RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2013

ostatnie promyki lata

28 sie

Po mojej fazie kryzysowej nadszedł oczekiwany mocno czwartek, a wraz z nim wizyta Martusi – zdążyła, w malej luce pomiędzy przyjazdem z wakacji do Norwegii i przeprowadzką do nowej szkoły w pobliżu Oslo (nadal nie pamiętam jak się to miasteczko nazywa..), wpaść do Bergen żeby nas poodwiedzać. Z Martą razem nadeszło słońce, zrobiło się wręcz ciepło i przyjemnie, mogłyśmy pospacerować i gadać, gadać, gadać aż do pożegnania i wciąż nam było tego mało… jak zwykle. Będzie mi jej tu brakowało, ale mam nadzieję, że będzie się tam miała dobrze no i obiecała nas odwiedzać – pociągiem, autobusem, samolotem – czymkolwiek.
Pogoda (wystarczyło jednak jedynie ładnie poprosić o powrót lata) oraz w pewnym sensie pięknie opalona Marta i wasze marudzenie nt mojego braku opalenizny, zachęciły mnie do wylegiwania się na słońcu przez kilka kolejnych dni, widocznie moja skóra i psychika tego potrzebowały, tak jakbym chciała zakumulować jak najwięcej słońca i ciepła na deszczowe i chłodne dni, które prędzej czy później nadejdą i będą bolały. Tym bardziej, że to najprawdopodobniej ostatnie takie cieple dni tego lata. Tym sposobem opaliłam się chyba bardziej niż w ciągu wakacji :P Nazbierałam też energii na wrócenie do łażenia po górach i tak oto moją Løvstakken zdobyłam 3 razy – pt, sob i pon (czyli już mam na koncie 12 wejść i przy okazji nową trasę!) w tym raz oglądając zachód słońca (nareszcie!). Po zachodzie, w półmroku i z latarką wracałam sama przez ciemny las do domu i jakoś tak jednak nie mam ochoty prędko tego powtarzać… W niedzielę miała przyjechać Marysia, ale zaspała na łódź więc ostatecznie, po meczu Julki, sama poszłam sobie na Fløyen i cieszyłam się tam ładną pogodą oraz trochę myślałam. Brakowało mi jakiegoś dreszczyku emocji, więc postanowiłam zaszaleć i wybrałam się do spowiedzi. Tak.
Adil w tym czasie był na swoim męskim wypadzie, na polowaniu z okazji urodzin, o którym mi poopowiadał jak tylko wrócił w niedzielę. [W sumie każdy facet powinien mieć chociaż raz w roku jakiś taki obóz przetrwania, tak sobie myślę (w sumie od dawna).]
We wtorek i środę zaatakowały mnie masowo: pogorszenie pogody, ból pleców i menstruacja, co w rezultacie pod koniec środy spowodowało uczucie ‚ogólnożyciowego ble’. W tęże jednak środę wieczorem dostałam niespodziewanie telefon zwiastujący Nalot Rudobrodych Trolli już nazajutrz i w ten oto magiczny sposób natychmiast przeszły mi wszystkie dolegliwości, a także (niestety) wszelka senność.

A co działo się potem…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 

do siebie dojść nie mogę, niech ktoś mi wskaże drogę…

20 sie

przepraszam, ja tylko chciałam, że nie do końca jestem pozbierana po tym wyjeździe, przyjeździe…
Po imprezie pożegnalnej, na której się ze sporą częścią z Was widziałam, spać poszłam na chwilę (jakaś 8 rano była…), ogarnęłam fotoksiążkę (sic!), innych rzeczy nie, upchnęłam swoje jakieś rzeczy w walizce, której podróż to była ostatnia i przysięgam sobie zaprowadzić ją na ostatni spoczynek na cmentarzysko walizek, jak tylko takowe znajdę. Przykro mi Wioluś, ale tak jej dałam w kość, że nawet taśma klejąca nie pozwala jej się trzymać do kupy, a mama mówi, że to w ogóle wstyd, obciach i wieś z taką latać. Przed samym wyjściem i dosłownie w jednym bucie udało mi się jeszcze załapać na wizytę sąsiadki, która (po raz pierwszy ever!) przyszła na poimprezową skargę… Że ‚To nie o to, że za głośno i się nie wyspała (kilka domów powyżej nas, ale się podobno niesie…), rozumie i by nie przychodziła, ale ktoś o 2:25 jej powyginał wycieraczki w hyundaiu…” mniemam, że to nikt od nas ale i tak było mi na koniec głupio i nieprzyjemnie… I to nawet nie pierwszy raz przed dużym wyjazdem mi się zdarza coś takiego niefajnego… Na lotnisko do Poznania zawiózł mnie nieoczekiwanie tata (i spaliśmy po drodze u jakiegoś znajomego sprzed lat, we wsi pod Wrocławiem…). Niniejszym dzięki! Po drodze kimałam oczywiście we wszystkich środkach transportu. Wysiadłam zaś z samolota, doznając szoku pogodowego – poznańskie, słoneczne prawie 30 stopni zamieniło się w bergeńskie, deszczowe 15. I stan ten trwa po dziś dzień, powodując we mnie smutek, że lata dla mnie już nie ma. Smutek i nieogar zaś jeszcze większy z powodu, że Was tu nie mam i tego ogólnie przeboleć najbardziej nie mogę, chyba z każdym razem gorzej i trudniej jest mi się rozstawać jednak. Dobrze, że Marta tu wpadnie na chwilę to mnie może pocieszy. Wróciłam do pracy, a wiec sypiam więcej i drzemkuję czasem, oglądam bajki i gram w gry, a czasem nawet sprzątam troszkę i gotuję. Przez większość jednak czasu siedzę, po prostu siedzę. No.
Co do norweskiego, to kwestie tą innym razem poruszę – robi się ona coraz ciekawsza…

Bergen sezon II czas rozpocząć, co się stanie – zobaczymy…

A co do stylu pisania dzisiejszego, przyznam, iż wpłynęły nań domowe melodie, którymi zaraziła mnie wczoraj Marta O., za co jestem jej wdzięczna i ośmielę się je Wam również polecić. Zakręcone pozytywnie trio, inne takie, satyryczno-liryczne z wokalem dobrym, instrumentalnie ciekawe i jeszcze nie tak znane jak Podsiadło. Więc siadło mi, siadło.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 

Lato, lato…

18 sie

Ani się obejrzałam, ani w ogóle nic i już jestem z powrotem w Bergen… Nie nadążyłam z napisaniem notki śródwakacyjnej (z resztą kto by to czytał) i w moim Dzienniku Pokładowym strony świecą pustkami. Nie zdążyłam załatwić chyba większości spraw, które miałam/chciałam. Ale to nic. Lato było wspaniałe…

  • Zdarzyło się morze z rodziną (chwilowo całą, a nawet wzbogaconą o zacną osobę wujka-księdza Piotra) i dobrymi znajomymi – po tym jak w zeszłym roku przysięgałam sobie, że już nigdy absolutnie więcej na ten wyjazd, szczerze się zdziwiłam, że jakoś spokojniej było, że wszyscy chybaśmy troszkę dojrzeli, że awantury jakby rzadsze i mniej poważne, a nawet rzeczony wujek jakby bardziej zadowolony z życia pozostał z nami prawie tydzień zamiast 2 dni. Niby to samo, a jednak wszystko było inne niż rok temu. No i udały się 2 wycieczki (wydmy i Gdańsk), na które po cichu liczyłam. Tak, tak – przyjechałam się wygrzać do Polski, ale zimny wiatr na wybrzeżu nieco to utrudniał, jednak ludzie, którzy wiedzą, że nie jestem morsem mogą być ze mnie dumni – znalazłam się w wodzie cała i to 2 razy! Jako pamiątkę znad morza przywiozłam sobie… zimowe kozaki (sic!) oraz treki, a sandałów, których szukałam zawzięcie, nie kupiłam po dziś dzień i dreptałam wciąż, do końca wakacji, w rzymiankach kupionych 5 lat temu za 35zł w Krakowie pod mostem (wydają się być niezniszczalne…). Momentami miałam wrażenie, że spędzam więcej czasu na zakupach niż na plaży, a wiecie jak ja bardzo lubię zakupy…
  • Podróż życia z okazji 50 i 25 urodzin mamy i moich udała się bardzo – jestem zachwycona Paryżem, marzy mi się tam wrócić (choćby na samą sesje zdjęciową, bo efekty mojego pstrykania w biegu nie są w pełni satysfakcjonujące). Bałam się trochę, że okaże się przereklamowany ten cały Paryż, a jednak nie, jednak ma to coś. Szalone zwiedzanie z moją niezmordowaną mamą (dostała fazy, przypływu energii i ciężko mi było za nią nadążyć, z trudem utrzymałam się przy życiu w ciągu dnia… i miałam czasem wrażenie, że zamieniłyśmy się liczbą lat), kilometry przemierzone po korytarzach kilku muzeów bogatych w nasze ulubione dzieła (i z darmowymi wstępami do 26 r.ż!) – męczące ale bardzo dobre to wszystko było, bardzo inspirujące (a może raczej odświeżające stare wizje odłożone do realizacji na później, później) – po prostu cieszę się, obie się cieszymy, że zdecydowałam się zrealizować to nasze wspólne marzenie :)
  • Czas pomiędzy tymi większymi wyjazdami spędziłam głównie w Cieszynie, z małymi wypadami typu Ustroń, Górki, Bielsko, Kraków, Czechy. Spędziłam go intensywnie bardzo, próbując złapać i wykorzystać każdą okazję do spotkania się z fajnymi ludźmi, za którymi się już stęskniłam strasznie i robiąc mniej lub bardziej zwykłe rzeczy, które robi się fajniej z kimś fajnym. Zdarzało mi się wyjść na chwilę i wrócić po paru godzinach albo i następnego dnia, zdarzało się dość często żegnać stary dzień już nazajutrz nad ranem, zdarzało się robić planowane, duże imprezy, a czasem spontanicznie zaprosić stado (naprawdę stado) znajomych o 23:00 do domu i usłyszeć tylko ‚chodźcie, chodźcie – tu macie ciasto!’ (normalni rodzice tak nie robią, prawda?). Zdarzało się dziwnych miejscach i o dziwnych porach robić bańki i delektować się sziszunią. Takie wszystko cudowne, bo wspaniali ludzie byli obok i robili to wszystko ze mną. Wolałam wybierać spotkania zamiast ‚załatwiania spraw’ (pomińmy, błagam, tą nieszczęsną fotoksiążkę głębokim milczeniem…) i nie żałuję tego ani trochę.

Pokonałam prawie 3,5 tys km transportem naziemnym i jakieś 5tys naDziemnym; pochłonęłam ogromne ilości bardzo zdrowego jedzenia i napojów takich jak lody(czasem i 3 razy dziennie – w końcu mam wymagającą dietę), kawy, frytki, kebaby, kiełbaski z ognicha i lemoniadowe piwa :D Statystycznie zaś najczęściej słyszałam od Was 2 zdania: ‚Aleś Ty schudła..!’ oraz ‚Nic się nie opaliłaś..!’ – na które odpowiem teraz hurtowo: ‚Was też miło widzieć!’ ;)

Ale mam niedosyt, niedosyty właściwie. Wciąż niedosyt morza, na areopag do Pucka jak widać nie pojechałam, a chyba się nastawiłam na morze w 2 ratach. Niedosyt Paryża, no bo to w końcu tylko 4 dni. Ale najbardziej mam niedosyt spotkań, mimo, że było ich tak dużo… Z kilkoma osobami nie udało się wcale, ale nawet to co było, było mi mało… Trochę chyba niektórych zaniedbałam, albo przynajmniej zostawiłam niedopieszczonymi… Postaram się to naprawić przy najbliższej okazji…

lato, lato wróć!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Exciting news

 
 

  • RSS