RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2013

las, cisza i czas…

31 sty

Po poprzednich 3 dniach, zalanych obficie deszczem, Słońce raczyło mi dzisiaj pokazać swoje oblicze! Było to jednoznaczne z wezwaniem do wyjścia z domu, zebrałam więc w sobie wszystkie resztki sił (nie zostało ich wiele, niedospana noc i częste bóle głowy robią swoje) i wyszłam biegaaać. To znaczy taki miałam zamiar, szybko jednak do mnie dotarło, że nie dam rady i po prostu sobie przez większość czasu maszerowałam. Trasę mam już od dawna ustaloną – rundka po lesie, ale coś mnie dzisiaj tchnęło żeby zapuścić się dalej, zboczyć z trasy i powałęsać się całkiem leśnymi ścieżkami, poeksplorować, posiedzieć i ponapawać się. Z założonych 25 minut zrobiło się ich 80… Czas na pewno nie stracony. Uwielbiam światło lekko muskające zroszone mchy i konary! Jeśli nie do pełni szczęścia, to do poczucia zadowolenia – wystarcza mi zupełnie :)
Cisza? Momentami. I w niej właśnie mogłam usłyszeć jak bardzo moje myśli krzyczą… Paradoksalnie więc cieszę się niezmiernie, że nie miałam siły na bieganie!
Jeszcze trochę, jeszcze nadchodzący weekend off-line w cottage i może się trochę uspokoję i ogarnę..?

Dostałam ostatnio (niezamierzony?) komplement ‚widzę, że cieszą Cię małe rzeczy :)’. Cieszą i to samo w sobie też mnie cieszy, bo zawsze się tej sztuki chciałam nauczyć. Jak Mama nasza, co się uśmiecha kiedy jakieś nowe ptaki uwiją sobie gniazdko w pobliżu domu albo coś jej zakwitnie w ogródku. Dlatego też ratowała mi życie wczoraj w szkole cynamonowa latte w ‚obiektywnym’ kubku – kolejny z fajnych prezentów, którymi ostatnio mnie zasypaliście. Druga strona medalu jest taka, że jest się bardziej wrażliwym na małe przykrości…

Sprawa na tą chwilę ostatnia – okropną gadułą się zrobiłam… Nie mam pojęcia gdzie podziało się moje mistrzowskie prawie, lakoniczne formułowanie wypowiedzi… Ale no każdy szczegół jest taki ważny! Tylko czy jest sens o tym wszystkim pisać?

 
 

Puffff…

30 sty

Mózg mi rozsadza totalnie. Zdarzające się ostatnio coraz częściej bóle głowy to jedno. Ale bardziej jeszcze mentalnie…
A wszystko to dlatemu, że zaczęłam się ostatnio coraz mocniej zastanawiać nad tym, co dalej począć ze swoim życiem – HA! Bo minął ten (ustalony przeze mnie odgórnie) beztroski czas niemyślenia i nastał czas rozkminiania, szukania odpowiedzi na trudne pytania. Dodatkowo w tym tygodniu wałkujemy na norweskim temat pracy, co tym bardziej składnia do przemyśleń. Od dawna też siedzę z Gabą w temacie jej planowanego wyjazdu. I w niektórych konwersacjach, z innymi Ludźmi, również szukamy odpowiedzi na pytanie ‚jak żyć’. Zaczęłam więc analizować błędy już popełnione, zdobyte umiejętności i papierki, zdolności wrodzone. Zaczęłam znowu zagłębiać się w swoje marzenia i pragnienia oraz rozsądniejsze (być może) od nich cele. Możliwości i ograniczenia. Dalsze studia, pracę czy wolontariaty. Analizuję wszystkie możliwe parametry na raz i zrobiła się z tego jedna wielka masakra, jak to z Gabą określiłyśmy – kisiel z kawałkami wszelakich owoców, śmieci i w ogóle wszystkiego. Chcemy zrobić wszystko na raz, pojechać wszędzie, ale jednocześnie nie zamykać sobie żadnych furtek. Nagle zmienił się sposób patrzenia na świat i życie i żadne odległości nie wydają się niemożliwe do pokonania. Mieszanka złości z powodu głupich decyzji i nadziei na odratowanie. Mieszanka wszelakich negatywnych i pozytywnych emocji. A wszystko to w funkcji upływającego niemiłosiernie czasu, a nawet tykającego zegara biologicznego – żeby dodać temu jeszcze nieco dramaturgii…
Wychodzi na to, że nie wiem już nic. Chwilowo przynajmniej. Tak jakbym szukając jednej rzeczy wywaliła na środek pokoju zawartość wszystkich szaf, szuflad, półek i pudeł i próbowała się w tym bałaganie odnaleźć. Się i sens. Wydaje się to chaosem nie do okiełznania, ale ja wierzę głęboko, że trochę czasu z samą sobą, trochę spokoju i odpowiedniego metodycznego podejścia do zagadnienia – że to wszystko sprawi, iż z chaosu wyłoni się COŚ. Pęczek uporządkowanych planów i decyzji na przykład. Może nie ostatecznych, pewnie z wieloma alternatywami, ale się wyłoni. Zamierzam nad tym właśnie popracować.

Wish me luck! – jak to mówią anglojęzyczni obywatele świata. Poza tym przyjmę chętnie i wezmę pod uwagę wszelkie Wasze spostrzeżenia, porady etc.

A na koniec obrazek, który znalazła Gaba – dla zobrazowania stanu naszych umysłów (oddaje ten stan dokładnie tak, jak bym to sobie wyobraziła): pufff

PS: To, że Bóg podobno pokłada się ze śmiechu widząc nasze ambitne plany – wcale, a wcale nie pomaga… Więc nie mówcie mi tego, proszę!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

Skradziona godzina

28 sty

Zaczęłam dziś poziom B1-A. Godzinę wcześniej niż przez poprzednie 2 poziomy (czyli 9:15), co dla mnie osobiście zmienia bardzo dużo.
Zawsze czas pomiędzy wyprawieniem wszystkich do szkoły/pracy, a wyjściem na norweski oznaczał dla mnie spokojne śniadanie, prysznic, czas na zrobienie zadania domowegoi celebrację oglądania wschodu słońca. Zdąrzałam też zwykle puścić jedną pralkę i tuż przed wyjściem przełożyć wyprane rzeczy do suszarki. Przesunięcie zajęć na godzinę wcześniej spowodowało, że na to wszystko nie wystarczy mi rano czasu. Muszę wstać pół godziny wcześniej, zadanie zrobić poprzedniego dnia, a potem się śpieszyć ze śniadaniem swoim. No wschody słońca… Dziś, co prawda, chyba nie wzeszło wcale, ale pewnie ominie mnie sporo ładnych… Nie zwróciłam też uwagi, że po 8 autobusy jeżdżą inaczej niż po 9 i spędziłam dziś urocze 15 minut na przystanku. Poza tym nie zdążyłam kupić podręczników przed lekcją. [Swoją drogą książka + ćwczenia (znacznie mniejsze niż do poprzednich 2 poiomów) kosztowały 738kr (już z rabatem 10%). Niby nie płacę za to sama, ale i tak się zastanawiam, czy warto. W ogóle znajome filipińskie au pair’ki mówiły, że mają w umowach sponsorowany przez host family kurs norweskiego do kwoty 7000, co wychodzi na (nawet nie całe) 2 poziomy i niektóre po tych 2 poziomach skończyły. Powiedziałam o tym Anne, ale uznała, że nas to nie dotyczy i mam się uczyć za ich pieniądze…
Nosz dobra. Moim szarym komórkom to się może faktycznie przyda. Tzn. tej resztce z nich. Ale trochę nie mam już do tego języka serca (jakkolwiek idiotycznie to brzmi…) Bo czy ja wiem, czy zostanę tu na dłużej, skoro tyle pomysłów odnośnie ‚potem’ się pojawia… A jeśli kiedyś bym tu wróciła, to czy będę cokolwiek pamiętać..?

Nowy poziom – nowa grupa. Z poprzedniej zostało nas 4 (ja, Hala, Anabel i Marina) no i nauczycielka Lea. Miały dojść jeszcze tylko 3 nowe, ale pojawił się tylko Hadi z Libanu. Wygląda jeszcze bardziej terrorystycznie niż nawet H’Adamm Kutzner!
Nasza wymiana zdań pod koniec:
H (do Lei): Will I be the only one men in this group?
ja: Are you afraid of us?
H: No, I just don’t want to learn ‚soft norwegian’…

Dobre sobie… soft norwegian
Wyszło na to, że ma się pojawić jeszcze 1 osobnik o imieniu wskazującym na płeć męską i jedna osobniczka. Zobaczymy. Póki co zrobiło się dziwnie cicho i pusto (5 zamiast kilkunastu osób robi różnicę). No i brakuje mi tych ludzi wszystkich… Kirk’owego ‚BRA!’ mi brakuje. Śmiechu Filipinek. Poczucia humoru niektórych osób, polskiej Gosi itd…

No i jeszcze do tego wróciła pogoda typu ‚rainy, windy, cold and dark’, co mnie wcale, ale to wcale nie nastraja pozytywnie. Muszę sobie znaleźć jaką odpowiednią muzykę na dziś, ale coś mi to nie wychodzi…

Idę robić zupę z polskich ogórków kiszonych. Z kurczakiem.
Ha det BRA!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Languages

 

Dobry, zwykły weekend

26 sty

Zaczął się wieczorem piątkowym – idealnym wręcz: z pikantnymi krewetkami (pyszności z czwartkowej kolacji jeszcze), lampką wina i Hobbitem w oryginale :) Tak, mimo niezrealizowania mojego planu na mijający tydzień, mimo nienadrobienia zaległości na blogu i niepowtórzenia norweskiego – postanowiłam złamać swoje postanowienie i zabrać się za czytanie. Jestem za bardzo nakręcona – to raz. A dwa, że zaczyna mnie dopadać coroczna, końcowozimowa zamuła i muszę wszelkimi sposobami poprawiać sobie samopoczucie
i pozytywnie się stymulować. Być dla siebie dobra i trochę się porozpieszczać… Tak, zdecydowanie jestem the most spoiled au pair in the whole wide world :P

Sobota – po pierwsze się wyspałam, wstałam beztrosko o 10-tej i od razu poszłam pobiegać. Idealny początek dnia. Relaksujący prysznic, a potem trafiłam do kuchni pełnej ludzi.
Goście – małżeństwo podobne do Adila i Anne: norwesko hinduskie, przyjechali z 3/4 swoich dzieci. Tak więc panie poszły na jogę, panowie zajęli się gotowaniem chicken curry, część dzieci bawiła się na górze,
a najstarsze dziewczynki najpierw lepiły coś z plasteliny i modeliny (trafiłam z tymi prezentami najwyraźniej), później zajęły się produkcją naan bread (w wersji mocno rozpłaszczonej – wg zarządzenia Johna)
i ostatecznie skończyłam na pomaganiu im w tym właśnie. Wspólne gotowanie dla zabawy i relaksu – genialna sprawa moim skromnym zdaniem. A kuchnia cała w mące, ale co tam. Następnym razem mam ich zamiar namówić na wspólne robienie pierogów HA!
Poza tym na tapecie wciąż gra just dance 4 (nie, w moim wykonaiu nie – jeśli dorośli sa w domu ;) a kiedy ich nie ma… bawiłyśmy się świetnie z Johanną w zeszłą sobotę ^^ ) no i Johanna robi… kalendarz adwentowy. Nie pytajcie mnie czemu już. Ale będzie miała gotowe na grudzień a to ja mam zaległości z innymi rzeczami.
W każdym razie lubię patrzeć jak dzieci się bawią, lubię się z nimi bawić też.Pomalowałam sobie paznokcie. Moja ulubiona ciemna czerwień -> +30 do dobrego nastroju.

Ale to jeszcze nic. Jutro mam iść na łyżwy (albo coś) z Martą i Marysią, bo są na weekend w Bergen :)
Wczoraj, jak tylko dostałam sms’a od Marty z taką info/propozycją to aż prawie mi minął ból głowy a samopoczucie podskoczyło o 100 pkt. Także już się nie mogę doczekać – szczególnie, że za dziewczynami się już stęskniłam, a na łyżwy udało mi się w Cieszynie tylko 2 razy wyskoczyć i niedosyt mam.

* * *
Dobra – rodzice na spacerze, wbijamy 14 level :P ;)
cdn.
* * *
A więc i ciąg dalszy: sobotni wieczór spędziłyśmy oglądając Rio (specjalne pozdrowienia z tej okazji dla Natalii K i Marty Sz) i… zachciało mi się jeszcze bardziej do Rio… No w wakacje na ŚDM…
A potem prywatnie jeszcze zrobiłam sobie seans z Władcą Pierścieni – wersja z Lego: link

Niedziela – urocza, z pannami Krakus :) Najpierw lodowisko (w Iskanten) – chyba nawet lepiej mi się jeździło w Cieszynie, no i tu za 1,5h (bo nie miałyśmy czasu zostać dłużej, a wejścia nie są limitowane czasowo) z wypożyczeniem łyżew zapłaciłam tyle co za 12 wejść na 1h w Cieszynie bez łyżew. Ale za to pizza, na którą poszłyśmy po była z kuponu i tylko Marat postawiła nam sos (22kr jakby to kogoś interesowało…). Tak czy siak na lodowisku największe wrażenie zrobili na mnie hokeiści.. bez nóg, pani na wózku/samochodziku inwalidzkim z dzieciakami przyczepionymi za nią oraz dziewczynki jeżdżące figurowo. Współczuję za to Marysi, którą bolały łyżwy… Na 15:00 pojechałyśmy na mszę polską, a po niej mając chwilę jeszcze – dziewczynki pokazały mi chillout travel center który jest połączeniem kawiarenki i sklepu turystycznego… Strasznie fajne miejsce! No i ogólnie rzecz biorąc wciąż się okazuje, że mamy podobne zainteresowania, plany i marzenia – a z tego różne rzeczy mogą wyniknąć jeszcze :D
Na koniec dnia miałam okazję skosztować norweskich kumli (z cukrem i bez mięsa w środku) z boczkiem, kiełbasą i purre z kalarepy, a potem jeszcze poskypeować z chłopakami. Co prawda po obiedzie już dostałam zamuły i bólu głowy ze zmęczenia chyba, ale humor mi się nie popsuł mimo tego nawet.

Dziękuję!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

Życia sens

22 sty

Pewnie części z Was się zasłyszała historia pewnej 13-letniej Polki mieszkającej w Norwegii, która prawie została mianowana Człowiekiem Roku w Norwegii właśnie – postanowiła bowiem całe wakacje spędzić z młodszą, umierającą na raka, siostrą i spełniać jej marzenia. Więcej się nie będę rozpisywać na ten temat – krótki i zwięzły artykuł tu: LINK W każdym razie podziwiam Emilkę bardzo, bardzo i życzę wszystkim takiej odwagi i dojrzałości.

Już od bardzo dana chodzi mi po głowie pytanie: czy w życiu naprawdę warto MI brnąć w naukę i szukanie za wszelką cenę (no właśnie – często to jest właśnie za wszelką ceną…) leków na różne schorzenia, czy może lepiej zająć się czymś, co prawdopodobnie przynieść może konkretnym ludziom trochę radości zanim odejdą. Niekoniecznie nieuleczalnie chorzy, w końcu wszyscy kiedyś mamy odejść. Z drugiej jednak strony nauka nie jest bez sensu. Tylko czy jest dla mnie? Hmm…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

Jaram się Hobbitem wciąż

21 sty

Zaczęło się od tego, że dawno temu dotarły do mnie wieści, iż kręci Peter Hobbita. Marzyło mi się to od lat wielu – od kiedy obejrzałam ostatnią część Władcy. Właściwie moja przygoda z tym światem zaczęła się od obejrzenia (w kinie z Kamilkiem) Dwóch Wież – czyli w zasadzie od środka i w dodatku bez wcześniejszego przygotowania merytorycznego… W dodatku Kamil wciąż jeszcze ma ubaw z tego, że pół filmu przesiedziałam z wzrokiem utkwionym w podłodze, gdyż obrzydliwość orków godziła w mój zmysł estetyczny… Musiałam obejrzeć te filmy wiele razy zanim się do tego widoku przyzwyczaiłam. Cóż – ja wrażliwą istotą jestem i w Diablo czy inne takie także nie grywałam nigdy. Ale wystarczyło to abym się tym wszystkim zainteresowała. W międzyczasie przeczytałam więc (pod koniec gimnazjum mego to było) i Władcę (nigdy więcej w tłumaczeniu pana Łozińskiego!!!) i Hobbita i Silmarillion.
I od tego też czasu okresowo doznaję jakiś takich napadowych zafiksowań na tym punkcie. Bardziej więc namiętnie wówczas oglądam jakieś filmiki na YT, wszelakie grafiki tematyczne, stroje i broń i oczywiście słucham ścieżki dźwiękowej (wciąż nie mogę się nadziwić jak tego typu dzieła muzyczne powstają w umysłach kompozytorów…). Z 10 lat już tak… Ale wciąż pozostaje mi niespełnione marzenie obejrzeć całą Trylogię w jednym kawałku (wersję rozszerzoną oczywiście). I do dziś żałuję, że załapałam się jedynie na Dwie Wierze na Festiwalu Muzyki Filmowej – tak.. z muzyką na żywo…
Czasem ta faza słabnie, ale jednak.
Nie sądziłam jednak, że po tak długim czasie pan Peter się zdecyduje na Hobbita. To, że postanowił go (książkę o objętości mniejszej niż jedna z części Władcy) rozciągnąć aż na 3 osobne filmy – zaskoczyło mnie jeszcze bardziej. Ale zobaczymy,w końcu nie maja one być tylko na siłę rozciągniętym na maksa samym Hobbitem ale połączeniem tejże historii z wątkami pobocznymi z innych utworów Tolkiena. We will see. Dla niektórych już sam ten pomysł wydaje się być absurdalnym, dla mnie, jako dla osoby uzależnionej, chyba im więcej tym lepiej.
Tak czy siak pojawiły się już czas jakiś temu trailery i pozostały długie miesiące oczekiwania na wypad do kina. W jednej z pierwszych notek na blogu ever (wrzesień), pisałam już o tym, która z postaci najbardziej mnie zainteresowała… Premiera w Bergen odbyła się 13-go bodajże grudnia i ciężko mi było pogodzić się z myślą, że poczekam jeszcze kilka tygodni na swoją kolej, gdyż obiecałam Natalii, że idziemy razem. Prezent świąteczny w postaci płyt ze ścieżką dźwiękową był niezwykle trafiony. Ostatecznie udało nam się wyrwać wreszcie do kina 6-go stycznia dopiero (w Krakowskim ARSie z Natalii współlokatorką Asią, gdzie używając swoich nadzwyczajnych zdolności rodem z D&D nabyłam bilety dla Hobbitów zamiast studenckich ^^ (+1000exp! – ‚a masz, ciesz się, i tak już z nami nie grasz’ :P) Mama z Bliźniakami też była i Kamil z Martą, więc (prawie) wszyscy jesteśmy somehow infected. [A Kamil to nawet zrobił mi prezent w postaci breloczka z Lego z Gimlim ^] Mnie osobiście film urzekł, z różnych względów. Jedyne zastrzeżenia mam do jakości efektów specjalnych w początkowej scenie ze Smaugiem robiącym rozpierduchę. Ale różne opinie o filmie słyszałam – poza wieloma pozytywnymi także i takie: za dużo scen batalistycznych, po co aż 3 części, że Fil, Kili i Thorin są zbyt niekrasnoludzcy i chyba nawet się na ten film nie przejdę. To ostatnie cóż… wszak właśnie Kili (grany przez Aidana Turnera) spodobał mi się najbardziej… I siedzę w ostatnich dniach przeglądając making of’y, wywiady i zdjęcia i słuchając OSTa. W końcu he is so cute… I jakby nie to, że stan ten jest bardzo przyjemnym i pomocnym w ponownej aklimatyzacji tutaj, to pewnie powinnam pomyśleć o powróceniu do zdrowia i normalności. Ale nie. Bycie tutaj w ogóle jakoś tak sprzyja trwaniu takiej fazy…

Poza tym cały stworzony przez Tolkiena świat jest dla mnie arcydziełem. Historie te nie są tylko jakimiś bajkami, ale jak dla mnie opowiadają o czymś ważnym. Poza tym choćby taki Hobbit niejako wiąże się z moim osobistym życiem. Nie trudno mi było zauważyć pewne analogie i do tego wyjazdu tutaj – nagła i nieoczeiwna podróż w nieznane, osoby strasznie przywiązanej do swoich ulubionych rzeczy. (Z tą różnicą jednak, że ja nie mam swojego Bag End, ani nawet swojego Shire.) Osoby przywiązanej z jednej strony, z drugiej zaś skrywającej w sobie pragnienie przygody i odkrywania świata, co wiąże się z zostawieniem tego wszystkiego (przynajmniej na jakiś czas).
‚Can you promise that I’ll come back?’
‚No… and if you do, you will not be the same’…

Tak więc postanowiłam w 2013 przeczytać Hobbita po angielsku, bo po tych 10 latach nie pamiętam go wystarczająco dobrze, poza tym Tolkien w oryginale mi się spodobał (miałam kiedyś ambitny plan przeczytania, pożyczonej od Bogdana, Trylogii w oryginale ale dobrnęłam jedynie do ok. 100-tenj strony czyli do Karczmy pod Rozbrykanym Kucykiem bodajże… bo mgr trza było robić i w ogóle). Tak więc jak tylko ujrzałam w Gdańsku, w empiku (szukając opakowań na prezenty) tęże wersję Hobbita – specjalnie długo się nie zastanawiałam nad kupnem. Czeka ona więc teraz na swoją kolej – obiecałam sobie, wpierw nim zacznę czytać, nieco się życiowo (terefere) ogarnąć…
Pytanie czy samo oglądanie filmów nie psuje czytania – wszak narzucają się obrazy z filmów, a wyobraźnia – zostaje ograniczona (?!) No ale.
Jeszcze jedno: czy Śródziemie jest dla wszystkich? Chyba nie. i nawet rozumiem, że można się w tym nie odnajdywać. Wasza strata :P

Kończę zatem moją (znów przydługą) infantylną wypowiedź bezkrytycznej psychofanki.
Do następnego.

 

zmęczenie, rzeczy zagubione, śluby i… zmęczenie

16 sty

taki misz-masz na dziś.

Jako, że wczorajszy dzień rozpoczęłam w połowie dopieroż (dane mi było pospać do 10-tej), dopiero dziś można uznać za dzień w pełni normalny z pełnym zestawem obowiązków. Kiepawe samopoczucie wczorajsze spowodowane poprzyjazdowym zmęczeniem, zmianą środowiska i bólami menstruacyjnymi (tak na dobry początek pobytu tu tu tu…) zaowocowało tym, że norweskiego nie ogarnęłam w pełni na dziś. W zasadzie to się okazało, ze jakoś zwolniliśmy ze wszystkim i bardzo dużo nie straciłam, ale jednak mam tyły, zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę, że w ciągu tego miesiąca przerwy sporo mi się zapomniało i wciąż mam ochotę zamiast norweskiego ‚ja’ używać włoskiego ‚si’ itd. No i w tym ogólnym zamieszaniu i mentalnym zaplątaniu wyszłam dziś do szkoły. Po 5 minutach dotarło do mnie, że nie mam karty autobusowej no i muszę się po nią wrócić (szczęście całe, ze na wcześniejszy się udałam autobus no..). Tylko, że po przekopaniu całego pokoju karty owej nie znalazłam i musiałam dziś ratować się kupowaniem biletów jednorazowych (cały za 27 koron, ulgowy za 14 – boli!). Wieczór nastał, a szukać nadal się mi nie chce – na środku pokoju leży moja (a raczej Wioli, ale Droga Moja – odkupię Ci ją, bo jeszcze kilka lotów i już nic z niej nie zostanie…) walizka w stanie jak po wybuchu z dużą siłą rażenia… Zgubienie jednak małej karty w osłonce nie wydaje się tak niedorzeczne, jak zgubienie iPada – szukany jest bowiem przez wszystkich członków rodziny już od niedzieli. Przypuszczam, że w czasach kiedy proste komputery zajmowały całe piętra w budynkach, lub chociażby pokoje – trudniej było o ich zgubienie… No a teraz małe to, białe i wciśnięte nie wiadomo gdzie. Łazienki i lodówka nawet sprawdzone… Bardzo ciekawam czy i gdzie je w końcu znajdziemy.
A o co chodzi z tymi ślubami? Tak temat dziś lekcji był, gdyż nasz podręcznik – jak na porządną telenowelę przystało, kończy się (a przynajmniej my skończyliśmy go w tym miejscu, bo nie dane nam było dojść do tematu poszukiwania pracy i pisania CV – sic!) ślubem Silje i Nelsona! Poopowiadaliśmy sobie też o ślubach w naszych wszystkich pięknych krajach i na ten przykład na Filipinach i w Malezji zdarza się, że na ślub poza najbliższą (i tak zwykle ogromną) rodzina schodzi się cała wioska i robi się impreza na 1000 osób. No dobra – w ekstremalnych może przypadkach, ale jednak. Na Filipinach czasem wesele trwa, podobnie jak u nas – 2 dni, jednak z tą różnicą że pierwszy dzień jest huczną imprezą poprzedzającą samą ceremonię zaślubin! Theresa – jedna z au pairek z mojego kursu – niebawem też leci na Filipiny się hajtnąć. Kiana zaś, bardzo sympatyczna afroamerykanka, także niebawem wyjdzie za mąż – na hawajskiej plaży, bo w końcu stamtąd pochodzi… Marina miała swoje ‚wielkie greckie wesele’, Anabel, Hiszpanka, zaś ślub cywilny z jakąś 30-ką gości. Ojciec Kirka jest pastorem więc to on udzielił jemu i Sarze ślubu, Hala zaś wyszła za mąż w muzułmańskim meczecie w Algierii gdzie pierwszego dnia nosi się strój tradycyjny, drugiego garnitur i białą suknię no i od tego czasu nosi włosy zawinięte w chustę.
Jakoś tak egzotycznie mi się zrobiła, wciąż jednak w temacie tak ostatnio popularnym, zaręczynowo-ślubnym, pozostaję.

Poza tym zmęczeniowe samopoczucie wciąż trwa, daję sobie min. tydzień na osiągnięcie stanu względnej homeostazy. (Oni, one właściwie tez potrzebują czasu na powrót do tej strefy czasowej – odległej od Singapuru o 7h) I będzie to tydzień bez norweskiego (tak, tak – przerwa pomiędzy poziomami A2 i B1… nie gratulujcie, bo wstyd mi jak niewiele wciąż umiem :/) zatem może coś z zaległości tutaj uda mi się nadrobić…
Ale póki co dostarczono nam 5kg mrożonych filetów z dorsza (takie family frost prawie ;)), dziewczynki poszły spać, Anne jest na jodze, a do Adila przyszli ‚jacyś goście’. Taka teraz będzie moja codzienność, czas się wdrożyć. Dobranoc.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Exciting news

 

Etap nr II czas zacząć!

15 sty

Wróciłam… no i czeka mnie tu jeszcze wiele. Dlatego dobrze wrócić.
Ale póki co nie rozpisuję się bardziej – przyjdzie niebawem czas na kilka (obszernych) zaległych notek – wszak działo się, działo! Ale najpierw dajcie mi dojść do siebie, ogarnąć się z norweskim (masa zaległości przez te przedłużone wakacje) i wszystkim innym…

Już zaś teraz dziękuję mocno za ten dobry czas, który spędziliście ze mną w Polsce i we Włoszech! I że tak się troszczycie o to żebym dojechała bezpiecznie! Kochani jesteście!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 
 

  • RSS