RSS
 

Archiwum - Luty, 2013

No pasa nada

21 lut

i wraz z tym tytułem zwracam się w kierunku hiszpańskiego Jeanu, moje drogie dziewczęta, czy u Was także nic się nie dzieje?

Ponieważ dostałam kilka zapytań, a nawet przynagleń, coby coś napisać, piszę. Przyznam szczerze, że nie piszę głównie dlatego, że… po prostu mi się zwyczajnie nie chce, o. Nie mam weny, jak to mawiamy my, artyści… :P Chociaż tematy się zawsze znajdą, a zaległości do nadrobienia tym bardziej. Z jednej strony te kilka głosów ponaglających świadczy o tym, iż kilka osób jeszcze tu zagląda i o dziwo nawet się interesuje moimi losami. Albo się aż tak cholernie nudzi. Ale dziękuję za zainteresowanie i wierność w czytaniu, wbrew pozorom to doceniam ;) Macham Wam z tej okazji zamaszyście! Chociaż naszła mię pewnego razu refleksja dotycząca właśnie tego ‚co was to obchodzi w ogóle’, no, bo kogo właściwie interesują takie rzeczy jak to, co zrobiłam na obiad, gdzie (i za ile) wypiłam kawę itp. W dodatku wszytko opisane z przesadną dbałością o szczegóły, rozwlekle, oj rozwlekle…
Ale dobrze, proszę bardzo: wychodzi na to iż jestem tu już miesiąc, nawet jakoś marzec się powoli zbliża, co jest w ogóle samo w sobie straszne, nie? Sporo czasu przecleciało, przekroczyłam już półmetek i tym bardziej wciąż myślę ‚co dalej?!’. Nie, nie mam jeszcze gotowej odpowiedzi, ale przestałam się tym tak strasznie stresować – zajęłam się książkami: skończyłam Hobbita, ‚przeleciałam’ Arytmie (dzięki Asiu!), a wczoraj dorwałam 2 kryminały pani Christie, za którą się już stęskniłam i teraz będę przez jakąś chwilę tkwiła w nich. (Udając, że to nad angielskim pracuję w ten sposób). Na szczęście dorwałam je w second-handzie więc nie były tak strasznie drogie, obawiam się, że będę tam zaglądać częściej z tego powodu, może mi nawet by kiedyś Whartona coś wreszcie wpadło w ręce? Tak czy siak czytam żeby nie myśleć za dużo. Gorzej jeśli się trafia dzień taki, jak dziś ‚Brain-disconnection Day’, który zaowocował wracaniem się po kilka razy po wyjściu z domu, a potem i tak niedotarciem na miejsce docelowe (bardzo mnie irytuje kiedy zawodzi mój wbudowany w mózg GPS – tym razem wgrałam sobie mapę w zbyt dużym przybliżeniu, a potem stwierdziłam, że nie mam na tyle ambicji żeby marznąć i szukać do skutku)… Zaczęłam się wręcz dziwić, że odebrałam ze szkoły właściwe dziecko… Ostatecznie jednak Anne postanowiła mnie zabrać tam samochodem, w końcu jej najbardziej zależy na sfinalizowaniu przedsięwzięcia jakim jest TADAM! moje rozpoczęcie nartowania. Wybroniłam się przed zjazdówkami (po podstawówce przestałam się w to bawić) ale stanęło na biegówkach no i tym sposobem kupiłam dziś używane za jedyne 300kr. Docelowo mają mi służyć przez najbliższy tydzień ferii w Kvamskogen (cottage tam jest) i chyba tyle, nie wiem jeszcze co później z nimi zrobię… Tym sposobem wyjawiłam Wam już moje plany najbliższe, z którymi się wiąże stan off-line, a dla Was to oznacza błogie odpoczywanie od mojej natrętnej obecności tu i ówdzie. Mam nadzieję, że wszystkim to dobrze zrobi, mi oczywiście najbardziej ponieważ w tym czasie będę śmigać na biegówkach i robić mnóstwo, mnóstwo innych rzeczy. Albo spać i spać i spać… Ospałość bowiem ostatnio mnie nie opuszcza ani na krok. Także kończę to smęcenie o właściwie niczym i udam się niebawem na spoczynek.

Dobranoc Wam i dobrych ferii mi!

ps: zapomniałam dodać, że udało mi się wreszcie dotrzeć do kina i polecam zobaczyć Les Miserables w kinie koniecznie.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

Pozdrowienia z Czarnej Dupy

08 lut

Tak więc idąc drogą rozważań na temat swojego wykształcenia, zdolności, perspektyw i możliwości, dotarłam w końcu do miejscowości Czarna Dupa Wielka. W planach mam jak najszybciej się z stąd wydostać. W przydrożnym spożywczaku udało mi się zdobyć kawałek kartonu (z tłustymi plamami co prawda, ale nadać się nadaje) i prawie wypisany długopis. Stoję więc teraz przy wylotówce, z kartonem tym w ręku i czekam na jakiś transport. Na kartonie widnieje koślawy napis ‚Rozwiązanie’. Nikt jednak się nie chce zatrzymać… Nie wiem czy po prostu nikomu tam nie po drodze, nie znają drogi, czy może zamiast zakurzonych jeansów powinnam mieć krótką spódniczkę… A może po prostu pójdę pieszo? Gdybym tylko wiedziała którędy! Niestety na mapę wylała mi się cynamonowa latte, jak na złość akurat w tym miejscu oczywiście, i zupełnie nie można jej rozczytać…

 
 

  • RSS