RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2012

nie ogarniaaaaaaaam

26 gru

już od jakiegoś dłuższego czasu w zasadzie.

dlatego też przydługi wpis nt mojej fascynującej i pełnej przygód podróży, wpis o niedzielnym spotkaniu i może jeszcze jakiś (ale w tej chwili nie ogarniam jaki) nastąpią później, w przyszłym roku już…

Za 10h zbiórka do wyjazdu do Rzymu… nie spakowane i nawet niewysuszone albo jeszcze nieznalezione niektóre rzeczy, kantory wszystkie (7 mamy w 1 miejscu obok domu) nam pozamykali, fakt niemania karty zdrowia EKUZ trzeba też jakoś zatuszować… a fizycznie (wiąż od zeszłej środy) czuję się jak zwłoki w stanie rozkładu, tak więc samą myśl o pseudo-spaniu w autobusach i na podłogach (no chyba że jakimś cudem trafimy do rodzin zamiast do szkół) męczy mnie jeszcze bardziej… Stresy, nerwy, w tym wszystkim te niby-święta… Chciałabym odpocząć. Marzę żeby odpocząć, normalnie się wyspać.
W ogóle to nie ma jak się wybierać na międzynarodowy podryw z siostrą – młodszą i ładniejszą… :/

Powiedzcie mi, że będzie fajnie…

I bawcie się dobrze w Sylwestra i do zobaczenia w 2013! :)

 

moje ambitne plany na przerwę świąteczną

25 gru

wrzucę tu na wypadek gdyby ktoś chciał mnie gdzieś po drodze spotkać, zaprosić itp.

śr 19.XII 14:00 – wyjazd z Bergen – lot do Kopenhagi
czw 20.XII 13:35 – planowane lądowanie w Katowicach (już wiemy jak wyszło…)
pt 21.XII – CIESZYN- koniec świata (też coś nie wypaliło- dlatego odsypianie podróży)
nd 23.XII 17:00 – ‚impreza’
pon-śr 24-26.XII – Święta

śr 26.XII 23:00 – wyjazd na Taize do Rzymu
czw 3.I.2013 ok 15:00 – powrót do Cieszyna

pt 4.I. – jak odeśpię to mam wolne do popołudnia, urodziny bliźniaków
sob 5.I – Tarnowskie Góry

~nd-wt/śr 6-8/9 – Kraków

czw-nd 10-13.I – Cieszyn
sob 12.I 18:00 - zapraszam na Borsuczą wszystkich, którzy chcą mnie pożegnać (nie będzie mnie przynajmniej do lipca!)

nd 13.I wieczór/noc ->Katowice -> Warszawa -> Gdańsk
pon 14.I 18:35 (16:30)- lot Gdańsk -> Bergen

no.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 

Reise til Juleferien

20 gru

albo tytuł alternatywny (nienawiązujący już do nowej produkcji Disneya): Długa droga w dół… mapy

Plan był taki: wylot o 16:05 z Bergen do Kopenhagi, 18h przerwy tamże, lot o 12…. do Katowic skąd już przecież niedaleko więc jakośtam się dostanę na Cieszyn.
Wybrałam Katowice z premedytacją – żeby przed Świętami nie tłuc się pociągami przez Polskę. Choć te 18h brzmiało zarazem karkołomnie i intrygująco, nie spodziewałam się, że i tym razem (podobnie jak do Bergen) może się to wszystko jeszcze bardziej pokomplikować. Ale po kolei.

Tuż przed 14:00 Adil odwiózł mnie na lotnisko w Bergen, gdzie jakoś zorientowałam się co trzeba zrobić żeby mnie odprawili i poczekałam trochę na swój lot. Już wtedy jakaś taka nie wiadomo czym zestresowana, próbami ogarnięcia przedwyjazdowego zmęczona. Ale nic to – oleciałam i doleciałam do Kopenhagi, odebrałam bagaż (skoro już go wypluło, a nie przekazuje się w tym wypadku na lot następny) i rozpoczęłam swoje czekanie na lot następny. Płacąc w euro dostałam resztę w duńskich koronach – z dziurką i serduszkami, tym sposobem w portfelu miałam juz dtobne w 4 walutach i ciężko mi było ogarnąć ile właściwie tego jest i na co mnie stać. Z plakatów z cenami w euro i koronach wyczaiłam, że kurs duńskiej jest podobny do norweskiej i już świat stał się na powrót bardziej przyjaznym miejscem.
Dobra – przesadzam. Nie była to kwestia aż tak dramatyczna :P Większość czasu spędziłam siedząc obok i w Burger Kingu, gdzie spożyłam wieczerzę w postaci Chickenburgera z frytkami i dolewkowym napojem (początkowo byłam zła na siebie, że za jedyne 6 dodatkowych koron mogłam miec zestaw powiększony, ale nim doszłam do końca posiłku – co zajęło mi prawie godzinę- poczułam, że nie mam czego żałować. Wciąż nieuzasadniony stres ścisnął mi chyba całkiem żołądek…), robiąc jakieśtam notatki, przeglądając zabazgrany kalendarz i wściekając się, że akurat przed wyjazdem musiał paść mi komputer.
Poobserwowałam sobie też ludzi. Właściwie zaczęłam już na lotnisku w Bergen, potem wypełniło mi to czas w Kopenhadze. Niektórzy mnie pytali czemu nie szłam zwiedzać czy coś – z tym bagażem w nocy? Poza tym lotnisko nie jest wcale tak blisko centrum, a ja wykończona już byłam przecież. Czemu nie nocleg w hotelu? Ze skąpstwa czystego – i tak już sporo zapłaciłam za sam lot żeby jeszcze się gościć w Hiltonie (tak, tak – chyba jedyny hotel w pobliżu lotniska…). No i troche mnie ciekawiła jak może wyglądac noc na lotnisku. Serio. Nie uważacie, że to intrygujące? Siedziałam tak więc długimi godzinami w tejże ‚restauracji’, zstanawiając się czasem schizofrenicznie czy lotniska mi przypadkiem nie zamkną na noc (chociaż 2h pomiędzy ostatnim i pierwszym z odlotów/przylotów wydawał mi się być zbyt krótkim czasem na przerwę. Pewności jednak nie miałam.) W sumie czy zamykają mi tęże poczekalnię – też nie wiedziałam tylko tak sobie siedziałam, dolewkując sobie od czasu do czasu, w raz ze sporą grupą osób czekających najprawdopodobniej na jakieś poranne odloty – ha! nie ja jedna taka, jak widać.
Koniec końców zamknęli około godziny 2-giej nad ranem i przystojni pracownicy udali sie do domów. Tzn. jeden był przystojny, drugi sympatyczny, a na resztę nie zwróciłam uwagi :P
No i trzeba się było przenieść nieco w inne miejsce – na widoczny z Burgera wyparkietowany ‚skwer’ z gigantyczną choinką pośrodku, który obserwowałam już sobie wcześniej. Tzn. bardziej ludzi się po nim poruszających, albo śpiących pod ścianami czy wielkim, podświetlonym bilbordem z napisem
‚Problems can be complicated. Solutions cannot’ i drugim ‚It’s great to have the right answers. But to ask the right questions is genious’. Tak więc te dwa hasła dosłownie przyświecały mi tamtej nocy.
Na skwer przeniosło się jeszcze trochę ludzi w róznym wieku, łącznie z panem który rozbił sobie prawie profesjonalny obóz pod samą choinką. Poczułam sie trochę jak w noclegowni dla bezdomnych. W sumie chyba wielkiej róznicy nie było. Jakiś instynkt kazał mi zabezpieczyć w prowizoryczny sposób swoje mienie: 17-kilową walizkę pełną prezentów oraz czerwona torbę w ramac bagażu podręcznego.
Aby się zdrzemnąć i mieć to wszystko jakoś w zasięgu, na wypadek jakby tak komuś się zachciało.. (wszak Kamilka i w busie do Krakowa kiedyś obrobili) zastosowałam autorski i jedyny w swoim rodzaju sposób zabezpieczenia: płaszcz na którym się położyłam zapięłam paskiem do walizki, a rzeczoną czerwoną torbę trzymałam pod nogami – 2 aparaty, laptop i cała miesięczna wypłata to wystarczające chyba powody żeby się obawiać, nie? Zapewne wyglądało to wszystko komicznie, ale kto by się tam tym przejmował.
Przewegetowałam, bo przecież spaniem tego nie można nazwać, w ten sposób jakieś 2h. Przeniosłam się później do wolnego ze stolików za Burgerem i tak drzemkowałam z połową ciała na stole, budząc się co pół godziny na dźwięk ‚security annoucement’, które zaczęły się na powrót pojawiać po godzinie 6 (?)
Póki co miałam wrażenie, że minęło najdłuższe 16h w moim życiu, ale do odlotu zostały mi już tylko 2 uf, uf. Przed 10-tą odebrałam telefon od mamy informując ją, że ide się zaraz odprawić na następny lot i póki co wszytsko zgodnie z planem jest. W okienku pan mi jednk powiedział, że nie może znaleźć mojej rezerwacji.. hm, hm – no dziwne. Odesłał mnie do przemiłej pani w kolejnym okienku i ta oto pani odnalazła wreszcie powód braku rezerwacji: lot odwołano.
W październiku żeby było wcześniej. Cemu nie dostałam tego maila, któreg ponoć mi wysłali? może utonął w hurtowo wyrzucanym spamie? Bez znaczenia z resztą – trzeba było znaleźć połączenie alternatywne. Pani ta wyszukała mi wszytsko, co tylko się dało, troszcząc się o to żebym dotarła jakoś na miejsce. Na starej (na tyle, że Polska graniczyła na niej z Czechosłowacją…) próbowała znaleźć najbliższe lotnska itd. Martwiła się nawet czy znam język i się dogadam (ej.. czy ja naprawdę wyglądam na azjatkę?!). wiecie, że wtedy to już mnie opuściło całe to wielogdzinne napięcie nerwowe?
Chciało mi sie po prstu śmiać z całej tej sytuacji… Gdybym wiedziałą wcześniej – prawdopodobnie mogłabym lecieć jeszcze w nocy i byc już może nawet w Cieszynie. Ale na teraz zostało mi tylko najbliższe połączenie do Łodzi i późniejsze do Warszawy. Dodzwoniłam się do mamy, żeby sprawdziła skąd szybciej dostanę się na południe Naszego Pięknego Kraju… Zaczęła sprawdzać po czym padł internet. Asi też padł w tym samym momencie. Na oślep wybrałam Łódź, licząc, że wczesniejszy przylot zwiększa mi prawdopodobieństwo jakiegoś połączenia jeszcze dziś. Oczywiście planowane odwiedziny babci i dziadka po drodze z Katowic nie wchodzą już w grę.
Ale whatever byle się dostać do Polski… Łódź dla pani z okienka brzmiała przezabawnie, zupełnie inaczej niż ‚Lodz’, która miała w komputerze. Na całe szczęście nie musałąm nic dopłacać do przebukowanego biletu. Odprawiłam się szybko, pożarłam jakąś sałatkę za bodajże jakieś 6 euro w strefie wolnocłowej i czekałam na lot o 13:00. Wuścili nas przez bramki do jkby poczekalni na autobus podwożący pod samolot. Trochę po 13:00 wyszła do nas pani informując, że lot będzie opóźniony z przyczyn technicznych. Oczywiście nikt nie wie jak barzdo opóźniony. Pięknie, cudownie, wspaniale!
Ostatecznie wpuścili nas raz jeszcze i znaleźliśmy się na pokładzie samolotu ok 13:30. Z tego co pamiętam dolecieliśmy do tej całej Łodzi, której nigdy nie lubiłam, mimo iż tylko zawsze się przez nią przejeżdżało. O ile w Skandynawii żegnały mnie fiordy i ośnieżone góry, rozświetlone miasta – tu przywitały mnie… kominy i blokowiska – uroczo. Odebrałam bagaż, napadłam na bankomat (wreczcie mam dostęp do swoich pieniędzy tam zablokowanych..), doładowałam polską kartę z Plusa i dowiedziłam się jak dostać się na dworzec PKP i kiedy coś mi pojedzie. Na styk zdążyłam dojechać i doszarpać się z walizką na dworzc, kupić bilet – wsiąść do pociągu.
W ogóle to uderzyło mnie polskie zimno – kilka stopni na minusie po ok +2 kedy opuszczałam Bergen, zmęczenie i rękawiczki bez palców. Przesiadałam się w Koluszkach klnąc z powodu problemów z wsiadaniem i wysiadaniem z pociągów, przejść pomiedzy peronami – z mnóstwem schodów ale bez podjazdów, opóźnienie pociągu i to, że nie było już gdzie kupić czegoś do jedzenia. Zaczęło mi się marzyć o jakimś burgerze, albo kebabie… O tak – mięsooo! W pociągu dogadać się zdąrzyłam z mamą i Bacą w sensie Pawłem, który wspaniałomyślnie zaoferował się po mnie przyjechać do Katowic, co bym nie musiała już na busa czekać.
Pójdziemy w Katowicach do tego kebapa, gdzie koczowaliśmy z Adamem i Stasiem ostatnim razem, o tak! Tylko ta myśl trzymała mnie przy życiu przez te kilka godzin w pociągu. Zanim Paweł więc przyjechał ‚jadę, jadę tylko tu jakieś objazdy są i droga rozkopana…’ udałam się więc do rzeczonego kebapa tuż przy dworcu PKP w Katowicach. Wyszło na to, że nie mają… MIĘSA! Ale nie miałam siły już dalej iść, a nawet wytaszczyć wtaszczonej do środka walizki zaległam więc przy stoliku, przy którym siedzieliśmy 7-go września. Zjadłam najobrzydliwszą na świecie zapiekankę z niby-szynką i masakryczną ilością jakiegoś tłustego sosu, zajadając ją niewiele lepszymi frytkami.
Masakra jakaś. To już ten kebap wegetariański, którego ostatnim razem przyrzekłam sobie więcej nie kupować, nie był taki zły. A weźcie pod uwagę, że byłam już wtedy naprawdę głodna i powinno mi być wszytsko jedno. Baca miał już dojeżdżać, wywlokłam się więc na zewnątrz i czekałam… aż w końcu się wyłonił, tłumacząc obficie przez jakie to dziury się tłukł. W sumie powinnam się była cieszyć, że podwozia mu nie urwało i że w ogóele dojechał. I jak już tak jechaliśmy (aż dotąd, przez tyle lat wydawało mi się, że do Cieszyna z Katowic nie jest daleko) i wpadliśmy po drodze do KFC (niestety poprzedni ‚posiłek’ spowodował we mnie jadłowstręt i wmusiłam w siebie tylko lodowatego (szczyt inteligencji) krushera czy co to tam było).
Ale przynajmniej w drodze tej nerwy mi już popuściły, poziom adrenaliny spadł do akceptowalnego. Liczyłam na to, że nic nas więcej już po drodze nie zatrzyma, nie zaskoczy, nie udupi. I o dziwo nic takiego się nie stało! Dojechaliśmy na Borsuczą po 23:00 (a może przed północą ledwo). Po 34h. Nie jestem w stanie opisać mojego zmęczenia i obolałości, które jeszcze męczyły mnie przez następne kilka dni. Pozostało kilka dni do następnej długiej podróży autobusowej do Rzymu. Kilka dni, kiedy to nie zdążyłam nawet odpocząć. Mimo iż np. następnego dnia (w piątek czyli) spałam do południa.

Cóż więcej rzecz? Dzięki Mamo, dzięki Pawełku! Dzięki wszystkim, którzy czekali na mój powrót, a nawet mi kibicowali!
I nigdy więcej takiego czegoś! Przygoda, przygodą ale kurde nie z przymusu…
Dziękuję za uwagę.

 
 

Reisefieber & urywający się kabel od zasilacza…

18 gru

to w skrócie może oznaczać problemy z łącznością (ręka mi już cierpnie od trzymania kabla)…
dlatego zainteresowanych informuję, że wylot mam jutro – przez Kopenhagę i ląduję w czwartek po 13 w Katowicach, planuję jeszcze odwiedziny po drodze z lotniska więc będę wieczorem najwcześniej. Wtedy jak ktoś coś to dzwonić. Będę raczej zajęta w piątek, sobotę… Ale widzimy się w niedzielę- pamiętajcie!!!

podam Wam potem plan cały na moje ferie w Polsce/Rzymie…

Także buziaki, uściski i do zobaczyska!

ps: możecie mi życzyć powodzenia w siedzeniu bez kompa 18h na lotnisku.. zapewne oszaleję…
ps2: życzę Wam powodzenia w powrotach do domu – z mnij lub bardziej daleka… z Krk szczególnie…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 

Żegnam Pana!

18 gru

Nie wiem czy blog jest odpowiednim miejscem dla takich wiadomości, ale…

Przykro mi ale nie mogę już tak dłużej. Musimy się rozstać, nie widzę innej opcji. Wiem, że byliśmy ze sobą przez 4 lata – szmat czasu i szczerze mówiąc myślałam, że nasz związek przetrwa przynajmniej jeszcze nieco dłużej. Nie zapomnę tego, jak gotowy byłeś służyć mi prawie na każde zawołanie. Spędzaliśmy ze sobą całe dnie, czasem także noce. Zdarzało się, że zasypiałam w Twoich objęciach i mogłam liczyć na to, że ogrzejesz mnie podczas zimowych wieczorów. Radości i smutki, wspólne oglądanie filmów czy zakuwanie do egzaminów. Wiesz, naprawdę sporo się dzięki Tobie nauczyłam…

Ale coś się zmieniło, popsuło. Mam wrażenie, że przestajesz kontaktować i nie odpowiadasz kiedy staram się z Tobą porozumieć. Stałeś się jakiś otępiały i ospały. Czasem jeszcze zamykasz się w sobie znienacka i bez ostrzeżenia. Naprawdę nie mogę już tak dłużej, zrozum. może jestem dość brutalna ale cóż – takie życie.
I tak – jest ktoś na twoje miejsce, mój drogi. Wiadomość ta pewnie zaskoczy i zasmuci Cię jeszcze bardziej, ale ja już dokonałam wyboru. Nie zapomnę tego, co dla mnie zrobiłeś – bądź tego pewien, ale chyba Twój czas się już skończył. Myślę, że związek z nim, z tym nowym będzie dużo bardziej owocny. Mam nadzieję, że uda Ci się związać z kimś… kto ma po prostu mniejsze wymagania.

Tak, Mój Drogi jak w piosence: zamienię Cieeebie na lepszy model… D o s ł o w n i e tak mój stary laptopie.

Dziękuję, Krzyś, za cenne porady i cierpliwe tłumaczenie czym i dlaczego się kierować w poszukiwaniach, a Mamo, Tobie, za znalezienie dobrej oferty i pośrednictwo w sfinalizowaniu zakupu!

 
 

żołądkowa gorzka grypa

12 gru

Mój epizod chorobowy rozwinął się na tyle, że postanowiłam tu się trochę przeorganizować i poświecić mu osobną notkę.

Notkę tę zaś zaczęłam pisać w poniedziałek, będąc jeszcze w stanie robić cokolwiek, jednak do mojego umysłu zdążyła się już wtedy wkraść myśl, iż ‚zaraz będę chora’… Od czwartku, bowiem, począwszy co równe 48h zdarzały się nam w domu zachorowania na grypę żołądkową i z trendu krzywej wynikało iż za kolejne 48h czyli w środę nad ranem nastaje kolej moja lub Adila na dobę prawie bez życia. Mój umysł, jednak, i organizm przejęły się tym wszystkim (albo podążyły za moim życzeniem, że albo wtorek albo wcale bo potem to już naprawdę jeszcze bardziej nie mam czasu na chorowanie!) aż tak bardzo, że złe samopoczucie zaczęło mnie ogarniać już w poniedziałek późnym popołudniem, a oficjalny początek choroby nastąpił w okolicach północy kiedy to postanowiłam położyć się spać. Z tego względu spędziłam dziś w łóżku już ok 20h z małymi przerwami, głównie śpiąc twarda bądź drzemiąc, niezdolna do czynności innego rodzaju za bardzo. Teraz się chyba czuje trochę lepiej, a przynajmniej jestem w stanie patrzeć na komputer i pisać (tym razem nie robiąc paskudnego błędu ortograficznego w wyrazie ‚żołądkowa’…). Ale niedługo znowu zabiorę się za leżenie… Mogłabym ten stan wykorzystać na przemyślenie trochę niektórych spraw i ogarnięcie się, czego bardzo bym chciała ale obawiam się, że przed wyjazdem mogę nie zdążyć. Niestety nie jestem za bardzo w stanie. Dziwne uczucie kiedy nie można już nawet siłą woli nad sobą zapanować.

środa 12.12.’12
Chciałam iść dziś do szkoły – ha ha ha ha.
Dowlokłam się ledwo po mandarynkę piętro niżej i uznałam, że nie idę nigdzie – jedynie z powrotem do łóżka. Także ładna impreza. Jest południe tzn. mija 36 godzina mojego zalegania w łóżku i nawet nie czuję żeby było chociaż tak lepiej, jak wczoraj wieczorem… Nawet nie jestem w stanie muzyki słuchać, bo mi głowę rozwala, na kompie też tylko na chwilę – po prostu śpię albo leżę i tyle. Ale jutro muszę iść już na norweski (dodatkowy z resztą) bo po świętach opuszczam 3 lekcje i już więcej nie mogę :/ i nie chcę… A nawet i bez tego się zapowiadał ciężki tydzień…
Zapewne sytuacja ta wymaga mojej głębokiej refleksji na sensem cierpienia – oto i ona: chrzań się grypo żołądkowa o!

Jest 14:13 – zdobyłam się na prysznic i postanowiłam się zmienić miejscówkę (po 38h), pokój mój bowiem wcale nie napełnia mnie pozytywnym nastawieniem – wygląda, od już jakiegoś czasu, jak po eksplozji szafy. Dosłownie. A że bywam tam ostatnio dość rzadko, tylko na noc właściwie, to jakoś nie dane mi było jak dotąd tego posprzątać. Zatem postanowiłam ten żałosny widok zamienić na zgoła weselszy i jaśniejszy – świat za oknem pokryła świeża warstwa śniegu i jest bajkowo! – może mi się od tego nieco polepszy…
W sumie to gdybym wiedziała, że potrwa to dłużej niż 24h to zażyczyłabym sobie zachorować w weekend…

W ogóle to zapomniałam Wam podziękować za podnoszące na duchu wczorajsze i przedwczorajsze skype’owanie – dzięki zatem przeogromne! :*

Yay! Wyciągnęłam rzeczy ze zmywarki! ^^ Szczyt moich możliwości na dziś… za obiad się nie biorę nawet, z resztą pewnie i tak dostanę ‚ochrzan’, że miałam odpoczywać…
Jeśli mnie pamięć nie myli to ostatnio tak słabo się czułam po powrocie z obozu z dzieciakami (wrzesień 2010) kiedy spędziłam w łóżku leżąc ponad 2 tygodnie (z czego podczas pierwszego nie byłam w stanie nawet filmów oglądać…). Kolejny dowód na to, że jestem rozpieszczona.

Ej mogę sobie tak pobiadolić, nie? Tak dla równowagi dla tych nadmiernie optymistycznych notek… :P
Z resztą u siebie jestem, moge se, to co ja się będę Was o zdanie pytać…

czwartek 13.12.’12
Wydobrzałam, powiedzmy, przynajmniej na tyle żeby iść do szkoły i zająć się obowiązkami domowymi. Pozostało jedynie straszne osłabienie i mam wrażenie że wszystko, a przynajmniej ja sama, działa w trybie slow motion… Zagnało mnie to do łóżka nadzwyczajnie wcześnie. Na piątek zaplanowałyśmy generalne sprzątanie kuchni także nie ma na co czekać – trzeba wracać do formy!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

Merida na DVD i chodzenie do kościoła oraz nieogarniętość

11 gru

Tak tylko czekałam aż się ukaże Merida w Norwegii na DVD  i ukradkiem liczyłam, że się znajdzie ‚u nas w domu’ no i znalazła się ledwo 2 dni po tym jak trafiła do sklepów ;) Pierwszy seans odbył się w piątek w porze przygotowania obiadu oglądałam więc z przejścia między kuchnią i salonem, podbiegając co chwila do patelni żeby przerzucić naleśnika ;) Nie spodziewałam się jednak, że aż tak się im spodoba, że będą chciały oglądać jeszcze w sobotę i niedzielę.. :D Także polecałam Wam już wiele razy, zbiorowo jak i indywidualnie, ale ośmielę się polecić raz jeszcze :) Warto, jak dla mnie jedna z lepszych Disney’owskich produkcji ostatnich lat, utrzymana w konwencji bardziej klasycznej i mniej ‚cyrkowej’ przez co do mnie dużo bardziej przemawia niż Madagaskary i pokrewne. No szkockie klimaty… Z resztą dla tych, którzy mnie troszkę znają, nie wyda się dziwne, czemu tak bardzo przypadła mi do gustu postać tej rudowłosej księżniczki ;) Na zachętę jedna z piosenek z filmu, no dobra dwie: Touch the sky i Learn me right

………………………………………………………………………………………………………………………………..

Johanna stwierdziła w niedzielę, że strasznie często chodzę do kościoła – szkoda, że nie widziała mnie w czasach zamierzchłych, kiedy to zdarzało mi się to prawie codziennie. No ale w jej rozumieniu raz w tygodniu to jest często. No i pyta mnie jeszcze, czy to nie jest czasem… i tu oba jej kciuki powędrowały w dół. Bo dla niej czasem takie to jest, wolałaby ten czas spędzić ze znajomymi na przykład. W sumie teraz żałuję, że nie odpowiedziałam jej bardziej szczerze. Że to wcale nie zawsze jest ok, że czasem się nie chce i że bywa strasznie nudno. Nie wiem czy to nasz jakiś katolicki upór, że chcemy wszystko pokazywać na zewnątrz w jaśniejszych barwach niż jest naprawdę? To ma być niby tym ‚dawaniem świadectwa’? Wstyd mi tym bardziej, że sama się na własnej skórze przekonałam jak to jest w rzeczywistości.
Dobrze, że Babcia tego nie czyta.
………………………………………………………………………………………………………………………………..

Ponad 3 miesiące przeleciało w zastraszającym tempie i oto już za tydzień wylot do Polski! Czuję się nieogarnięta wciąż i mentalnie nieprzygotowana na ten wyjazd/przyjazd/powrót (z tym ostatnim słowem mam zawsze największy problem i stosuję je zwykle najostrożniej…) i na Rzym – mimo szczegółowego planu, który spisany został w moim magicznym zeszycie organizacyjnym już jakiś czas temu…
Ale cieszę się, że się z Wami zobaczę! :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

Zapamietajcie: 23 grudnia się widzimy!

05 gru
invitasjon-23-des

ps: potwierdźcie mi, że będziecie – fb, gg, skype albo komentarze tu, ok?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Exciting news

 
 

  • RSS