RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2013

moja, moja Lindsey

27 cze

Miałam zamiar streścić się i napisać tylko krótko czy było fajnie, ale nie mogę, musicie mi wybaczyć, ale będzie znów długo i rozwlekle…
LS
W piątek dowiedziałam się o koncercie, w poniedziałek kupiłam bilet, we wtorek sam koncert się już wydarzył, a dziś już czwartek, więc to dla mnie trochę za szybko żeby ogarnąć, co się w ogóle dzieje – nie zdążyłam się nawet psychicznie przygotować, nacieszyć oczekiwaniem czy coś, a nawet po kupieniu biletu ogarnęło mnie jakieś zniechęcenie, że idę sama i na pewno będzie to koncert genialny, ale szkoda tak się nie móc z nikim podzielić tą radością. Szczególnie, że trochę ludzi by się chętnie wybrało, no ale są w innych miejscach na świecie aktualnie wszyscy. Poza tym podyskutowałam ostatnio z Lucasem m.in. nt chwalenia się w internecie i wzbudzania tym zazdrości u innych – może nie powinnam Wam o tym wszystkim mówić? I o wszystkim co się przez ostatnie 10 miesięcy wydarzało też nie… Ale cóż.. ja też bywam zazdrosna i mnie to raczej motywuje do ‚robienia czegoś ze swoim życiem’, polecam takie podejście.
Tak czy siak pojechałam na koncert i przed wejściem nie omieszkali mi sprawdzić dokumentów (mój makijaż pt ‚jestem pełnoletnia’ się najwyraźniej nie sprawdził), ale to jeszcze spoko. Gorsze było to co usłyszałam za plecami: ‚Poczekaj, bo dokumenty sprawdzają. – Ej nie no, chodź, przecież ona wygląda jak dzieciak’ czyli tak się spotyka Polaków za granicą. Chyba mojego ‚no kurde, dzięki’ nie dosłyszeli nawet. Ale, ale przybyłam wystarczająco wcześnie żeby znaleźć się z samego przodu, ostatecznie nawet pod samą sceną (chociaż troszkę z boku i centralnie na przeciw ochroniarza) – yeah. Z racji swoich rozmiarów chyba nie mogę zajmować innych miejsc. [Byłyby piękne zdjęcia, ale zrezygnowałam z brania aparatu w ogóle ucząc się na błędach z niedalekiej przeszłości, z resztą rzeczony pan ochroniarz by mi go pewnie szybko zarekwirował]. Supportował ją raper Eppic, najwyraźniej dobry w swoim gatunku, kul w ogóle i joł, ale muzyka totalnie nie moja więc raczej trafiała koło mnie niż do mnie. No ale doczekaliśmy się w końcu Lindsey i ach, och – to było niesamowite! [Jeśli ktoś z Was nienawidzi spoilerów i chce się przejść na jej koncert bez świadomości, jak może wyglądać - niech nie czyta dalej, niech tylko wie, że warto]. Bardzo mnie ciekawiło jak na żywo zaaranżuje swoją muzykę i cały koncept audiowizualny zawarty w jej klipach. A robi to tak, że gra z nią 2 gości – perkusja i klawisze (plus masa jakiś innych guziczków i sprzętu, którego nie rozumiem) i z jej skrzypcami oraz malutkim dodatkiem wokalu to generalnie cała muzyka na żywo, do niej dodane są elementy z nagrania (jejku, chyba..). Wielki ekran za nimi i klipy się na nim pojawiające, do tego cała zabawa ze światłami i inne efekty specjalne tworzą tło do jej najważniejszego elementu występu czyli tańca ze skrzypcami, gimnastyki wiolinistycznej czy jakkolwiek by to nazwać. W międzyczasie wrzucony zabawny filmik zajął naszą uwagę, kiedy zmieniała stroje (a się zastanawiałam kurcze czy i jak to zrobi), świetny pomysł po prostu. [Jeśli Was interesuje jak takie coś się robi – TU macie ich koncertowy making of]. Były nawet… bańki! A przez cały poprzedni tydzień moje mózgowe neurony głośno i zawzięcie skandowały, że chcą bańki na koncercie, no i dostałam nawet to! A więc było po prostu idealnie, perfekcyjnie! Do tego na żywo jest tak samo ciepła, sympatyczna i super nice jak na YT; powiedziała sporo mądrych i fajnych rzeczy chociażby to, że mówili jej, że nie jest good enough w tym co robi, ale dzięki determinacji i wsparciu fanów może spełniać to swoje marzenie. Fajne jest to, że jej utwory, chociaż w większości jedynie instrumentalne, mają jakieś głębsze przesłanie. Pewnie znowu powieje patosem, ale trochę czuję jakby była moją bratnią duszą – jej styl, wykorzystywane motywy muzyczne, a przede wszystkim wizualne – ciągle trafia w moje ulubione. Jej przesłanie jest tak strasznie podobne do tego, jakie ja bym chciała przekazać ludziom. Poza tym odkryłam ją w sierpniu ubiegłego roku i jej cover We found love, zrealizowany w mojej wymarzonej Kenii, był moim soundtrackiem kiedy decydowałam się na Norwegię, kiedy decydowałam się całkiem zmienić swoje życie i pogonić trochę za marzeniami. Przez ten prawie rok może nie słuchałam jej jakoś zawzięcie i namiętnie, ale przewijała się ciągle gdzieśtam, publikując nowe, fantastyczne klipy. Ledwie zdążyłam zamarzyć żeby kiedyś ją spotkać i nadarzyła mi się okazja wręcz natychmiast (nie byłam nawet świadoma, że ma, a nawet już dziś kończy, europejską trasę koncertową!). Na koniec, na bis zagrała Crystalize czyli utwór, od którego zaczęła się moja z nią przygoda – ładne podsumowanie tej z resztą całej mojej przygody w Bergen (a dokładniej jej kończącej się powoli części I). [Czy na koncertach wypada tak dużo myśleć?] To wszystko sprawia, że czuję się wciąż i coraz bardziej jak we śnie, jak we wszechświecie równoległym, w którym wszytko jest piękne, dobre, idealne i dostępne na wyciągnięcie ręki. Na pamiątkę mam piórko z jej stroju (zdobyłam się na odwagę poprosić ochroniarza żeby mi je podał :P) i plakat, który sobie odkleiłam czekając na autobus po. [Postanowiłam się nie bić o pałeczkę perkusisty, chociaż niczym totem z Prawa Dżungli, prześlizgnęła mi się przez rękę]. Ale tak naprawdę skąd mogę mieć pewność, że namacalne przedmioty zagwarantują mi kontakt z rzeczywistością? Skąd mam wiedzieć, że to nie incepcja? Ale póki śnię, mam mnóstwo i coraz więcej pomysłów, które czuję się zmotywowana i zainspirowana wprowadzić w życie…
Póki to trwa, tak właśnie zrobię.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 

Jeszcze więcej gór, baniek, pożegnań i… koncertów!

22 cze

Wciąż życie moje kręci się wokół tych kilku motywów, wciąż życie moje zaskakuje mnie, zdumiewa i niesamowicie cieszy!

Ubiegły weekend pokoncertowy upłynął nam z Martą i początkowo Marysią, na robieniu rzeczy, na które jeszcze nie było okazji i które trzeba zrobić póki tu razem mieszkamy. Tak więc najpierw dziewczyny spały u mnie, następnej nocy ja u Marty po nocnym, bańkowym i Disney’owym spacerze, a pogoda piękna niedzielna zachęciła nas do pochłonięcia 800ml’owych lodów (łyżkami z 1 pudełka, czyli tak, jak tygryski lubią najbardziej^^) leżąc boso na trawie nad ‚jeziorkiem’ w centrum i robiąc przy okazji bańki wielkie znowu. Baniek później było jeszcze więcej i za każdym razem potwierdzała się teoria, że sprawiają one radość przechodniom w różnym wieku i różnego pochodzenia [Rybnik chociażby]. A my lubimy sprawiać ludziom radość ;) Poza tym wynaleziona przeze mnie The Bubble Relaxation Method okazuje się działać nie tylko w moim przypadku, co cieszy podwójnie!
W tym tygodniu wlazłam sobie jeszcze kolejne 2 razy na Løvstakken (8)(i przy okazji zrealizowałam pomysł na zdjęcie, który od jakiegoś czasu kołatał się mi po głowie), a z Martą wybrałyśmy się na pożegnalny spacer na Fløyen (z bańkami i kolejnymi wielkimi lodami po drodze). Pożegnalny czwartkowy, po którym stwierdziłyśmy jeszcze, że następnego dnia ona wpada do mnie i uczy się pod moim okiem do egzaminów teatralnych – tak wiec piątkowe sprzątanie, prasowanie i gotowanie uprzyjemniało mi towarzystwo jej oraz panny Izabeli Łęckiej i jej ‚dziewiczych marzeń’, Pana od przyrody, Pastylki na uspokojenie i paru innych osobistości. Aktywnie zastanawiałyśmy się też gdzie ci mężczyźni i co jeszcze można zaśpiewać na egzaminie. Było wciąż nam mało czasu ze sobą, wieczorem spotkałyśmy się jeszcze raz – na koncercie jej znajomego (pochodzenie hiszpańsko – norweskie, tak – da się), który to koncert był częścią Latinfestu. Latin rock nie jest muzyką, której słucham na co dzień, powiedziałabym nawet, że w ogóle jej nie słucham, ale po otrząśnięciu się z szoku kulturowego i przyzwyczajeniu, że wszystkiego, co było po hiszpańsku (czyli totalnie wszystkiego) i tak nie zrozumiemy; po tym jak koncert się wreszcie w ogóle zaczął z typowo hiszpańskim opóźnieniem, bawiłyśmy się wręcz bardzo dobrze :) [Bania, myślałam o Tobie i twoich hiszpańskich wojażach bardzo intensywnie!] Po koncercie pożegnałyśmy się definitywnie, ale zanim zdążyłam dotrzeć na autobus… spotkałyśmy się znowu :D I znowu nie mogłyśmy się nagadać… w rezultacie obudziłam się rano w jej łóżku z kawałkami czekolady… w pępku XD i zdjęciami na aparacie przypominającymi, że przed 4 rano, zanim jeszcze zrobiło się jasno, zdążyłyśmy puścić sobie lampiony nad wodą. Pierwszy dzień lata zbiegł się nam więc z ostatnim dniem razem tu…
Idąc nocą przez miasto trafiłyśmy na plakat koncertowy – we wtorek w Bergen gra (i tańczy) Lindsey Stirling, która od ubiegłego lata mnie fascynuje i inspiruje (ale też realizuje moje niezrealizowane jeszcze pomysły, w sobie właściwy sposób, sic!). Czuję, że nie mogę przepuścić takiej okazji i nawet jeśli nie znajdę nikogo som skal bli med (no bo powyjeżdżali ci najbliżsi), chcę iść. Myślę, że Ktoś Fajny też by się chętnie przeszedł, tylko jego niestety tu nie ma. Obym zdobyła jeszcze bilety. To wszystko szalone jest totalnie, czasem nie wierzę, że się dzieje naprawdę – przecież z premedytacją postanowiłam nie wypowiadać, na czyj koncert bym się przeszła, nikogo nie prowokować… więc jak to możliwe, że oni się nagle wszyscy masowo mi tu zjeżdżają? [Dlatego strasznie dobrze tu być, ale strasznie dobrze będzie też spędzić z Wami lato! :)]
W międzyczasie wypełniam sumiennie obowiązki domowe i uparcie planuję, załatwiam wakacyjne szaleństwa oraz zawzięcie NIE uczę się norweskiego. Multitasking yeah! Uwielbiam być kobietą! Uwielbiam być sobą!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

koncertowe achy i ochy

18 cze

A było to tak:

Rozmawiałyśmy sobie początkiem czerwca bodajże, że Marta idzie na Bruno Marsa jesienią i czy w ogóle lubimy takie wielkie koncerty itp. itd. Wyszło na to, że w sumie średnio, z reszta te nie byłyśmy nigdy aż takimi wielkimi fankami żeby ścigać swoich idoli, jedynie Marysia na Coldplay’a w zeszłym roku poleciała specjalnie do Wawy. No i sobie tak pomyślałam, że w sumie to fajnie by się było przejść na… Nie minęły 2 tygodnie i zupełnie przypadkiem znalazłam info, że Imagine Dragons grają… w Bergen! Z Amy Macdonald w dodatku… Zapewne normalnie nie dotarłby do mnie nawet fakt, że Bergenfest się dzieje, ale w takiej sytuacji no nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności. Mimo, że ja generalnie nie jestem typem festiwalowo-koncertowym, jak z resztą większość z Was dobrze wie. Kupiłam więc bilety i przez cały tydzień obserwowałam z przerażeniem w oczach, z dania na dzień się pogarszająca prognozę pogody, która niespodziewanie zmieniła się na plus w czwartek i twierdziła, że padać nie będzie, chłodno jedynie. Kto to w ogóle wymyślił plenerowe koncerty w najbardziej deszczowym mieście świata?

Pierwszą rzeczą jaka mnie zaskoczyła było to, że nie pozwolili mi wnieść aparatu. Że too profesional i że mam go zostawić w Jakiejś Recepcji Gdzieśtam, więc zanim jeszcze się zaczęło biegałyśmy żeby to załatwić i dopiero kiedy oznajmiłam, że I have now camera and no other dangerous wepons wpuścili nas, o dziwo nie sprawdzając dokumentów. A powinni ponieważ dziewczyny 17ki, a ja miałam być ich ‚opiekunem’, no ale zmierzono nas tylko podejrzliwym wzrokiem wyrażającym mniej więcej ‚która to niby jest z ’88?!’ i puszczono dalej. Teraz o samych koncertach; potraktuję je jako osobne wydarzenia, bo w sumie takimi były.

AMY MACDONALD
Znam i bardzo lubię. Zaczęłam kiedyś od jej 2 piosenek, które wszyscy kojarzą (This Is The Life i Mr Rock & Roll), a potem Ktoś Fajny wrzucił mi na dysk jej 2 albumy i zaczęłam słuchać więcej. Z 3 lata temu to było. Ostatnimi czasy nie słucham jej aż tak namiętnie i nawet przeoczyłam jej nowy album z 2012 (co jednak nadrobiłam jeszcze przed kupieniem biletów), ale zawsze lubię do niej wracać. Dziewczyna rocznik ’87, ze Szkocji, zadebiutowała w 2007. Wokal ma ciekawy, teksty dobre i jest jakaś taka autentyczna w tym wszystkim co robi, a robi indie(pendent) rock. Trochę szkoda było, że dostała do zagrania małą scenę i to o 16:15, tak na rozgrzewkę, bo ludzi jeszcze nie było jakoś strasznie dużo i sami byli jacy tacy początkowo niemrawi i oczywiście znali tylko te 2 najpopularniejsze piosenki. Chociaż w sumie to nie za dużo ludzi widziałam spod samej sceny ;) W sumie Amy samą i jej kolegów, którzy wydają się bardzo sympatyczni, a wcześniej w ogóle nie zwracałam na nich uwagi. W każdym razie ja się bawiłam wyśmienicie, brakowało mi tylko tego Kogoś Fajnego żeby się ze mną dobrze bawił. TU próbka z jej innego live, ogólnie oczywiście polecam!

JAMIE CULLUM
Przyznam szczerze, że totalnie dla mnie ktoś nieznany wcześniej. Koncert zagrał zaraz po Amy, ale na dużej scenie, a my słysząc, że może być fajnie i sugerując się jego ładnym zdjęciem w folderze festiwalowym :D, stwierdziłyśmy, że zanim zrobimy sobie przerwę to może na nim na trochę zostaniemy. Zostałyśmy do samego końca, bo to było po prostu świetne! Po rockowej Amy koncert bardziej jazzowy i mogłoby się wydawać, że może być zgrzyt. Nic podobnego. Zdecydowanie najbardziej interaktywny z koncertów, Jamie bardzo charyzmatyczny jest i ma świetny kontakt z publicznością! I fajne włosy ;) Poza tym bardzo widać było, że sam się tym wszystkim świetnie bawi. Wszystko działo się tak jakoś spontanicznie, naturalnie i stworzyło ładną całość. Przez większość czasu padało, ale powiedział nam że szkoda mu nas i ma nadzieję, że przez tą muzykę nie będziemy się skupiać na deszczu, poza tym Norwedzy są twardzi przecież, no i zagrał swojego mashup’a I’m singing in the rain i Umbrelli. Marysia uparcie twierdzi, że to było specjalnie dla nas, ponieważ miałyśmy jedyną parasolkę tam i stałyśmy pod nią we 3 jaki takie sieroty. Stałyśmy, aż po jakiś 30/40 minutach przyszedł do nas pan z ochrony i powiedział, że nie wolno. No tak, nie przeczytałam oczywiście regulaminu, a parasolkę miałam w sekretnej kieszeni mojej wielkiej torebki, więc mi jej nie zabrali razem z aparatem… Wyszło na to, że z nas trzech jestem może i najstarsza ale najbardziej niepokorna ;) Za to przynajmniej mniej zmokłyśmy więc i tak wyszło na moje. Ha. Wyszłyśmy z koncertu nim oczarowane wręcz. Zdziwko miałam kiedy postanowiłam go sobie obczaić w internecie – po pierwsze jego wygląd, zachowanie i energia spowodowały, że myślałam, że jest ode mnie młodszy może nawet. Nie jest, jest z ’79 i na scenie od ’99, więc nie wiem jakim cudem go przeoczyłam, słuchając czasem Michela Bubble chociażby (podobny barwowo i stylowo bardzo), Nory Jones czy jazzowej wersji naszej Kasi Sy/Dy (chociaż na jazz to ja zwykle muszę mieć odpowiedni nastrój). Jest mi nawet troszkę wstyd. Zdecydowanie największe pozytywne zaskoczenie tego wieczoru! Szkoda, że nie ma nic z tego koncertu na YT, bo był w sumie lepszy nawet niż te, z których nagrania są, ale możecie zobaczyć jak gra na fortepianie leżąc… pod nim [jeśli znajdziecie to video, bo zgubiłam niestety...]

W przerwie pobiegłam odebrać aparat z Jakiejśtam Recepcji Gdzieśtam i sprintem przez całe centrum żeby go podrzucić Marcie – do kościoła… Zdążyłyśmy coś przekąsić i się trochę podsuszyć, na szczęście przestało padać.

IMAGINE DRAGONS
Odkryłam ich jakoś w styczniu, zaczynając od It’s Time i od tego czasu słucham sporo, czasem wręcz potrzebuję ich alternatywnego rocka żeby się rozruszać rano i zacząć coś robić. Z ulubionych jeszcze najbardziej I’m On The Top Of The World i Bleeding Out (jako moja finger-cutting song). Bo są bębny i pozytywna energia. Jakbym miała kiedyś swój zespół to muszą być bębny, no ;) Ogólnie z Gabą mamy na nich fazę i strasznie szkoda mi było, że byłam tam bez niej. Ponieważ są teraz na topie był to chyba najbardziej oczekiwany koncert tego dnia, oni sami byli też tym faktem strasznie ucieszeni i wdzięczni – Bergen jako pierwsze miasto nieamerykańskie zaprosiło ich na swój festiwal, 3 lata temu, kiedy dopiero zaczynali coś tworzyć. Dan nawet stwierdził, że crazy, ale pamięta jeszcze niektóre twarze sprzed tych 3 lat. W każdym razie chcą tu wracać i jest to ich ulubiony festiwal :) Kurcze, a grali już przecież (z resztą wszyscy występujący) znacznie większe koncerty, tutaj ledwie 4-5 tys ludzi i pewnie w tym swoim Las Vegas też mają lepsze imprezy… Muszę mówić, że było genialnie? Stałyśmy prawie pod samą sceną ^^ i jedyne, co mi przeszkadzało to całkiem już zalane laski generalnie robiące rozrubę. Bo nasza wcześniej stojąca z boku i nikomu nieprzeszkadzająca parasolka to złem była. Ale i tak ach i och i szkoda, że tak krótko… Radioactive z tego koncertu (kiepskiej jakości ale jest) TU.

NOAH & THE WHALE
Ich też nie znałyśmy totalnie, ale Anja mówiła, że są fajni, a Amy MD gdzieś kiedyś też, że ich słucha. Więc prosto po ID przeniosłyśmy się z powrotem pod małą scenę. Rzeczywiście fajni tacy byli – mieli garniturki i skrzypce :) Ich granie też można zaliczyć do kategorii indie rock/ folk, doczytałam, że są z Londynu i zaczęli w 2006 grać. Nadal nie wiem, który z nich to Noah, a który jest wielorybem (chociaż mam pewne podejrzenia) ;) Tak czy siak mam ochotę ich troszkę więcej posłuchać. TU macie jakiś ich inny live do skosztowania.

Miałyśmy jeszcze zostać chociaż na chwilę na Biffy Clyro, ale byłyśmy już tak wykończone i świeżo zmoknięte, że się zmyłyśmy. Zaliczyłyśmy więc 4 z 10 koncertów, 2 spodziewanie dobre i 2 niespodziankowe ale też dobre. Na autografy nie było szans, więc niestety nic dla Was nie mam… Nie będę wymieniać kogo mam jeszcze ochotę posłuchać na żywo, bo się boję, że się za szybko znowu spełni, a nie mam już na takie wybryki miejsca w swoim budżecie…
I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu pytanie ‚czego słuchasz?’ należało do mojej prywatnej kategorii ‚pytania z pozoru bardzo proste, na które jednak nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć i czuję się zmieszana kiedy ktoś pyta’, razem z np. ‚z jakiego miasta pochodzisz’ i ‚gdzie pracuje twój ojciec’…

Po koncertach spędziłam z Martą i Marysią jeszcze cały weekend, robiąc strasznie fajne rzeczy, ach & mniam! :) Dziękuję Wam mocno!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 

sraty pierdaty – życiowe plany i dylematy *

13 cze

co-dalej Tytuł notki jest jakże głębokim nawiązaniem do poetyckiego adresu mailowego naszego roku na BT, także doceńcie to ;) Doceńcie także to, że z wielkim wysiłkiem zebrałam się wreszcie w sobie do wytłumaczenia Wam moich obecnych, zagmatwanych planów na życie.

A zatem:

Po miesiącach rozkmin i rozmyślań, sporej ilości nieprzespanych nocy, wielu rozmowach z różnymi ludźmi (nie tylko na te tematy, ale ogólnie poszerzających horyzonty myślowe), konkretnych ilościach narysowanych plansz i schematów i godzinach spędzonych na słuchaniu muzyki oraz swojego serca i rozumu, po setkach zmian zdania itp. itd., wykrystalizowało mi się coś w rodzaju planu. Planu z opcjami awaryjnymi i alternatywnymi rozwiązaniami, planu dość elastycznego. Podaję Wam wersję oficjalną, a zarazem jedyną prawdziwą.

  • Po pierwsze primo postanowiłam, że chcę zostać jeszcze w Norwegii – na najbliższy rok. W chwili obecnej nie mam za bardzo czego szukać w Polsce i chcę opanować norweski do takiego stopnia żeby móc tu kiedyś ewentualnie wrócić bez problemów, zostawić sobie otwartą furtkę.
  • Chcę znaleźć pracę, najchętniej związaną z moim wielce wypaśnym wykształceniem. Zdobycie doświadczenia i spore pensje są jednak ważnym plusem.
  • Chcę trochę popodróżować i chcę w przyszłym roku wrócić, przynajmniej na jakiś czas, do Polski. Być może w celu zdobycia jeszcze dodatkowego wykształcenia, ale to wszystko jeszcze zależy. Na przykład od tego ile piniążków zdołam tu uciułać i jak się moje myślenie zmieni albo nie zmieni w ciągu najbliższego roku.

To z najbardziej ogólnych moich zachcianek. Wciąż mówię sobie, że póki co tak naprawdę jeszcze niczego konkretnego NIE MUSZĘ zrobić, owszem – niektóre rzeczy wypada albo nawet warto, ale nie muszę.

Rozwijając: Norwegia oznacza najchętniej Bergen. Nie uśmiecha mi się wyprowadzka do innego miasta, bo ledwie tu się odnalazłam, poznałam kilka osób (z których i tak połowa się wyprowadza albo już to zrobiła)i tu mi się podoba, mam jeszcze 4 szczyty do zdobycia i sto pomysłów do zrealizowania. Wyprowadzka do Tromsø czy innego oddalonego o kilka tys km na północ miasta nie wchodzi w grę. I mimo, że Marta prawdopodobnie przeniesie się na rok do Oslo, wciąż jeszcze nie ciągnie mnie w tamte strony. Od jakiegoś czasu przeglądam oferty pracowe i próbuje się zorientować, co jest i czego wymagają. Jest różnie. W Bergen zasadniczo nie ma za wiele firm o profilu biotechnologicznym czy ogólnie laboratoryjnym, większość ogłoszeń jakie znalazłam dotyczy uniwersytetu i szpitala uniwersyteckiego, przeważają oferty dla ludzi ze stopniem doktora. Ale coś jest. Nie wiem tylko jakie mam szanse… Wymagana jest dobra znajomość norweskiego, nawet w jednostkach akademickich – nie czuję żeby moja była faktycznie taka dobra, szczególnie jeśli chodzi o słownictwo naukowe. Jestem w tej kwestii zupełnie niepewna siebie. Niepewna jestem też jak jest postrzegane moje wykształcenie tutaj. Nabyłam tą niepewność jeszcze w czasie studiów i wciąż nie mogę się jej pozbyć, mam wręcz jakieś dziwne wrażenie, że nie poradzę sobie w normalnej pracy. [Chociaż w dzisiejszą pieczeń też nie do końca wierzyłam, a wyszła mi przepyszna!] Próbuję przebrnąć przez swoją magisterkę właśnie (po prawie roku niezaglądania do niej) i jest to ból. Nie wiem też obiektywnie czy ma szansę się udać ją w ogóle zdobyć i jak długo będę musiała szukać. Dlatego cieszę się bardzo z wyniku naszej wtorkowej ‚narady’. Tak, jak po cichu na to bardzo liczyłam, zostało mi zaproponowane, że mogę z nimi zostać, szukając pracy w międzyczasie i jeśli ją znajdę – po prostu poszukają kogoś na moje miejsce. Przed chwilą jeszcze Adil powiedział ‚now you are a part of family, so when you succeed, we all succeed’ – wow, wzruszyłam się… A więc statek nie tonie, jestem spokojniejsza. Zależy mi bardzo na wakacjach z Wami i z tego względu rozwiązałam dylemat ofert, zaczynających się od zaraz, na korzyść wakacji. Uznałam, że ustalenie pewnej hierarchii wartości, a potem postępowanie totalnie wbrew niej jest czystą hipokryzją i ostatecznie decyzja okazała się dość prosta, mimo kusicielstwa oferty z labu onkologicznego. Co do dat i środków transportu poinformuję Was jak coś ogarnę w tym temacie.

Pisząc to wszytko odnoszę wrażenie, że zrobiłam się bardzo wybredna i przypuszczam, że wasze odczucia będą podobne. Ale jest to plan wręcz utopijny i pewnie zmuszona rzeczywistością, w końcu zrezygnuję z części zachcianek. Poza tym… wszystko się może zdarzyć gdy głowa pełna marzeń… no nie? Ach no i mam wrażenie, że to jakoś wszystko ponuro zabrzmiało, to chyba ta dzisiejsza pogoda tak. Bo ogólnie to w tych wszystkich planach chodzi o to żeby żyć mocno, szczęśliwie, przeżywając przygody i odkrywając Świat – to w sumie mój plan ogólny na całe życie :D

_______________________________________

Z innych spraw bieżących: zdobyłam w poniedziałek Fløyen (taka mała górka 399mnp, dla leniwych turystów z ładnym widoczkiem na centrum ;)) i bilety na jutrzejszy koncert (whoa!), a wczoraj spędziłam popołudnie na farmie i podobno jadłam strusia. Poza tym dominuje u mnie stan nieogarnięcia, z którym sukcesywnie usiłuję walczyć. Czyli jak zwykle.

 
 

Houston, mamy problem

08 cze

Zawsze chciałam użyć tego zwrotu jakoś tak bardziej adekwatnie, zwykle jednak mogłam to robić jedynie w odniesieniu do istnienia problemu i Huston nie miało tu tak naprawdę nic do rzeczy. A teraz wreszcie ma, ponieważ cały ten tydzień Anne spędziła na delegacji w Houston właśnie. Pierwszy raz (od kiedy tu jestem) zdarzyło się, że to ona wyjechała na tak długo. W sumie nie spodziewałam się tego po żadnym z nas ale muszę przyznać, że trochę nas poniosło i tydzień ten okazał się tygodniem… rozpusty. Adil z Julią własnie pojechali na lotnisko, żeby ją odebrać, a ja tak naprawdę nie wiem jak po tym wszystkim będę mogła spojrzeć jej w oczy… Tak, tak… Nie dość że wstawaliśmy dopiero o 7 rano, to jeszcze dziewczynki odwożone były do szkoły zamiast iść pieszo. Ale to nie jest jeszcze najgorsze. O zgrozo! Przez cały tydzień jedliśmy białe pieczywo (i to tostowe!!!) Nie żebyśmy kupowali je specjalnie, no ale zostało (razem z paroma innymi artykułami spożywczymi, które staraliśmy się zużyć – najgorzej nam idzie z kupionymi przypadkowo, 10 opakowaniami majonezu… Może dlatego, że ciężko by było je przerobić na sok) z sobotniej imprezy no. No, a tak poza tym to nie było specjalnie żadnych problemów, wszyscy przeżyli, a nawet wydają się zadowoleni z życia ;)

Btw natknęłam się na info, że pani Grochola popełniła niedawno książkę o takim samym, jak moja notka, tytule i jeśli lubicie jej pozycje, to może warto się zainteresować. W sumie sama bym przeczytała, jakos dawno juz z nią nie miałam do czynienia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 

góry, bańki, pożegnania

05 cze

W tych trzech słowach zawiera się sens ostatnich kilku dni. W czwartek ładna pogoda zmotywowała mnie do wyskoczenia, w przerwie pomiędzy myciem okien i przygotowaniem obiadu na Ulriken (nie, nie Løvstakken tym razem), bo już mnie korciło żeby się tam wreszcie wdrapać – ostatni raz byłam tam w październiku. W ogóle to jeszcze mi zostało do zdobycia 5 innych szczytów w Bergen – na kiedyś… No i bańki – sprzęt czekał całe 2 miesiące na odpowiednią okazję, czas, pogodę i warunki. Tylko w ogóle fajniej się w to bawi z kimś, przygarnęłabym też najchętniej jakiegoś tragarza/asystenta, bo mi plecak sporo waży i czasem mi brakuje dodatkowej pary rąk… Nie jestem w 100% usatysfakcjonowana zdjęciami, z reszta potraktowałam to jako wypad na rozpoznanie terenu – mam nadzieję, że uda mi się tam coś kiedyś więcej. Ale nie chcę zapeszać.

W piątek z dziadkami (którzy wrócili w nocy z Madery, opóźnionym o ponad dobę samolotem) i dziewczynkami pojechaliśmy do Kvamskogen. Pogoda w sumie średniawa była ale udała się nam sobotnia mała wycieczka do Norheimsund i mały potem spacer po okolicy. No i Dzień Dziecka przecież był i mimo, że w Norwegii nie istnieje takie coś, nie omieszkałam dziewczynkom podarować zestawu bańkowego HOP HOP, no a co. [btw robię tubanowi taka reklamę, że zastanawiam się czy by nie mogli mi sponsorować tych płynów chociaż...] Najprawdopodobniej był to już mój ostatni wypad tam i trochę mi się smutno robi, no ale. Dalej w tym pożegnaniowo- dekadenckim nastroju upłynął niedzielny wieczór: pożegnałyśmy Lindę, która nazajutrz wróciła do Niemiec. Nie spotykałam się z nią jakoś zbyt często, była to głównie koleżanka Marty, no ale i tak. A za niedługo wyjeżdża Anne-Marie… Ehh i w ogóle wszystko się kończy i nigdy już nie będzie takie samo. Stąd moje ambitne plany na wykorzystanie czerwca na maksa, zobaczymy na ile się je uda zrealizować.

Musze jeszcze wspomnieć, że Boże Ciało u nas świętowało się w niedzielę, a nie w czwartek. O 14 równolegle 2 uroczyste msze (katolickie): w naszym kościele i w katedrze ewangelickiej, po których spotkały się dwie procesje i połączone przeszły przez 4 stacje. Spotkałam się przy okazji z prawie cała rodzina Krakusów i kilkoma (mniej lub bardziej) znajomymi. Wizualnie była to mieszanka twarzy z wielu, wielu krajów, ornatów, alb (głównie dziewczyny w roli ministrantek), indyjskich sari, kalkutańskich habitów, naszych zakopiańskich kapeluszy niosących Czarną Madonnę i odblaskowych kamizelek, a na początku jeszcze kolorowych parasoli. Tak, monstrancja też była, z Panem Jezusem w środku ;) Dźwiękowo – czytania i pieśni w językach: polskim, norweskim, łacińskim, tamilskim i wietnamskim. [Mama mnie szpieguje najwyraźniej i przysłała mi link do fotek, więc możecie je TU obejrzeć, jeśli się bardzo nudzicie]. Dość ciekawa mieszanka, tylko dlaczego cała ‚impreza’ musiała trwać aż 3,5h..? Było dość zimno no i nawet wszystkie dodatkowe ciuchy, którymi wypchałam torebkę nie wystarczyły (mi i Marysi) żeby się wystarczająco ogrzać, zatęskniłam nawet za moim zimowym płaszczem… Ja tak naprawdę nie znoszę wszelkich procesji, marszy, parad etc. jakby ktoś pytał. Zapewne jest to wyrazem mojej niedojrzałości, cóż. Dobrze, że potem zjedliśmy dobry obiad w akademiku i spędziliśmy wieczór równie miło. Aż mi się przypomniały nasze obiady rodzinno-przyjacielskie na Kujawskiej i na Bociana… I bańki na Kujawskiej oczywiście rok temu akurat. I nad morzem i w Rzymie. Tęskni mi się do Was.

img_6163-xs
 
1 komentarz

Napisane w kategorii Sentymenty

 

i po kursie

04 cze

Zacznę znowu od dygresji…
Nie nadążam z pisaniem! Za dużo się dzieje – to raz, za bardzo chyba jestem nieogarnięta – to inna sprawa. Ale staram się przynajmniej z tym drugim powodem walczyć. Mam mocne postanowienie popisania cos więcej w najbliższym czasie. Serio. Ale poza tym cos mi sie znów porobiło z mózgiem chyba, bo mam sporo pomysłów na bieżaco, jak i co napisać, ale jak juz siądę to wszystko jest blee i brzmi jeszcze bardziej blee. No i jak się pisze z opóźnieniem to tez to takie no… mniej nacechowane emocjonalnie. Także trudno, musimy sie zadowolić tym, co zdołam wyprodukować w tymże stanie. Smacznego.

Pamietam jeszcze szalony poniedziałek w połowie września (notka gdzies w archiwum zalega ‚norsk nå’), keidy zaczynałam moja przygodę z norweskim. Tak niedawno temu to było, a tu już mi przyszło w ubiegłą środe skończyć kurs! Poziom 4 czyli B1-B. Takie to strasznie dziwne, bo się przyzwyczaiłam do tego bardzo. A ostatnie tygodnie na kursie wyglądały mniej-wiecej tak, że nasz babski skład międzynarodowy (gdyż albowiem Hlynur nam gdzies zaginął w kacji po drodze) na przerwach raczył się przynoszonym przez nas jedzeniem (wszystko zaczęło sie od muffinek z jagodami, które upiekła Marie, potem było jeszcze borówkowe pie Hanneliisy, ze 3 indyjskie potrawy Sridevi i sporo słodyczy od naszej reszty) i pogawędkami… Dzieci, jedzenie i religie – to były główne, acz nie jedyne nasze tematy. Na koniec więc zafundowałyśmy sobie wyżerkę i pogawędki także. Od razu odpowiem na pytanie co przyniosłam – myslałam co prawda o czymś bardziej polskim, ale zrezygnowałam i zrobiłam nasz super zdrowy sok z marchewek, pomarańczy, papryki i cytryny a do tego svele, także w sumie bez szaleństw. No i przytachałam książki kucharskie o sokach i kuchni polskiej. Oraz aparat – mamy więc ostatnie wspólne foto… Ostatnie, jedyne własciwie, smutno tak. A już najdziwniej mi się zrobiło jak Lea się wręcz popłakała jak jej dziękowałam za te wszystkie 4 kursy – no w sumie może zrobiłam aż tyle błędów na kartce, że ją to tak wzruszyło…

Tak czy siak muszę przyznać, że nie zależalo mi na poczatku specjalnie na norweskim samym w sobie, na ćwiczeniu angielskiego bardziej. No ale że kurs sponsorowany, język się może kiedyś przydać, a mózg przynajmniej bedzie w jakiejś aktywności – no to się podjęłam. Ale te kursy, poza nauką języka, wniosły w moje życie o wiele więcej – jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało. Spotykanie, rozmawianie z ludźmi z całego świata, wymiana doświadczeń – mam wrażenie jakbym poniekąd bardzo duzo ‚podróżowała’ w tym czasie. W sumie jedną z najfajniejszych rzeczy w podróżowaniu jest spotykanie miejscowych. Myślę sobie, że jeśli kiedyś jeszcze bedę miała okazje pouczyć się języka w jakimś innym kraju, to bardzo chętnie się zdecyduję. Świetna sprawa, polecam i w ogóle ;)

No ale żeby nie było, że to już definitywny koniec z norweskim to wdrażam (staram się wdrażać) plan pt ‚norweski w miesiąc’ – taki tytuł nosi podręcznik, który sobie przywiozłam z Polski na początku (i do którego zajrzałam ledwie parę razy). Został mi więc czerwiec na podszlifowanie – od przyszłego tygodnia mam się przestawić wreszcie na rozmawianie po norwesku w domu (dopiero od przyszłego, bo teraz Anne jest wyjechana i niby ćwiczymy angielski przed przyjazdem babci z Singapuru). Plus do tego pracuję ze ściśle tajnymi materiałami w tym języku ;) Na ten czerwiec cały mam masę jeszcze innych planów i pomysłów, które bym bardzo chciała zrealizować, dlatego nie bardzo wierzę, że plan z norweskim uda mi się kompletnie zrealizować, ale coś tam popchnę do przodu. Amen.

ps: dochodzi 23:00 i wciąż jest jeszcze jasno na zewnątrz… nie umiem się przyzwyczaić.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Languages

 
 

  • RSS