RSS
 

Archiwum - Marzec, 2013

zrobiłam to

29 mar

byłam w spowiedzi.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Exciting news

 

takie tam

21 mar

Co prawda wciąż (albo i jeszcze bardziej) nie mam weny, ale co mi tam – będzie notka o sprawach bieżących, o. Żeby nie było, że blog umarł, czy coś.

1. ‚Służbowe’ wyjście do kina na bajkę (The Croods) zawsze spoko, a wczoraj ‚zabrałam’ Anne i dziewczynki na przedstawienie Marty (Alice i Eventyrland) i poza tym, że dobrze się bawiłam patrząc na grę młodych aktorów z jej klasy teatralnej – wreszcie doszło do spotkania ‚moich’ obu tutejszych rodzin :)
Dzięki wielkie, Martuś, za zaproszenie!
Dostałam też zaproszenie (w sumie to nawet kilka ich) do Valen na ferie wielkanocne – strasznie się cieszę i strasznie dziękuję bardzo! :D

2. W pon wbiłam 3-ci level z norweskiego (B1-A) i mam przerwę aż do 8 kwietnia :)

3. Byłam w górach. I to 2 razy w ciągu kilku dni, na tej samej, naszej górze. Tzn. mieszkamy de facto na jej zboczu – Løvstakken się nazywa i TAK wyglądają z niej widoki. Ma 477 m.n.p.m i widać z niej… właściwie to nie wiem czy bardziej Morze Północne, czy Ocean Atlantycki. Za pierwszym razem była to wycieczka rodzinna – z dziećmi i dziadkami włącznie, a więc głupio by było spuchnąć :P Wczoraj poszłam sobie tam sama (żałuję, że nie zrobiłam tego dziś, bo pogoda jest znacznie lepsza – słońce, prawie bezchmurnie i wierzę, że na szczycie jest więcej niż wczorajsze -4) i cieszę się, że tym razem też jakimś cudem (chyba w porę sobie przypomniałam o prawdopodobnym istnieniu Anioła Stróża) wróciłam cała i zdrowa. Nie dość, że stromo to jeszcze spora część trasy oblodzona tak, że trzeba wynajdywać wystające z lodu kamienie i kępki i chwytać się drzew i tak się czasem lądowało na czterech literach… Ale przeżyłam. I pójdę tam jeszcze nie raz.

Czyli, że ogólnie dobrze jest. No i uderza mnie przez to strasznie świadomość, że jestem coraz bardziej rozpieszczona, rozpuszczona i zachłanna. Jestem TU i naprawdę się tym cieszę, ale CHCĘ być też TAM, i TAM i TAM… i jeszcze TAM! Marzenia mi się strasznie rozhulały od kiedy zaczęłam na nowo wierzyć w ich spełnienie i teraz pędzą nieokiełznane jak dzikie mustangi przez Śródziemie… Dlatego nie powinnam oglądać klipów takich jak TEN… nie?

aha! Co do planów na przyszłość dalszą: natchnęło mnie dziś, że chyba zrobię doktorat z ewolucjonizmu. Odkryłam bowiem, że bałagan w moim pokoju ulega ewolucji, która polega na tym, że sterty ubrań zmieniają strukturę, rosnąc przy okazji, mnożąc się i zasiedlając nowe nisze… Fascynujący obiekt badań, a zagadnienie prawie tak ciekawe jak mój eksperyment psychologiczno-termodynamiczny z czerwca ubiegłego roku…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

akurat dzisiaj

08 mar

Dzisiaj mija dokładnie pół roku od mojego przyjazdu do Bergen. Wow i w ogóle! Ta okazja zasługuje zapewne na jakieś przesycone patosem refleksyjne podsumowanie, nie chce mi się jednak w tej chwili go pisać… Ale MOŻE jeszcze się zbiorę w sobie i coś szkrobnę później.

Właśnie później, bo dziś się zaczyna weekend z Taize w Bergen, na który strasznie czekałam, a dziś mi jakoś osłabł zapał. Być może z tej okazji wrzucę b. zaległą (i b. długą) notkę o Taize w Rzymie, ale jeszcze wymaga ona edycji.

Tymczasem idę robić naleśniki i ciasteczka bananowe.

A tak w ogóle to ładna pogoda jest. Słońce świeci, kilka stopni na plusie w środku dnia, że aż na spacer się można przejść albo pobiegać…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

Siedem sobót i znalezisko

03 mar

Wiszę Wam (i sobie) re(we)lację z ferii zimowych, które już się własnie kończą niestety. Oto ona:

W sobotę poprzednią zrobiła mi się niedziela – z książką, z piknikiem na świeżym powietrzu (wyjątkowo słonecznie) i mszą.
Później nastąpił ciąg sobót. Siedmiu. W pierwszą z nich spakowaliśmy się zaraz po śniadaniu i wyjechaliśmy w zimę, która w Bergen wyglądała na skończoną (albo przynajmniej zbliżającą się do końca). W Kvamskogen zima w pełni. I jakby nie to, że Eva zapadła na grypę to i rodzina byłaby w komplecie tzn. poza nami (Anne, Adilem, Johanną i Julią) był morfar Reidar, siostra Anne z rodziną (czyli Vibeka z Torsteinem, Live i Niklasem) – ogólnie ładna banda. Nie będę opisywać każdego dnia, w każdym razie codziennie po pierwsze – wysypiałam się do oporu, wstając tuż przed albo już nawet po śniadaniu (9-10 rano), którego nie miałam obowiązku przygotowywać. Bo miałam mieć ferie i tym sposobem większość z moich: ‚can I do anything?‚, spotykała się z odpowiedzią: ‚Yes. Sit down and relax…„‚, no to no. Czasem tylko udawało mi się pomóc cokolwiek, ale zasadniczo czułam się jakbym wróciła do wczesnego dzieciństwa, gdzie beztrosko sobie wstaję rano, niczym się nie muszę przejmować, czeka tylko na mnie bardzo fajny plan na dobry dzień… Wiem, naprawdę jestem już okrutnie rozpieszczona i rozpuszczona… W drugą z sobót uznałam, że jednak… kocham zimę. (Wreszcie zrozumiałam fascynację Basi M. tą porą roku) Ale taką zimę: lekki mróz, ostre słońce. Tak naprawdę kiedyś, jakieś pół życia temu, chyba kochałam ją właśnie w ten sposób. Wciąż nienawidzę zimy mokrej, ciemnej i przeszywającej chłodem. Ale takiej tam nie zaznałam. Było cudownie. No i w taką pogodę, w środku dnia, można było spędzić kilka ładnych godzin na zewnątrz. Wycieczki bardziej piesze (albo z sankami – tu określenie ‚iść na sanki’ zostało u mnie przedefiniowane, albo dodefiniowane – teraz znaczy także kilkugodzinny spacer w górach z możliwością zjechania co jakiś czas kilkadziesiąt albo i set metrów w dół), wycieczki na biegówkach. I tu muszę przyznać, że mój sceptycyzm w tej kwestii był zupełnie nieuzasadniony i niepotrzebny. Nie próbowałam nigdy tego rodzaju nart i w mojej główce było zakodowane, że są one raczej przeznaczone do spacerów po płaskich terenach. No tu (w Kvamskogen) generalnie płasko nie jest, ale tras na biegówki jest mnóstwo i ludzi ten sport uprawiających spotykaliśmy co chwilę. Nie sądziłam też, że mając te narty na nogach można wchodzić na bardziej strome góry, co zrobiliśmy w 6-tą z rzędu sobotę właśnie. Widoki niesamowite – biel, przestrzeń, widok na fiord Hardanger na przykład. I świeże powietrze oczywiście. Jeszcze bardziej niż z tego, że wlazłam na górę jestem dumna z tego, że udało mi się w 1 kawałku znaleźć z powrotem na dole. Mój styl jazdy określiłabym jako odmianę Stylu Rozpaczliwego pt. ‚Trying to stay alive‚, ale fun był, Fun. też nawet. Wszytko było ‚lovely, lovely, wonderful, wonderful…‚ i przez ta pogodę i aktywność momentalnie zapomniałam jak zdechle się czułam jeszcze w czwartek i piątek przed wyjazdem… Tak naprawdę nie nastawiałam się na jakąś wzmożoną aktywność fizyczną, bardziej jechałam tam z nadzieją na oderwanie się od internetu, przemyślenie niektórych spraw (czego ostatecznie nie zrobiłam), nabranie dystansu. Ale z Norwegami to się tak nie da – oni kochają być aktywni, być na zewnątrz i z trudem wybroniłam się przed spróbowaniem nart downhillowych i snowboardu. Popołudnia i wieczory spędzałam głównie czytając do oporu czyli aż całkiem zmęczyły mi się oczy (już i tak zmęczone – nie sądziłam, że aż tak będzie mi brakowało okularów przeciwsłonecznych…) i mózg (z czytania i z norweskiego, z którym się zmagałam przez cały dzień) czyli zwykle w godzinach 21:30 – 23 – i szłam się potem porządnie wyspać. Dlatego najbardziej przeraża mnie to, że po tych wszystkich sobotach, na jutro zapowiadają poniedziałek w dodatku z pobudką o 6 rano. Ała, ała, ała. Ale podsumowując ferie: było cudownie, lepiej niż się tego spodziewałam, ach i och!

Dobra teraz o znalezisku.
Pewnie już nie pamiętacie jak 1,5 miesiąca temu pisałam, że Julia posiała gdzieś swój iPad i za cholerę nie możemy go znaleźć… W ciągu tych paru tygodni została o tym powiadomiona cała rodzina i chyba większość znajomych, także sprawa niebagatelna. No więc przetrząśnięty został cały dom z góry na dół, włącznie z kuchnią i łazienkami, a jeszcze wczoraj Adil sprawdzał w pudłach z ozdobami świątecznymi. Tak naprawdę to jemu najbardziej spędzało to sen z powiek, nawet podczas pobytu w Tanzanii. No i dziś, próbując zebrać w sobie siły witalne potrzebne do zwleczenia się z łoża mego… kątem oka zobaczyłam, że coś mi leży pod szafką. Szok był to dla mnie niezły. Bo swój pokój też sprawdziłam, i w szafkach i w ogóle przecież odkurzałam i myłam podłogę tyle razy już… No i jak on się tam w ogóle?! Tak czy siak znalazłam! I teraz wszyscy po kolei się o tym dowiadują, wprowadzone zostają dodatkowe reguły użytkowania tego rodzaju sprzętów przez dziewczynki, a Adil, jak sam to określił, ‚is floating on the happy cloud‚…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Życie codzienne

 
 

  • RSS