RSS
 

Archiwum - Maj, 2013

3 Days of Summer

21 maj

Na wstępie chciałam walnąć dygresję: otóż obejrzałam ostatnio w końcu, po długim zaleganiu tego tytułu na liście ‚do obejrzenia’ film 500 Days of Summer i trochę mnie smucił, chyba z chorobowego nastroju wtedy, ale ogólnie fajny jest. Komedia podobno tak w ogóle ;)

Pojechaliśmy na Bømlo w piątek i towarzyszyła nam co najmniej nieciekawa pogoda. Tak skończył się 17 maja.

W sobotę 18 maja wyrwał mnie ze snu budzik mój i doznałam szoku, że obudziłam się własnie tam (w domu dziadków). Najwyraźniej spało mi się wyjątkowo dobrze i twardo. Pogoda za oknem wyglądała na słoneczną ale zdziwiło mnie kiedy do ‚mojego’ pokoju przybiegła Johanna ubrana w bikini i szorty i wyciągnęła mnie na taras z okrzykami ‚it’s sooo hot outside!’ Rzeczywiście zrobiło się… LATO! Zjadłam śniadanie na tarasie wbijającym się w skały i wystawiłam się na działanie promieni słonecznych – 22°C w cieniu. Z powodu takiej pogody zapadła decyzja, że zabieramy wszystko i jedziemy do domku nad wodę. Tak, tak – poza domkiem w górach mają oni też domek nad wodą dla tej 10- osobowej rodziny. Jest śliczny! Tak jak ten w górach jest urządzony cały w drewnie naturalnej barwy z dodatkami głównie w kolorach ciemnej zieleni i czerwieni, tak ten jest wewnątrz z jasnego drewna, pomalowanego półprzezroczystą biała farbą a wszystkie dodatki i ozdoby, o tematyce morskiej oczywiście, utrzymane są głównie w kolorystyce szaroniebiesko-biało-beżowej. W międzyczasie zrobiło się upalnie jeszcze bardziej i zaczęło do nas (z Anne) docierać, że nie mamy za bardzo letnich ciuchów – chyba nie uwierzyłysmy, że może być ładnie, zabrałyśmy za to kalosze i kurtki przeciwdeszczowe! Musiałam się więc zadowolić ciuchami, które zabrałam w razie aerobiku. Niedługo po przyjeździe razem z Reidarem, Adilem i dziewczynkami popłynęliśmy łodzią do małej przystani – tak na wycieczkę, po paliwo i coś dobrego (lodyyy), oglądając po drodze prześliczne widoczki. Ta część wyspy jest pokryta niskimi skałkami zanurzonymi w morskiej wodzie i niedaleko stamtąd zaczyna się już otwarty ocean… Po powrocie dziewczynki uznały, że chcą się… kąpać, a woda miała 10°C! Ubrały piankowe kombinezony (+ chyba bardziej dla fun’u maski do nurkowania i płetwy) i wskakiwały na chwilkę do wody, po czym szybko wychodziły na pomost. Adil zaś wdział piankę także i walczył z żyjatkami, co za bardzo rozrosły się pod pomostem. Większość z Was wie, że ja to się nawet latem w polskim morzu nie kąpię, a w jeziorach tylko z musu i na chwilkę, ale 10 stopni to już naprawdę jak dla mnie ekstremum, zamoczyłam więc tylko stopy, i to na chwilkę. Zdziwiłam się bardzo widząc w wodzie tej meduzy, także takie z parzydełkami długimi – byłam przekonana, że żyją tylko w cieplejszych wodach. Podobnie ogóreczniki morskie. Zrobiły mi się z tego zajęcia terenowe z biologii, a w głowie zaczęły pojawiać się szczątki informacji na temat białka GFP i saponin produkowanych odpowiednio przez powyższe stworzenia. Potem bujałyśmy się z dziewczynkami w pontonie, a po lunczu wsiedliśmy w motorówkę (Anne, Reidar, dziewczynki) i popłynęliśmy łowić ryby. Kolejna rzecz przy której musiałam przyznać, że ‚I’ve never tried that before’. Dostałam wędkę i po niedługim bardzo czasie złowiłam pierwszą (i w sumie ostatnią) rybkę. Była jednak zbyt mała i dostała druga szansę – wróciła do wody. Ostatecznie w sumie złowiliśmy 3 takie niewielkie oraz makrelę i dorsza w jakąś może godzinę niecałą. Po powrocie Julia z dziadkiem zabrali się za patroszenie ryb – trzeba uczyć nowe pokolenie, jak to robić. A to nowe pokolenie wydawało się niezwykle zainteresowane anatomią, krzyczało nawet, żebyśmy znaleźli serce, na końcu zaś bawiło się wydłubanym okiem… Ja się ograniczyłam do robienia zdjęć, bez dotykania. Uznałam, że albo jestem biologiem-teoretykiem, albo po prostu wolę zwierzęta żywe, czy też mikroorganizmy. Rybki te zjedliśmy usmażone na kolację i w ten oto sposób, po raz pierwszy w życiu miałam okazję przejść cały proces od złowienia do zjedzenia – były naprawdę dobre. Zachodzące słońce oglądałam z wrzosowiska nas zatoką, a potem posiedzieliśmy sobie jeszcze na tarasie, ciesząc się bardzo dobrym dniem. Położyłam się spać zjarana słońcem i kosmicznie zadowolona z życia oraz zdumiona tym wszystkim, co się dziś niespodziewanie wydarzyło.

Niedzielę chciałam zacząć ambitnie – od joggingu. Ostatecznie przerodziło się to w jogging fotograficzny rodem z filmu ‚Yes man’, z telefonem w jednej i aparatem w drugiej ręce, no bo ładnie tam i aż szkoda było nie wrócić się po ten aparat. Od samego rana było znów gorąco i z braku laku skończyłam w stroju: czarne, długie legginsy, które w nocy udawały pidżamę + sportowy stanik, yeah!
Po śniadaniu dojechali do nas Vibeka i Torstein z dzieciakami i zanim się zorientowałam, co się w ogóle dzieje, dostałam piankowy kombinezon (przypadkiem mieli mój rozmiar!) i kapok, wsiadłam z Torsteinem i 4 dzieci do motorówki, a potem, kiedy nastała moja kolej na wodne szaleństwo, załadowałam się do kółka z napisem ‚Psycho Water Cośtam’ – od pasa w dół w tej cholernie zimnej wodzie (moja masakryczna mina jest na zdjęciach, tak…) i w tym czymś zostałam pociągnięta za motorówką. Makabrycznie fajna zabawa ^^
Trochę żałowałam, że to już koniec i muszę opuścić ten raj (w którym oni zostaną jeszcze 1 dzień), nie spróbowawszy nawet nart wodnych i windsurfingu (tak.. wychodzi na to, że mają tu wszystko, dosłownie wszystko!), ale w planach miałam powrót do Bergen – na mszę, no bo święto w końcu. No i naprawdę nie miałam już w czym chodzić… Adil zawiózł mnie na najbliższy przystanek (jakieś 40 min autem), wsiadłam w kystbusa, który przejechawszy trochę (i zatrzymawszy się np w Larvik, które jest prześlicznym miasteczkiem portowym, które dotąd znałam tylko z nazwy) wjechał na prom. Powiem Wam, że wożenie ze sobą kompa z klawiaturą na USB i używanie go w autobusie, jest co najmniej niewygodne. Wycieczka w sumie trwała ok 3h i kosztowała mnie bagatela 250 koron (nie licząc obowiązkowych lodów na promie) i wierzę głęboko, że z powodu tego poświęcenia mam już zapewniony wstęp do Królestwa Niebieskiego ;) W Bergen też lato, ludzie porozkładali się na wszelkich możliwych trawnikach w centrum, a mnie uderzyło to, że na drzewach pojawiły się świeże liście – de facto dopiero w tym tygodniu, ja zaś byłam tak już przyzwyczajona do ich braku, że przestałam to zauważać. Spodziewałam się mszy bardziej ‚z pompą’, no bo Zesłanie i jutro wolne nawet z tej okazji, ale w sumie było bardziej jak w każdą niedzielę (nie wiem jak na polskiej, może bardziej uroczyście). Na grupie studenckiej po mszy miał być wreszcie ksiądz z Ugandy i nam trochę poopowiadać, ale w końcu zamiast niego pojawiły się kolejne lody i pogaduszki. Wychodzi na to, ze ostatnio zjadłam naprawdę spore ilości lodów i zrobiłam setki zdjęć – to drugie cieszy nawet bardziej, bo widzę progres i mogłam się wreszcie wyżyć po tygodniach zastoju i bez weny.

Trzeci dzień lata zaczął się na tyle gorąco (z 22 st w cieniu, ale pełnie słońce), że postanowiłam wyjście w góry (no przecież nie będę siedzieć w domu cały dzień!) przesunąć na późniejsze godziny. Ostatecznie jednak zaczęło się chmurzyć i wyszłam z domu przed 14, za cel obierając sobie zdobycie po raz 6-ty Løvstakken. Byłam jednak na tyle ambitna, że chciałam wejść tym razem od innej strony. Niestety w Norwegii nie istnieje (albo jest bardzo mało popularne) oznaczanie szlaków – trzeba po prostu znać trasę. Poza pierwszą tabliczką z drogi, nie znalazłam żadnych innych, za to trafiłam na drogę i osiedle domków, przeszłam więc na skróty do główniejszej drogi i wróciłam na starą trasę. Na początku szłam sobie żwawo, potem z powodu ciężkiego powietrza i ciężkiego plecaka, już znacznie mniej, aż wreszcie miałam wrażenie, że położę się na mchu i zasnę. Na szczycie zrobiło się już chłodno (17), wietrznie i zaczęło kropić – targany na górę zestaw bańkowy się nie przydał (i tak z resztą zapomniałam płaskiego pudełka) zrobiłam sobie tylko troszkę czekoladowych, wdziałam na się dodatkowe ciuchy i zlazłam na dół. Pod koniec (tu własnie zabrakło mi tego czasu, który początkowo zużyłam na bezsensowne eksplorowanie okolicy poza szlakiem) złapał mnie już całkiem rzęsisty deszcz, parasol (tak mamo, wiem, że się nie bierze parasola w góry :P ale kurtka mi została w aucie zaliczona do rzeczy, których nie muszę ze sobą brać autobusem, bo się nie przydadzą…) mnie trochę obronił tylko.

Tak zatem, jakby ładnym snem było tylko, zakończyło się lato – dziś jest już tylko 12 stopni, mgła i deszcz, średnio się nawet czuję. [Mam za to czas żeby tu 'troszkę' popisać.] Tutaj naprawdę nauczyłam się łapania każdej chwili pogody, wykorzystywania jej na maksa i napawania się każdym promykiem słońca. Teraz pozostaje więc tylko czekać na następny taki epizod, daj Boże żeby jeszcze w ciągu najbliższego miesiąca udało się spędzić chociaż weekend w tamtym raju – amen! W sumie niedawno pisałam, że marzą mi się wakacje nad morzem, a podczas waszego weekendu majowego komuś obiecałam, że sobie odbiję moją grypę i deszczowość – spełniło się szybciej niż myślałam więc może, może…

Chociaż Gaba posłała mi na pocieszenie TO. Uczę się no… ;)

summer
 

17. mai – hurra!

17 maj

Święto narodowe dziś tutaj mamy albowiem (o czym dowiedziałam się na norweskim niedawno) w 1814r została zakończona, prawie 400-letnia, unia Norwegii z Danią i spisana konstytucja, bardziej autonomiczna już Norwegia weszła w unię ze Szwecją (trwającą do 1905) – troszkę historii w 1 zdaniu ;)
Jest to największe święto narodowe i obchodzone z pompą – od rana w tv relacje z różnych stron świata gdzie Norwedzy świętują, witają się pozdrowieniem/życzeniami ‚Gratulerer med dagen’ (to samo się mówi tez z okazji urodzin – dosłownie jest to coś jak ‚Gratulacje z okazji dnia’), a u nas też impreza. Na lunch zaprosiliśmy 2 rodziny i było tradycyjne jedzenie, które (biorąc pod uwagę jak zachwycaliście się brązowym serem) raczej by wam nie przeszło przez gardło: rømmegrøt czyli budyń z kwaśnej śmietany, który się je posypany cukrem, cynamonem i rodzynkami, z odrobiną masła i do tego wędlina suszona tylko i solona (wieprzowina i baranina albo jak to stwierdził Adil podając mi talerz ‚dead pig and dead sheep’ ;) Z resztą on też średnio za tym przepada (tzn za samym rømmegrøt), ale mówi, że surowy małpi mózg smakuje gorzej… Dla mnie jest to w sumie ciekawe, chociaż nie powiem, że ulubione. Dzieci zadowoliły głównie hotdogi z prażoną, suszoną cebulką, lody i napoje gazowane. Na deser ciasto marchewkowe z serkową powierzchnią, na której ułożone borówki i truskawki tworzyły flagę (trochę za słodkie, ale bardzo ładnie wyglądało). Wszystko w barwach narodowych, nawet ja od pasa w górę przebrałam się sprytnie za flagę. Norwedzy oczywiście prezentowali się w strojach narodowych czyli tzw. bunady, jeśli tylko takie posiadali – a większość jednak posiada, jest to tradycyjnie prezent od rodziców na konfirmację, dla dzieci można kupić takie za kilkaset (zamiast za kilka tys jak oryginalne) koron i nawet śmiali się, że w sumie bym mogła taki dziecięcy sobie sprawić. Są tak naprawdę bardzo różne, a np Anne ma taki ze Svalbardu, który totalnie odbiega od innych, które widziałam.
O 16 poszliśmy do szkoły gdzie rozpoczęła się parada – orkiestra, flagi, dzieciaki wykrzykujące jakieś hasła no i oczywiście trochę deszczu (którego miało nie być, było dość ciepło nawet tzn jakieś 17 stopni może, ale z deszczem spadło do 13…) – miałam okazję poćwiczyć sobie trochę fotografię w warunkach ekstremalnych (w ruchu i hałasie, trzymając 1 ręką parasol), potem zaś jakieś przemówienia i ogólnie czas na zjedzenie czego i pogadanie ze znajomymi. Pieśń narodowa ‚Ja vi elsker dette landet’ (= tak, kochamy ten kraj) jest śpiewana bardziej tak po prostu i trochę im potłumaczyłam przy okazji, że u nas hymnu nie wolno śpiewać tak sobie i mniej więcej o czym on opowiada. Ogólnie to na tej obcej ziemi mój patriotyzm zdaje się rosnąć w pewnym sensie, mimo, że świętuję święta tutejsze. Ale jakoś tak łatwiej jest mi teraz wyodrębnić polskie tradycje, święta itd.
Zmyłam się ponad godzinę przed końcem, bo chłodno już było i mokro, baleriny mi oczywiście przemokły i przypomniało mi się świętowanie święta narodowego w Liechtensteinie [uwaga, dygresja: (15 sierpnia 2010) kiedy to moje poprzednie czarne baleriny przemokły mi, na śmierć nawet. Nota bene miałam wtedy na sobie ten sam sweterek i ten sam parasol w ręce, tylko grzywkę jakąś taką okropną, że na zdjęciu z Księżną i tatą mym (w wieku bodajże ok 70 i 50), oboje wyszli lepiej... Stroje narodowe liechtensteinskie też w sumie podobne do norweskich są niektórych, jakby nie te specyficzne nakrycia głowy. Ogólnie ten oddalony ok 3 tys km malutki kraj, pod wieloma względami mi Norwegię przypomina, do obu mogę wracać i wracać... Chętnie jeszcze przejdę się po alpejskich szczytach nad doliną Malbun, przytulając osiołki, oglądając świstaki i dzwoniące krówki. Ale póki co jestem tu i też jest dobrze :)]. Wróciłam więc na chwilę do domu zagrzać się w ciepłych skarpetach i ulubionej bluzie. A potem szybko się zebraliśmy i pojechaliśmy (samochód + prom) na Bømlo – rodzinny weekend, o którym w następnej notce. Ale zanim ona, to jeszcze odcinek specjalny podcastu dra Sheldona Coopera:

FUN WITH FLAGS!
Norweska flaga, jaka jest, już dobrze wiecie. Bardzo ją tutaj Norwedzy lubią i dość popularne jest posiadanie masztu flagowego w ogródku. Wiąże się to jednak z pewnymi obowiązkami – trzeba wywiesić flagę na święta narodowe, ale tylko od świtu do zmroku (albo godz. 21), na co dzień można mieć wywieszoną taką wstęgo-flagę. Popularne jest tez dość wywieszanie flagi w domkach (letniskowych/górskich) przy czym też trzeba pamiętać o ściąganiu jej na noc. Wszystko to z szacunku, zastanawia mnie więc dlaczego produkuje się ciuchy (np bikini czy szale ale tez inne z naszytą małą flagą) z motywem flagi. Tzn o mnie za mnie to mi to nie przeszkadza, zastanawia jedynie.

 

yeah!

10 maj

czwartek
Po 1,5 tygodnia od zepsucia klawiatury okazało się, że mamy w domu taką na USB i nareszcie mogę wrócić do normalnego pisania ^^ Średnio jest wygodna i ma dziwny układ (używam obu jeszcze teraz ale powoli rozgryzam system), ale zawsze to lepsze niż posiłkowanie się ekranową… Nie jestem pewna czy nie stracę (przedłużonej na 3 czy 4 lata za spore pieniądze) gwarancji jeśli sobie rozkręcę laptopa – dlatego chyba nie podejmę się próby naprawienia tego póki co. To doświadczenie 1.pokazało mi jak takie pierdoły potrafią uprzykrzać życie 2. utwierdziło mnie w przekonaniu, że jestem straszną gadułą – kto by pomyślał jeszcze parę lat temu… nie?

No to teraz Wam opowiem jak to z moim choróbskiem było.
W poniedziałek napisałam taką ładną notkę o tym, jak to cieszę się różnymi rzeczami – spotkaniami ze znajomymi, górami, nowymi smakami, muzyką i w ogóle codziennością. W ciągu tych dwóch tygodni (nota bene zaraz po napisaniu tejże notki) jak powaliło mnie choróbsko – nie mogłam cieszyć się żadną z nich. Zapomniałam, że istnieje turystyka górska i że kiedykolwiek biegałam, nie miałam apetytu ani siły na gotowanie, słuchanie muzyki było zbyt męczące, a nawet drażniące, przestałam nawet bywać tyle na facebooku (szczególnie po zepsuciu klawiatury) i oczywiście nie mogłam się z nikim spotkać na żywo (co prawda i tak mi Marta do Polski wyjechała), a nawet unikałam kontaktu z domownikami. Moje obowiązki zostały ograniczone do minimum, a w niektórych dniach nawet do zera i oczywiście nie chodziłam do szkoły. Najpierw było to tylko paraliżujące zmęczenie, senność i obolałość taka grypowa, po paru dniach (jak już byłam pewna, że po weekendzie wracam normalnie do życia) doszły mi do tego objawy przeziębieniowe, a na końcu bezsenność i uczucie ‚niedobrze mi’. Za oknem przez te 2 tygodnie było dość nieciekawie: na zmianę deszcz, grad, raz nawet śnieg, jedna jedyna ładna sobota się zdążyła ale niemożność wyjścia na zewnątrz spotęgowała jeszcze mój smutek… 2 tygodnie praktycznie wyjęte z życia, zawieszone w jakiejś totalnie innej rzeczywistości: większość czasu przesypiałam, w ciągu paru pozostałych godzin dziennie wegetowałam – udało mi się obejrzeć 12 zaległych odcinków BBT, kilka filmów (niestety większość z nich mnie w sumie zdołowała) i przeczytać książkę – zdobyłam się na szczyt ambicji i filmy oglądałam w większości w oryginale – żeby poćwiczyć angielski (amerykański, brytyjski i irlandzki). Z książką tak samo (irlandzki) i jestem zdziwiona, że tak szybko się z nią uporałam – była zupełnie inna niż się spodziewałam (po tytule :P w sumie kupiłam ją tak o) ale wciągnęła mnie bardzo i pewnego dnia postanowiłam doczytać do końca (mimo wrażenia, że zaraz oczy wypłyną mi z oczodołów i pobrudzą książkę…) i doczytałam. Jedynie dlatego nie uważam, że ten czas był kompletnie stracony. Bo 2 tygodnie to dużo – niektórzy zdążyli zaliczyć w tym czasie stopa do Macedonii i w ogóle. Ale czy czegoś mnie to nauczyło [Filozoficzne pytanie musi być!]? Odrobinę cierpliwości i pokory – nie zawsze jednak mogę wszytko i czasem po prostu muszę dać sobie czas i się sobą zaopiekować.

piątek
Ale wracam powoli w tym tygodniu do siebie. Byłam w niedzielę na mszy, we wtorek spotkałam się na chwilę z Martą w jej okienku i z okazji moich zakupów (fajnie, że odkryłyśmy ta lukę w czasoprzestrzeni ^^), w środę w szkole, a wczoraj… Wczoraj zaczął się długi weekend (Wniebowstąpienie jest tu dniem wolnym od pracy o dziwo, w Polsce mamy je przeniesione na niedzielę) i po mszy Martusia ugotowała dla mnie pyszny obiad, a po obiedzie jakoś tak wyszło, że mi się zostało u nich, bo z okazji urodzin ich znajomego dziewczyny zrobiły małą bibę i ostatecznie wróciłam do domu o północy, nie gubiąc pantofelka. Cały weekend nasz będzie się teraz kręcił wokół rodzinnego (w szerokim pojęciu) świętowania urodzin Anne – zapowiada się co najmniej fajnie :) Tego mi było trzeba, a więc jednym słowem: odżywam. Chociaż ta pogoda nas coś oszukuje i nawet sporadycznie zdarzające się, ładne poranki, okazują się wzbudzać nadmierny optymizm względem reszty dnia, który potem zderza się boleśnie z zalewającą nas falą deszczowego rozczarowania. Ale damy radę to przetrwać [btw marzą mi się słoneczne i ciepłe wakacje nad morzem...] – yeah!

chociaż… robi się (chwilowo?) ładnie! spacer?!

 
 

„Pijcie piwo!

07 maj

…Picie piwa zapobiega rozlaniu się piwa na klawiaturę.”
Boleśnie się przekonałam, że z Coca Colą jest dokładnie tak samo… Posprzęgały mi się niektóre klawisze (np. tb yn {? spacja+backspace) i psychicznie nadal nie mam siły się brać za próbę naprawy tego dziadostwa. Wspomaganie się ekranową klawiaturą jest koszmarne i szlag mnie już trafia dlatego ograniczam wszelkie pisanie i tu też będzie krótko. Gaduła się uczy pokory… A dużo bym chciała napisać o minionych 2 tyg, ale powiem tylko, że powoli zdrowieję – zostało mi już tylko przewlekłe zmęczenie połączone z bezsennością (…), uczucie ‚nie dobrze mi’ i lekki ból gardła. Luzik.
No to pozdro i w ogóle.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 
 

  • RSS