RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2013

a gdyby tak…

27 kwi

gdybyś tak nagle miał(a) nieograniczone możliwości, mógł (mogła) zrobić ze swoim życiem cokolwiek zechcesz i to w dowolnym miejscu na świecie…
co by to było?

[chwilowo nie zadaję sobie tego pytania, bo chora jestem wciąż albo i jeszcze bardziej i aktualnie nie mogę zrobić prawie nic. serio. ale za niedługo chyba znów się z nim zmierzę... tak naprawdę nigdy nie przypuszczałam, że takie pytanie może się stać realne w moim przypadku.]

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

le parkour

24 kwi

W sumie zawsze chciałam spróbować tej dyscypliny… Co prawda zawalające się pode mną płoty są chyba znakiem, że nie powinnam, no ale… :P Zaczęłam jednak od jego dość specyficznej odmiany ‚depression parkour’ się nazywa i rysunek poglądowy macie poniżej. Trenuję od wczoraj właściwie dopiero, a już tak mi się spodobało, że dziś (aż wstyd się przyznać) zrobiłam sobie wagary i trenowałam ostro w godzinach 7:40-13:00 (pobijając ponad 2x swój wczorajszy czas) [btw dzięki wagarom udało mi się odebrać paczkę i dzięki temu mój luncz składał się wawelskich czekoladek, co by nie], [z resztą gdzie ja bym niby miała wychodzić - wieje, leje albo sypie gradem...]. Ponieważ jestem początkująca, muszę się wspomagać substancjami dopingującymi tzn mieszanką HCl pseudoefedryny + paracetamol na przemian z kwasem acetylosalicylowym.
Ale tak naprawdę to sama sobie jestem winna – nie trzeba się było chwalić w poniedziałek, że ten skandynawski klimat mnie zahartował i już dawno nie byłam chora i do tego nie odpukać w niemalowane – no głupia ja, głupia. Mam jednak nadzieję, że nie osiągnę takiego stanu jak w grudniu – podczas żołądkowej gorzkiej grypy… Bo ja tak naprawdę to lubię być produktywna, serio. Chociaż po raz kolejny uświadamiam sobie, że takiej idealnej pracy, tak dostosowanej do moich potrzeb, jak ta, to już chyba nigdy i nigdzie nie znajdę… Może zostanę tu jeszcze?

parkour

Yeah!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

„…nie narzekam, bo dobrze mi jest”

22 kwi

Mam dziwne wrażenie, że zeszłoweekendowa impreza miała miejsce jakieś wieki temu… A jakoś sobie nie przypominam żebym w międzyczasie była w Narnii albo odkryła Gwiezdne Wrota. Dziwne to uczucie, jednak niespodziewanie w tymże międzyczasie dostałam propozycję zaproszenia znajomych do siebie w weekend (po raz najpierwszy- tak, tak), gdyż albowiem rodzinka wyjeżdżała do znajomych na farmę (oglądać małe owieczki między innymi). Ponieważ się złożyło, że pogoda była znośna (czyt. nie padało, ale wiało jak skurczybyk i było dość chłodno) pomyślałam sobie, że można się przejść na moją Løvstakken (po raz 5-ty) i to tym razem wreszcie nie w pojedynkę (tak mi się to marzyło no, a marzenia trzeba spełniać jak się tylko nadarza cień okazji). Po wielkim planowaniu, dogadywaniu się, pytaniu ludzi itd, ostatecznie w góry poszłyśmy we 3 :P Ja, Marta i Linda. Po drodze zdałyśmy sobie sprawę, że polsko-niemiecka wycieczka w góry w dniu urodzin Führera – to jednak jest coś ;) Potem dołączyła do nas jeszcze Anne-Marie (ta z Kanady) i spędziłyśmy fajny, babski (no bo Yves w końcu nie dotarł) wieczór z pizzą, filmem (fajna komedia romantyczna, którą poleciłabym także facetom: ‚I love you, man’) i JustDance4 połączonym z karaoke, które nam z Martusią przeciągnęło się prawie do 4 nad ranem (…) i tym sposobem niedzielne śniadanko zjadłyśmy ok 13… Tak, ogólnie było bardzo romantycznie ^^ Wszystkie stwierdziłyśmy, że nam tego tutaj tak strasznie brakowało i troszkę szkoda, że się za nawet nie 2 miesiące rozjedziemy w 4 strony Świata. Ale może się znowu spotkamy z okazji jakiegoś Taize czy coś ;)
Generalnie dziś znowu odczułam, że Monday Morning po takim weekendzie boli podwójnie, a jak się pogoda robi znowu taka lousy to już całkiem… W następny weekend Marta z rodzinką leci do Polski, Wy chyba macie jakiś jakiś długi weekend w Polsce, niektórzy się będą uczyć do matury… a jadę na Bømlo :) ale do następnego weekendu jeszcze znowu całe wieki, na przestrzeni których zdarzyć się może dużo ciekawego życia ^^

Chciałam się jeszcze pochwalić, że w ciągu minionego tygodnia (nawet nie wliczając tych cudów na urodzinach Rebecci) odkryłam kilka nowych smaków :) Tzn. zasadniczo to to odkrywanie się dzieje stale, ciągle gotuję albo próbuję czegoś nowego, ale ten tydzień jakoś tak wyjątkowo mnie uraczył, albo wyjątkowo mam się ochotę pochwalić ;) To tak:
1. smoothie bananowo – jagodowy
2. naleśniki z pesto i żółtym serem (a Marta mnie natchnęła jak je jeszcze ulepszyć ^^)
3. ice tea jakaś taka czerwona z granatem
4. niedobra, chociaż ekskluzywna szkocka
5. za to dobre, kobiece, różowe, chilijskie winko Santa Carolina
6. czekolady z Wedla z serii Maestria <3
7. svele – no to akurat nie nowość ale polecam – lepsze niż racuchy, bo całkiem bez tłuszczu – przepis tu
8. a dziś na obiad kuskus z łososiem i warzywami
9. a do szkoły Marie przyniosła home-made muffinki z jagodami ^^

Ogólnie to miałam coś więcej popisać notek kulinarnych i wiele innych ale jakoś się nie mogę zabrać… A dziś też już nie mam nawet ochoty się zastanawiać nad swoim życiem, ani mówić innym ludziom jak mają żyć, więc chyba się zaszyję gdzieś z gorącą, mleczną BOH i wrócę do czytania mniej poważnych książek, nie patrząc na to, co się dzieje za oknem. Wracam też do Eda S. i Gabrielle A. (i pokrewnych nastrojowo, proponowanych przez YT) – sprawdzają się na takie dni. Mimo, że w ostatnich tygodniach królowały na mojej playliście bardziej energetyczne kawałki od Of Monsters and Men i Imagine Dragons oraz niezmiennie Fun. A co do tytułu notki to oczywiście klik

Żyjcie mocno. Do zaś.

ps: och! jaka mi ładna, jagodowa klamra kompozycyjna wyszła! w sumie powinnam napisać ‚borówkowa’ bo jagodą de facto jest też pomidor… ale za to przypomniałam sobie, że miałam obejrzeć ‚Jagodową miłość’ już jakieś dawno temu…

 
 

An Unexpected Party

14 kwi

Zasadniczo nie zdarza mi się być spontanicznie, kilka godzin wcześniej, zaproszoną na imprezę urodzinową w gronie 8 Filipinek (z których wcześniej poznałam 3) i jednej Tajlandki. W sumie to raz mi się zdarzyło, no :P Wczoraj, i pewnie jestem zaskoczona tym tak samo jak Wy. Rebecce z mojego pierwszego kursu norweskiego stuknęła 30-tka i niespodziewanie zaproszenie dotarło też do mnie :D Dla nas dwóch filipińska większość starała się używać angielskiego zamiast tagalog’a/u i połączyło nas jeszcze to, że chyba wszystkie wyglądamy młodziej niż twierdzą nasze dokumenty. No i wszystkie pracujemy jako au pair. Było mnóstwo, mnóstwo bardzo dobrego jedzenia, everlasting karaoke [Duduś... a mogę sobie u Ciebie jakieś korki z niego zamówić jak już wrócę?], tańce, hulanki i w ogóle – to teraz już wiem jak się imprezuje po filipińsku. Lepiej też rozumiem dlaczego tequila = to kill ya. Generalnie takie imprezy to mi się bardzo często nie zdarzały nigdy, ale tu to już wcale, więc trochę nie mam wprawy (ale kaca w sumie o dziwo też nie). Dodatkowo na drodze powrotnej (dziś w okolicy 13:00…) zaatakował (totalnie na to nieprzygotowaną) mnie i pożyczoną parasolkę (poległa w boju…), taki paskudy wiatro-deszcz, co się zrobił teraz jeszcze gorszy [i nie wiem jak ja mam do kościoła się dostać, nie przemaczając się totalnie po drodze]… Widać nasza ulubiona, typowa bergeńska pogoda wróciła – ma lać tak minimum tydzień. Nareszcie będę miała na co narzekać :P Także odpoczywałam już z Kotem w Butach, obecnie obok tańczących do Just Dance 4 moich dziewczynek. Bardzo mi się nie chce zadania domowego odrabiać więc pewnie znowu zrobię je jutro rano, na szybko przed wyjściem do szkoły. Albo i wcale.

Podsumowując: chyba lubię spontaniczne imprezy bardziej niż Mr Baggins ;)
I to tyle na dziś o moim nudnym życiu ;)

ps: Doszłam również (empirycznie) do wniosku, że malowanie pazurów w autobusie… na ciemnoczerwono… a do tego nie zabranie zmywacza… to generalni bardzo głupi pomysł. No. Dlatego jakby co, to nie polecam ;)

foto pt. ‚I feel so blond’ ;)
Image and video hosting by TinyPic

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

Hlynur i skandynawski romans

10 kwi

Aż do poniedziałku żyłam w przekonaniu, że nazwa grupy kabaretowej „Hlynur” jest po prostu śmiesznie brzmiącym i raczej przypadkowym zlepkiem liter. Nigdy też nie zadałam sobie trudu żeby sprawdzić czy tak jest faktycznie. W poniedziałek ruszył nasz następny kurs norweskiego (na poziomie B1-B) i poza nami trzema (Hala z Algierii i Marina z Grecji), któreśmy się ostały z poprzedniej grupy, dobyło nam kilka nowych osób: Stridewi – Indie, Marie – Kanada, Anne-Lise – Finlandia i… Hlynur. A więc Hlynur jest imieniem pana pochodzącego z Islandii! No proszę… Nie udawajcie żeście wiedzieli. Nie udawajcie też, że wpadliście już wcześniej sami na to, że w roli spódnicy może wystąpić szary koc polarowy obszyty na czerwono…

No ale przypuszczam, że wątek romansu interesuje Was jeszcze bardziej, w końcu nie jedno z Was twierdziło jeszcze przed moim wyjazdem (a może i nadal tak twierdzi), że wyjeżdżam do Norwegii żeby sobie jakiegoś osobnika płci męskiej (żeby nie powiedzieć ‚samca’) upolować. Raczej Was jednak tym nie usatysfakcjonuję, dlatego też nie będę już dłużej trzymać skeczu pt. „Skandynawski romans” (kabaretu Hlynur ^^) na lepszą okazję. [Sam Hlynur z resztą, pomijając już nawet fakt jego zaobrączkowania, wygląda dokładnie tak jak się nazywa, więc sami rozumiecie...]. Czekoladowo-owocowe randki i sypianie z Martą się również zupełnie nie liczą ;) A przynajmniej nie w tym sensie.
Co do samego skeczu to odkryliśmy go z Kamilkiem jakieś 2 lata temu (albo i dawniej) i miałam głęboką nadzieję, że zrobi większą furorę podczas Wielkanocy niż zrobił… No ale to podobno wynika z faktu, że jeśli się tu mieszka dłużej i zna sporo Norwegów, to stereotypy się rozmywają jakby tonęły we mgle nas zatoką Norgdewydemyte ;) Ale mnie to nadal bawi :) Dobra, macie już: link

PS: przestaje być powoli aż tak strasznie suchooo, wow.

 

anomalie, czyli porozmawiajmy o pogodzie… (edytowany!)

06 kwi

Ponieważ jestem totalnie i boleśnie POGODOZALEŻNA, temat ten uważam za ważny. No i niewątpliwie jest on ostatnio bardzo na czasie ze względów wiadomych… A czy pisałam już, że w Singapurze zamiast tematu pogody (jako konwersacyjnego icebreaker’a czy tematu zastępczego) rozmawia się o… parkowaniu? Serio, bo pogoda tam jest niezmienna, a z parkowaniem zawsze są jakieś problemy…

O tym, że w Norwegii wiosna hula już od dawna, jest słonecznie i stosunkowo ciepło (pomijając nawet fakt, że ostatnio w kuchni mi temperatura dobiła do 27°C, a ogrzewanie z czujnikiem uznało, że nie potrzebujemy żeby pracowało w ogóle) – chwaliłam się nie raz, ku waszej, zapewne, zazdrości. Potraficie mi jednak się odwdzięczyć za tą wredność moją i wysłać mi zimę z Polski… Tak, taką mam teorię, ponieważ śnieg zaczął padać ostatnio niespodziewanie (i póki co tylko wtedy oraz po dłuższym okresie nieobecności) w niedzielę wieczorem – w dniu kiedy dostałam maila ze zdjęciami zimy u was i wczoraj wieczorem – po dostaniu paczki z Cieszyna. Tak jakby chmura śniegowa podążała wiernie za paczką, jak chmurka deszczowa za Kłapouchym… Ponadto zauważyłam, że ilość śniegu jest wprost proporcjonalna do rozmiaru przesyłki: mały mail wywołał chwilowy opad, który stopniał następnego dnia do południa; paczka była znacznie większa – to i śnieg padał od wczoraj kilka razy już – mimo, że termometr dziś śmiał twierdzić, że na zewnątrz jest 6°C NA PLUSIE. W sumie mogłabym się wkurzać, choćby o to, że nie mogłam dziś iść pobiegać, ale mam nadzieję, że z tego powodu chociaż wzrośnie wilgoć w powietrzu… Wcale mnie nie cieszyło, co prawda, że Bergen należy do najbardziej deszczowych miast świata, ale aktualnie (deszcz nie padał prawie wcale od 4 miesięcy, co jest ekstremalną anomalią) jest tak sucho, że nawet zapijanie jednego napoju kolejnym (i to wcale nie koniecznie wyskokowym) wcale mi nie pomaga na zaschnięte gardło i jamę ustną – mam wręcz wrażenie, że nawet woda zrobiła się już sucha! Smarowanie dłoni wielokrotnie kilkoma kremami super-nawilżającymi do bardzo suchej skóry też już wcale nie niweluje ich wysychania i pękania… aż do krwi. Dodatkowo bańki mydlane na suchym powietrzu bardzo szybko pękają, a żeby tego było mało, to okazuje się, że wywołuje to poważne problemy ekonomiczne – link.

Serdecznie życzę Wam wiosny!
Ale polecam też przestać narzekać i zacząć żyć zasadą typowo norweską, że ‚nie ma czegoś takiego jak zła pogoda, jest tylko nieodpowiednie ubranie’. To pomaga. A tymczasem muszę się napić.

edited 7.04:
No nie no – muszę Wam to pokazać:
koegzystencja stanów przeciwstawnych
Apogeum szaleństwa atmosferycznego dziś. Tzw. clear blue sky współistniejące z ciężkimi śnieżnymi chmurami zasypującymi nas gęstym śniegiem na zmianę z drobnym gradem – a wszystko to przy temperaturze +7°C. W dodatku wilgotność powietrza nie wzrosła wystarczająco i wciąż, a nawet coraz bardziej (mimo ciągłego i uporczywego stosowania środków zaradczych – wywołujących niepożądane skutki uboczne, bo w końcu życie to nie bajka, a ja zawsze miałam problem z przyjmowaniem dużych objętości płynów…) czuję się jak ryba brutalnie wyciągnięta z wody i zostawiona na słońcu, albo roślinna komórka ulegająca plazmolizie… :/
Ale to żeby tylko dziś pogoda… Przychodzę na polską mszę, a tu ksiądz (Wietnamczyk żeby było śmieszniej) mówi po norwesku, lud po polsku zaś odpowiada, śpiewa i czyta… Bo nasz wielebny w Afryce chwilowo (aaa! znalazłam wczoraj bilety z Oslo do Nairobi za niecałe 1000zł!). Potem kawa w bardzo międzynarodowym towarzystwie – po angielsku tym razem (biedny Yves-Michel słuchający 4 bab trajkoczących zawzięcie, jedna przez drugą, o swoich szalonych pomysłach…), a po powrocie do domu Zaplątani po norwesku (po raz 5-ty w ogóle – nigdy żadnego filmu nie widziałam tyle razy od początku do końca… Nawet LOTR. I niby powinnam nadrabiać swoje okropne zaległości filmowe, ale no jakoś zawsze tak wychodzi [i zwykle coś się potem wydarza dziwnego - typu porwanie albo i spadanie z łóżka piętrowego na główkę...]… A TA piosenka… Za to dubbing może ok, ale brakowało mi Maćka Stuhra w roli Dawida Sss… znaczy Flynna/Juliana ;)

Szaleństwo bywa męczące, a w dodatku od jutra (po 3 błogich tygodniach przerwy) znów szkoła – dlatego, mimo że jest jeszcze jasno [20:39... zmiana czasu rozregulowała mi całkiem biorytm...], jak tylko A&A wrócą z yogi w 40°C i opowiedzą mi o wrażeniach i zjemy jakiś kveldsmat – idę spaaać.

____
ej.. niektóre kalendarze twierdzą, że mam dziś podwójne imieniny (o!).. może taki dzień to po prostu w ramach prezentu?!
____
a na deser: bezsenność – wprost wybornie!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

wgniotło mnie w fotel

04 kwi

krótko będzie:

http://marzenaerm.blogspot.no/
– zostawcie wszystko i poświęćcie trochę czasu na przeczytanie od początku do najświeższej notki. Warto – to mało powiedziane. Dobranoc.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Exciting news

 

Dobre Święta (wersja zaktualizowana)

02 kwi

to były. Nawet bardzo. Szczerze mówiąc przeżyłam je lepiej niż większość poprzednich. Były zupełnie inne – bez dużego kościoła i liturgii z rozmachem, za to o wiele bardziej osobiste i wymagające zaangażowania – czasem nawet w takie drobiazgi jak aktualizacja paschału (czyt. przerobienie 2 na 3… ;)
Zupełnie to jest inaczej kiedy się ‚zdobędzie’ księdza na święta – jedynego w promieniu kilkudziesięciu km.
Święta w ‚rodzinie zastępczej’, która ugościła poza mną jeszcze księdza Marka (ze spływów się znamy^^) i przyjaciela rodziny – Bodka. Mam tylko nadzieję, że moja rodzinka nie ma mi za złe tego, że nie przyjechałam do domu – nie macie, prawda?
Święta (i czas przed nimi) z dobrym jedzeniem tradycyjnym i polskim i norweskim i nie tylko (bo i żurek i łosoś i sushi i gulasz z renifera i mnóstwo innych dobroci – tona pysznych ciast zaległa mi w żołądku i spowodowała tzw. ciążę spożywczą…). No i nasz ulubiony dzbanek, ach!
Do tego wszystkiego piękna, wiosenna pogoda (pomijając drobny incydent śniegowy), pogawędki i rozmowy, spacerki, wieczory filmowe i… spełnione kolejne marzenie! Marzyło mi się odwiedzić Lofthus czyli miejscowość w której spędziliśmy wakacje w ’97 i gdzie zakochałam się w Norwegii, nie myślałam ale, że będzie to możliwe w najbliższym czasie, no bo przecież nie po drodze… No ale pojechaliśmy odprawić mszę w Oddzie (widziałam tego naszego konia pomnikowego!), a stamtąd do Lofthus już niedaleko… Kemping stoi, dom pani nerwowej-Berwowej (Børve się bodajże nazywa tak na serio) też się jeszcze trzyma, nawet chyba wybetonowali na nowo ten taras wyłażący prawie na ulicę, z którego machaliśmy przejeżdżającym samochodom i autobusowym wycieczkom emerytów; podwórko, na którym urządzaliśmy konkursy ‚kto będzie mył dłużej zęby’ też się wiele nie zmieniło… Jak dobrze jest wracać w takie miejsca! ^^

Dziękuję Wam serdecznie!!!

Podsumowując: cudnie jest! ;) [psychiatrzy mają na ten stan swoje określenie... a w końcu były to święta w Valen, w sąsiedztwie szpitala psychiatrycznego i pod stałym nadzorem lekarza :P]
A jutro to se chyba na Løvstakken skoczę (po raz 4), [na weekend się plany zmieniły - zostajemy w Bergen - podobno może nawet padać deszcz... wow.]

NORWESKIE ZWYCZAJE ŚWIĄTECZNE
O tym zapomniałam napisać. Nie ma tego zbyt wiele, szczerze mówiąc. Tak czy inaczej ferie świąteczne trwają w szkołach od weekendu przed Wielkim Tygodniem do Poniedziałku Wielkanocnego włącznie i z ich okazji życzy się ‚God Påske!‚. W pracy większość osób bierze wolne na ten cały czas. Sklepy zamykane są na Czwartek i Piątek, otwierane na Sobotę i znów zamykane na Niedzielę i Poniedziałek. Ponieważ Norwedzy nie są w większości specjalnie religijni – czas ferii oznacza wypad na narty i wycieczki w góry – obowiązkowy zestaw wycieczkowy obejmuje parówki i kvikk lunsj [kwik luncz] oraz pomarańcze. W Niedzielę zwykle je się baraninę, a do słodyczy wielkanocnych należą m.in. duże papierowe jajka wypełnione mieszanką czekoladek, żelek itp. [własnie dostałam jajo czekoladowe z jakimś białym, słodkim i puszystym nadzieniem w środku ^^]. Najbardziej jednak zaskoczyła mnie tradycja tzw. påskekrim czyli kryminałów wielkanocnych… Tak. Z jednym z nich zetknęłam sie ponieważ zagadka kryminalna była umieszczona (w postaci komiksu) na kartonie z mleka klik. Skąd to się wzięło? A przeczytajcie se TU.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Sentymenty, Życie codzienne

 
 

  • RSS