym tygodniu samotności. Najlepsze jest, że do tej szkoły teraz dostaje się łodzią z Valen do Bergen i dalej leci samolotem do Oslo, a potem autobusem do Romerike. Inna opcja to pociąg z Bergen. Ogólnie rzecz biorąc ładna jazda… A więc tym bardziej trzeba ją kiedyś odwiedzić!

W niedzielę też postanowiłam, że jednak będę żyć. Trochę głupio, że muszę ciągle to postanawiać na nowo, ale no skoro muszę to to robię i nawet od wczoraj coś ruszyło do przodu, dziś nawet udało mi się znaleźć siły na Løvstakken (w zeszłym tygodniu bardzo chciałam ale bardzo nie dałam rady fizycznie) – na górze ekstremalne wiatry, 5 stopni i odrobina deszczu…

Ok, jest środa – wracam na sofę i pod koc.

Starczy smęcenia.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

weekend ratunkowy

09 wrz

Tak, jak pisałam to w przedweekendowej notce, czekałam bardzo na odwiedziny i poratowanie mojego kiepskiego samopoczucia. Rodzinka wyjechała do domku w góry, do mnie przyjechała (przypłynęła) zaś Marysia, a z nią jednak (po wielu zastanowieniach i przejściu nawet przez stan rozdartej sosny) Dominik. Sobota upłynęła nam na wylegiwaniu się na fotelach i słuchaniu ulubionej muzyki, co przepletliśmy sobie dobrym jedzeniem (tortille, pizza, lody, ciastka), wyjściem na miasto – zakupy ( kupiłam sobie spooodnieee! trochę przypadkiem, w 10 min i za 50 kr więc nawet tym razem dość bezboleśnie, no i prawie są na mnie dobre…) i modlitwa Taize oraz odwiedziny u Benjamina (w starym akademiku Marty), oraz filmem akcji (The Kingdom). Poszliśmy oczywiście spać bardzo wcześnie… rano :P No bo no za fajnie było żeby iść tak po prostu i od razu spać… Tym sposobem młodzież w niedzielę wstała o 12:30 i zanim wyguzdraliśmy się ze śniadaniem (svele w wersji czekoladowo-cynamonowej dla odmiany i w dodatku posmarowane lodami DREAM ^^), zjedzonym z chorą Martusią przez skype… zrobiło się późno i wejście na Løvstakken (a jakże! punkt obowiązkowy dla każdej grupy odwiedzających, a dla mnie raz 15-ty i oto podobno mogę już oficjalnie nazywać tą górę MOJĄ :) musiało się odbyć w trybie przyśpieszonym. Po powrocie zostało nam 20 min do wyjścia na autobus, a więc w tym czasie zdążyliśmy wziąć prysznice i z look’u turystyczno-sportowego przekształcić się w kościołowy, spakować się oni i odgrzać mrożoną pizzę, którą zjedliśmy już w autobusie :) Ambitne plany obiadowe wraz ze składnikami muszą poczekać do następnego spotkania… Po mszy angielskiej już z powrotem w naszym, jeszcze pachnącym świeżą farbą, kościele, zostaliśmy na Fides (duszpasterstwo akademickie tak jakby, przez Anję prowadzone, na które mam zamiar znów chodzić) gdzie poza ciekawą rozmową i poznaniem nowych ludzi obejrzeliśmy Adwokata Diabła. [Przyznam, że miałam dawno już na liście 'do obejrzenia' i wszyscy przecież twierdzą, że taki świetny jest... ale jak dla mnie może i pokazuje ważną rzecz ok, ale w przesadzony sposób, który zupełnie do mnie nie trafia (tym bardziej że mam wystarczająco bujną wyobraźnię i horrorów z zasady nie oglądam) i uważam, że bez tego by się można było obejść, ale widać reżyser zaszalał... a ja spodziewałam się czegoś innego.]
A tak przy okazji mamy z Dominikiem spór odnośnie tego, które z naszych imion było pierwsze. Nawet jeśli miałabym go przegrać pociesza mnie fakt, że mam swój dzień tygodnia i wyspę na Karaibach, ha! Poza tym poznawani ostatnio ludzie bardzo różnego pochodzenia są faktem zbieżności naszych imion rozbawieni, a niektórzy nam nawet nie chcą wierzyć :P Ogólnie śmiesznie :)

Tym sposobem nastrój mój został odratowany, chillout z fajnymi ludźmi jednak robi swoje :)
Dziękuję Wam niniejszym bardzo, bardzo mocno!
Jakby tak mogło być co tydzień…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

ROK

08 wrz

a ROK to mało, czy dużo? Kiedyś myślałam, że strasznie dużo, że stracić ROK to jak zafundować sobie jakąś czasową w życiorysie przepaść. Stracić ROK. I może właśnie dzięki temu zamiast 1 roku straciłam 5 lat? Co najmniej 5.  I przynajmniej w pewnym sensie straciłam. Ale ROK potrafi minąć bardzo szybko, a im więcej ma się lat na koncie tym bardziej wydaje się, że czas coraz bardziej przyśpiesza i myślenie się trochę zmienia…

Stuknął mi właśnie ROCZEK od kiedy Adam ze Stasiem po wielu przygodach dowieźli mnie na lotnisko do Gdańska i teleportowałam się to TEJ, zupełnie innej rzeczywistości. ROK pełen przygód, podróży, okresowo skumulowanych imprez, dobrych spotkań, przemyśleń. Rok wypełniony poznawaniem nowych kultur, miejsc, smaków, dźwięków. Plan Naprawy Mojego Życia udaje mi się realizować w nawet większym stopniu niż się tego spodziewałam i nareszcie czuję, że żyję. A więc potraktowałam CZAS jako kapitał i zainwestowałam ten 1 ROK i mam wrażenie, że w ten sposób kapitał się pomnożył, że zyskałam kilka lat. Że w pewnym sensie odzyskałam trochę z mojej straconej młodości i w pewnym sensie przez tą intensywność życia jakby nadrobiłam trochę, chociaż wydawało mi się, że straconego czasu nie da się w żaden sposób odzyskać. Ale kto mi zabroni zaginać czasoprzestrzeń? Teraz wiecie dlaczego mam cel żeby wyciskać z każdej chwili 300% i dlaczego nosi mnie tu i tam z taką częstotliwością. Na pewno nie chcę już patrzeć jak życie przecieka mi przez palce, o nie. Chcę się upijać życiem! A więc wystarczy zaledwie ROK żeby aż tyle naprawić?

Ale przygoda się nie kończy wraz z upływem roku, chociaż takie (a nawet krócejterminowe) było pierwotne, robocze założenie. Przygoda trwa, dzieją się wciąż rzeczy niespodziewane i nie wiem jeszcze gdzie mnie poniesie życie i czy, skąd oraz o czym będę mogła napisać za ROK. Mam szkic, plan bardzo otwarty, listę celów do osiągnięcia i marzeń do urzeczywistnienia, ale nie wiem jeszcze jak się wszystko potoczy. Jestem za to spokojna, to też się zmieniło w ciągu tego roku. Spokojna ale też podekscytowana, bo mam nadzieję, że zdarzy się mnóstwo niesamowitych rzeczy – mam zamiar im trochę pomagać żeby się działy, ale też wszystko w swoim czasie. Wszystko jest kwestią podejmowania odpowiednich, małych lub dużych decyzji, w odpowiednim czasie – tego się właśnie cały czas uczę. I wciąż podtrzymuję, że wyjazd tutaj właśnie w tym, a nie innym, czasie był jedną z najlepszych jakie w życiu podjęłam :)

A zatem: SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!! :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

A więc co się właściwie stało?

06 wrz

Jest piątek, a więc minęło od weekendu 5 dni. 5 dni, a ja nadal się jeszcze nie pozbierałam, a wpis ten edytowałam naście razy zanim nabrał takiego kształtu, jaki ma tu. Ale zacznijmy od początku:

CZWARTEK

Po środowym telefonie, że przyjadą i czwartkowym pół-dniu niecierpliwego oczekiwania, dojechali wreszcie. Dojechali i byłam niesamowicie ucieszona, że jednak to się udało. Udało się coś o czym po cichu sobie marzyłam, ale nie ośmieliłam się tego powiedzieć na głos. Ucieszyłam się bardzo (a tym bardziej, że z Adamem nie widziałam się od stycznia, a właśnie Adam i Stasiu mnie odwozili rok temu na samolot do Gdańska). Przyjechali specjalnie te 450km, ponad 8h i niby na 1 dzień. Oczywiście przywieźli mi pana Daniels’a… To jakaś tendencja się robi w śród moich kumpli ogólnie ;) Zrobiliśmy obiad w plenerze na butli, a potem pojechaliśmy połazić po mieście, na kawę (i spotaklismy takiego fajnego chłopaka pracujacego na targu, co to podróżuje itd ale no niestety pochwalił się dziewczyną, a co gorsza… z Sosnowca był :P ;)), a na wieczór, na zachód słońca, poszliśmy w góry – musiałam im przecież pokazać moją Løvstakken, było świetnie. Uznali, że jak pokombinują z robotą to mogą zostać na dłużej. Spali w aucie (żeby nie robić zamieszania w domu po nocy).

PIĄTEK

Na drugi dzień musiałam (tzn sama stwierdziłam, że to już przesada by była i że to zrobię) posprzątać i pogotować więc to zrobiłam (a w sumie nawet mi pomogli), kazałam im wziąć prysznic i wyprałam ciuchy (nie zabrali prawie nic na zapas, bo spontan…), przed obiadem zdążylismy jeszcze na sziszunie z bańkami w ogródku, a potem przedstawiłam ich oficjalnie rodzince i po naleśnikach poszliśmy w góry znów wieczorem (przed wyjściem Adil rzekł był: ‚Take care of Dominika, guys!’, na co ja bez wahania odpowiedziałam ‚They will! They always do!’). Wleźliśmy na Ulriken – na zachód znów i spanie w schronisku o którym wiedziałam od Dominika* [*znamy się ze spływu w 2004 i 2005, ale mnie nie pamiętał, bo jest za młody na to :P za to spotkalismy się przypadkiem w Bergen tuż przed moim wyjazdem na wakacje. Został na dłużej w Norwegii i teraz pracuje niedaleko Valen do prawie końca września i chyba już zwiedził tu wiecej niż ja..]. Okazało sie, że normalnie można spać w przedsionku schroniska, bo reszta jest otwarta tylko z sob/nd, ale tym razem cała chata była wynajęta przez jakąś grupę… jednak nam, mimo wszystko, pozwolili w tym przedsionku kimnąć i …

SOBOTA

…wrocilismy rano we mgle, która się zaczęła wypogadzać i znowu ogólnie bardzo super. Ja cieszyłam się, że załapałam sie jeszcze na trochę wakacji, a najbardziej, że wreszcie mnie ktoś odwiedził i mogłam się przejść znowu po górach i to wreszcie nie sama. Adaś cieszył się, że po 2 miesiącach zapieprzania ma wreszcie trochę wakacji, a Staś i Marcin, że ledwo przyjechali, a już mogą zobaczyć w Norwegii fajne rzeczy. Znowu się ogarnęliśmy w domu i wymyśliłam żeby odwiedzić Krakusów w Valen (kawałek trasy mają już bliżej do Drammen, a przy okazji mogłam im pokazać fajne miejsca i ich odwiedzić zamiast siedzieć u nas w Bergen cały czas) i tam iść spać do kolejnej ogólnodostępnej chatki, do której zaprowadził nas Dominik. Btw tuż przed naszym przyjazdem do Krakusów przyjechali jeszcze inni znajomi z BB (których nie znałam wczesniej – ojciec z dwoma synami – Kordasowie) – w sumie nas sie zrobiło z 12 osób tam, oni zrobili spaghetti, a ja na szybkości łososia i sos szpinakowy i po tej imprezie wyszliśmy w 5kę do tej całej bacówki (już znów po ciemku). Wszystko spoko a nawet bardzo fajnie, dotarliśmy na miejsce, zjedliśmy to co nam dał Dominik, bo generalnie zapomnieliśmy zabrać jedzenia, posiedzieliśmy chwilę i wreszcie poszłam spać i…

NIEDZIELA

…ok 3 w nocy obudziły mnie płomienie (widziane z góry, bo spaliśmy na antresoli) i gryzący dym, zaczęłam krzyczeć. Pobudzili się, zgasili. Okazuje się, że na piecu (takiej kozie do ogrzewania, bo paliliśmy równolegle w kominku tam też) położone było drewno, a na nim suszyły się buty Marcina i Stasia i to właśnie ta konstrukcja się cała zapaliła i wypełniła całą chatę duszącym dymem i smrodem zjaranej gumy. Dusiłam się strasznie, więc przez godzine siedziałam w szopie na drewno, a potem jeszcze przy kominku (bo było zimnooo, z 7stopni na zewnątrz, a wietrzyliśmy chatę) i wreszcie odważyłam się iść spać.. na jakieś może 2h. Wstałam (jak najszybciej chciałam znaleźć się u Krakusów) i zeszłam (w deszczu i po drodze zamienionej w górską rzekę prawie) z Dominikiem na dół, a potem on wrócił do nich z butami (w nocy szliśmy tam ok 2h, rano schodziliśmy 1h a wracało się ok 1,5h po jasnoku…) – jest poczatkującym ratownikiem górskim i się poczuł odpowiedzialny chyba za ich ratowanie żeby nie wracali boso w wodzie (mieli szczęście, bo ja bym im kazała wracać w skarpetach!)… Wszytko z ciuchów aż do bielizny, pożyczony śpiwór (od Adila) i kurtka (Bogusia mnie namówiła) też, przesiąkniete zapachem spalonej gumy (aż się dziwie że w końcu się doprały, a ja się domyłam). Zostawiłam chłopaków (zmokniętych, skruszonych itd) w Valen, bo mieli stamtąd wracac już prosto do Drammen, załapałam się na przejazd z całą rodziną na mszę na wyspę (na sali gimnastycznej po ang i ze wstawkami (jak mniemam) w języku tagalog ze społecznością Filipińską i z poczęstunkiem na konkretnie i na ciastowo po mszy – dla mnie to nie taka nowość ale dla Dominika i Kordasów to raczej szok kulturowy :P) i załapałam się dalej z tymi Kordasami do Bergen, bo jechali akurat na lotnisko i podrzucili mnie pod sam dom (nie musiałam sie bawić ani w łodzie ani autobusy!)
Tym sposobem w sumie przez 4 noce z rzędu spałam po 2-5h i byłam w trybie zombie (pomijając już mój powracajacy ból kregosłupa) i przeżyłam traumę (chociaż mam wrażenie, że to tylko ja to wszytsko tak mocno przeżywam, a reszta patrzy z przymrużeniem oka – uśmiali się wręcz z mojej historii wszyscy w Valen, a Adam jak tylko go obudziłam, że schodzimy na dół i chcę klucze.. wyszedł na papierosa, wiec chyba mu było mało dymu, za to Dominik, obudzony moim wrzaskiem ocenił sytuację na mało niebezpieczną i obrócił się w śpiworku na drugi bok). Uznałam po tym wszystkim, że jednak niebezpiecznie z nimi się bujać po świecie i prędko się na kolejną taką imprezę nie zgodzę. Do siebie mam też duże ALE, bo nie powinnam ich była nieogarnietych i nieprzygotowanych brać w góry i powinnam może dopilnować jeszcze kilku rzeczy. Bo ja lubię przygody i szaleństwa, ale wszystko ma swoje granice, a to, że jestem kobietą… muszę się czuć bezpiecznie i tego będę wymagać od facetów, albo będę się organizować sama, a odpowiedź na kolejne ‚take care of her’ będzie już teraz brzmiała ‚no, thanks! I’ll better take care of myself on my own…’ Postanawiam też zaopatrzyć się w konkretniejszy i własny sprzęt turystyczny. Dla mojej host family wersja jest oficjalna, bezpożarowa i super, bo inaczej chyba by się wszelkie odwiedziny skończyły, już i tak mi jest trochę głupio im (i Krakusom) zawracać głowę… Wersję chłopaków zaś (pewnie prawdziwszą od mojej, a przynajmniej nie tak nacechowaną emocjonalnie) będziecie mieli okazję usłyszeć jak tylko przyjadą do Polski czyli już w przyszłym tygodniu.

Po tym wszystkim potrzebowałam po prostu odpocząć, wyspać się porządnie i ochłonąć i miałam nadzieję, że potem już zostaną nam tylko dobre wspomnienia i nauczka na przyszłość, ale wszystko już będzie dobrze. I pewnie tak by się stało gdyby nie pewna przykra rozmowa we wtorek wieczorem, po której uderzyła mnie fala wyrzutów sumienia, że pozwoliłam im w ogóle tu przyjeżdżać. Po wyżaleniu się w kilka niebiesko-białych okienek (dziękuję!) i dużej ilości snu, trochę mi przeszło, ale niesmak i mętlik w głowie pozostał.

Równolegle dostałam zaproszenie na wesele do Moni i Bartka, na które nie dam rady dotrzeć, bo jest 5go października i to pod Jasłem. Smutno po 1. dlatego, że akurat na ich ślubie i weselu bardzo chciałabym być (mieszkałam z Monią na Kujawskiej i trochę razem przeszłyśmy), a 2. jest to pierwsze zaproszenie na wesele, jakie dostałam od znajomych [na Wioli i Sebastiana jadę głównie żeby robić zdjęcia, chociaż i w roli gościa] i to z Osobą Towarzyszącą – cokolwiek ten termin oznacza (muszę dopiero sprawdzić w słowniku). A więc szkoda mi, takie rzeczy najbardziej bolą jak się wyjeżdża tak daleko.

W środę uderzyła mnie kolejna nieprzyjemna wiadomość, a mianowicie nasz duszpasterz z grupy studenckiej już do nas nie wróci ponieważ przeleciał jakąś 15-latkę. Przykro. Ja osobiście znałam go tylko trochę, ale Marta i jej przyjaciele mieli z nim więcej do czynienia i chyba wszyscy czujemy się bardzo zawiedzeni. Krąg osób zaufanych, facetów godnych zaufania, zdaje się smutno zawężać.

Gabie, po 1szym, trochę kryzysowym, dniu w Gruzji, lepiej już jest. Pół czwartku spędziłyśmy debatując jak ogarnąć wszystko żeby dało się ją z większą grupą tam w Sylwestra odwiedzić. Po ustaleniu szczegółów sprawdziłam dostępność tanich biletów i okazało się, że został ostatni. Samolubnie zarezerwowałam go dla siebie (ale reszta zainteresowanych i tak by tego nie mogła zrobić i by przepadł więc no…) i nie wiemy co z tego ostatecznie wyjdzie, cały więc już nie tylko pomysł, a plan, legł w gruzińskich gruzach. A w sumie powinnam się cieszyć, że lecę.

Okazało się też, że nie ma sensownej dla mnie grupy z norweskim na razie, a więc sprawa jest w zawieszeniu.

Chciałam cokolwiek naprawić odnośnie chłopaków i ich przyjazdu oraz napisać im co o tym myślę, ale moją wiadomość odczytali raczej negatywnie (nie mam prawa nikogo pouczać), więc się to chyba jeszcze bardziej popsuło wszystko… Mimo wszystko jednak mam nadzieję, że jakimś cudem zostaną nam dobre wspomnienia z tego całego eventu i wreszcie dojdziemy do wniosku, że nie musimy się wszyscy za niego przepraszać nawzajem i że było warto. Ja się będę takiej wersji trzymać.

A o tym zaś, że martwię się o kilka osób i ich sprawy życiowe, sercowe, studiowe lub sercowo-studiowe, może nie będę nawet wspominać.

***

Aktualnie jestem więc przygnieciona górą kamiorów (wszelkie środki ratunkowe mają jakieś zmniejszone, niż zwykle, działanie ochronne) i mam ochotę stać się deszczem i to nawet bardziej rzęsistym niż ten za oknem. Ale nie mam już nawet czerwonego parasola, więc chyba muszę się trzymać i wytrzymać do jutrzejszych pocieszających odwiedzin.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 

Głębsza Refleksja

03 wrz

Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę jesteśMY bandą gówniarzy, nieodpowiedzialnych dzieciaków, które bawią się nie zważając na konsekwencje, a czasem nawet nieświadome konsekwencji. Ponieważ mamy dużo lat, wydaje się nam, że jesteśmy już dorośli i przez to bawimy się z jeszcze większym rozmachem – co jest tym bardziej przerażające. Nie wiem do końca, co o tym wszystkim myśleć, ale na pewno każde z nas coś zawaliło i ma do naprawienia.

Tyle w temacie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Exciting news

 
 

  • RSS