RSS
 

Archiwum - Listopad, 2012

Let’s make a banana cake! + wielkie powroty z ciepłych krajów

30 lis

Po tym jak w ubiegłą niedzielę moje podejście do ciasta bananowego zakończyło się klęską, odechciało mi się całkiem podejmowania kolejnej próby. Jednak przyzwyczaiłam się już do tego, że tutaj, niczym w jakimś magicznym świecie, (prawie tzn. 99,9%) wszystko mi się udaje… No i chyba z tego względu nie chciałam się narażać na kolejne niepowodzenie. Ale dziś Anne postanowiła, że upieczemy jeszcze jedno (w końcu te banany są już zbyt dojrzałe na cokolwiek innego) i oto w tej właśnie chwili chłodzi się ono po wyciągnięciu z piekarnika i czeka na kolejny etap tzn na polewę ^^ Wykorzystałyśmy tym razem inny, TEN przepis i zrobimy to ciasto w wersji more fancy and for grown ups. Wygląda na to, że tym razem może się udać, ale wróćmy jeszcze na chwilę do tego pierwszego, z niedzieli. Miało być ono z założenia jak najprostsze i bez dodatkowych udziwnień typu orzechy, rodzynki czy nie daj Boże polewa czekoladowa, bo nie przeszłoby ono dziewczynkom (szczególnie Julii) przez gardło. Znalazłam więc TAKI przepis [podaję wzorując się na pani Oldze Tokarczuk, która w książkę "Dom dzienny, dom nocny" wplotła przepis na śmiercionośną zupę z muchomorów bodajże...] i wszystko wydawało się niemal dziecinnie proste. Dopiero podczas pieczenia uświadomiłam sobie, że piekę ciasto z niezamierzonym knockout‚em jajecznym (w genetyce molekularnej wykorzystuje się organizmy np. myszy z knockout‚ami genetycznymi czyli pozbawione określonego genu, między innymi do badania funkcji danych genów) ale w sumie w przepisie było tylko 1 jajko to może to, że go zabrakło, nie okaże się tragedią..? Ciasto jednak wyrosło i ładnie się zarumieniło; po upieczeniu zostawiłam je do ostudzenia i pojechałam na wieczorną mszę, aby tuż po powrocie dowiedzieć się, że zakalec. Masakryczny wręcz zakalec. Jestem prawie pewna, że nie było to winą knockout‚u. 4 banany na tyle mąki i cukru naprawdę obciąża ciasto i chyba trudno przy takim przepisie o uniknięcie zakalca w ogóle… Było oczywistym, że nikt nie miał już na nie ochoty, było mi jednak żal mojej pracy i użytych składników więc postanowiłam rozprawić się z nim sama w ciągu nadchodzącego tygodnia. W sumie po pokrojeniu na cienkie plasterki okazało się nie najgorszą formą przekąski. Dziś zaś wrócił Adil (Is that a cake? – he asked. No, it’s a disaster… – answered I, but he didnt seem to listen to this.) i pochłonął ostatnią część zakalca dodając, że mogę je jeszcze kiedyś powtórzyć – i jak tu go nie lubić no… :D

No bo właśnie – Adil dziś wrócił z Tanzanii rozgrzanej do momentami nawet 35 stopni, do naszego od rana zaśnieżonego Bergen zazdroszczę Tanzanii ale nie zazdroszczę tego szoku termicznego… Za niedługo zaś spodziewamy się powrotu momor i morfar z urlopu na Grand Canaria, gdzie zapowiadano temperatury w okolicach 20 stopni. W odwiedziny zaś wpaść ma jeszcze siostra Anne z rodziną i tym sposobem zrobi się tu dziś wieczorem ‚pełna chata’ (btw pamiętacie ten serial..?) zatem dokańczam właśnie pilnowanie piekących się bułeczek drożdżowych na kolację.

Ach, a ten ciemnoczerwony amarylis na oknie na tle zaśnieżonej zewnętrznej części części naszego świata wygląda cudnie. Właściwie przypomina bardzo już gwiazdę betlejemską… Czuć jeszcze bardziej, że grudzień i święta się zbliżają… Ti di di di – jak to mówi Wiola ;)

Udanego weekendu Wam życzę :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Kulinaria, Życie codzienne

 

Jule nærme er…

25 lis

Jeszcze cały tydzień do adwentu (w którym zapowiada się sporo fajnej zabawy, bo w tym domu to okres oczekiwania, przygotowań, ale wszystko w konwencji zabawowej) a my już mamy zaliczoną część świątecznych zakupów (23 listopada zamiast na cito 23 grudnia), w sobotę zaś najpierw spędziłyśmy trochę czasu na szkolnym kiermaszu świątecznym [w tym prawie magiczny obrzęd robienia świec z naturalnego wosku - ponad 20 osób  wędrujących po ciemnym, oświetlonym tylko małymi świeczkami, warsztacie i zamaczających kolejno swoje sznurki w garnuszku z woskiem, a żeby było ciekawiej jeszcze wszystko to przy wtórze norweskich pieśni/kolęd śpiewanych przez siedzące w kącie dwie panie... po kilkunastu (kilkudziesięciu?) okrążeniach kiedy już prawie wpadłam w trans rozległ się szept 'siste runde' i zawinęliśmy świece w bibułki i wyszliśmy na światło dzienne ;)]. Wieczór zaś upłynął nam na sklejaniu (karmelem -> piękne pęcherze pooparzeniowe…) i dekorowaniem chatek z piernika.

Ale cóż – nastrój świąteczny w sklepach i internecie panuje już od początku listopada – zaraz po halloween, w tym tygodniu sąsiedzi już niektórzy ubrali choinki ogródkowe w światełka – u nas to nastąpi DOPIERO za tydzień. Oranżada świąteczna (słodka, różowa, landrynkowa) czyli julebrus też już od dawna w sklepach (i w lodówce naszej).

Także coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

O jacie, o jacie! Mam gumowe gacie :D

23 lis

No więc broniłam się długo przed tym, bo ja ogólnie to nie lubię ani peleryn ani niczego gumowego od deszczu. Myślałam, że może kalosze + parasol to już spoko i okej. Ale jednak jak przychodzi się przejść na spacer, gdzieś przez bagna na przykład to się takie coś przydaje i miałam już ostatnio parę razy pożyczone, o wiele za duże oczywiście. Tak więc skoro i tak mi przyszło wymienić dostane w poniedziałek za duże spodnie narciarskie (na 13 lat, przypominam) to wzięłam w zamian przeciwdeszczowe, gumowe. Rozmiar na 12 lat :P

Obiecali mi z tej okazji bardziej hardcore’owe spacerki… :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

Antydepresyjne Śniadanie Mistrzów II

22 lis
img_0060

II bo Śniadanie Mistrzów I to oczywiście Muffinka & co. na Ulriken ;)

Szczególnie teraz, na bardzo ciemne, zimne i zadeszczone poranki jest czymś niezbędnym! Właśnie skonsumowałam swoja słuszną porcję.

1. Owsianka na mleku: źródło aminokwasu – tryptofanu, który jest niezbędnym składnikiem do produkcji neuroprzekaźnika – serotoniny w mózgu (serotoninę zaś potocznie nazywamy ‚hormonem szczęścia’) Kasza manna ma go podobno jeszcze więcej więc z powodzeniem można stosować je wymiennie!

2. Banan (albo 1/2): źródło potasu, kwasu foliowego i wit. C, podobno serotoniny również!

3. dżem malinowy – witaminki ^^ no i pychotka

4. polewa czekoladowa – tak dla rozpieszczenia się totalnie (na samą myśl już się poprawia humor przecież!) i doskonale się komponuje z bananami i malinami! Ponadto po spożyciu posiłku wysokobiałkowego wskazane jest spożycie czegoś słodkiego – dzięki temu aminokwasy kierowane są we właściwe miejsca organizmu (np ten tryptofan do mózgu) – więc jakby komuś brakowało naukowego uzasadnienia użycia czekolady, to już je ma ;)

Jeśli jednak ktoś pragnie ograniczać słodkości – całym sercem polecam wersję owsianki z białym serkiem i orzechami na górze!

Dodatkowo taka porcja dostarcza sporo energii na dobre rozpoczęcie dnia i daje poczucie sytości i skutecznie ogrzewa:)
Spożycie jej zaś podczas spektakularnego wschodu słońca (jeśli akurat się taki zdarza) daje dodatkowe +30 pkt do poprawy nastroju! [Cóż.. obecnie na spektakularne wschody słońca nie mam co liczyć, muszę się zadowolić tym, że w ogóle przed 9:00 raczy wstać gdzieś tam za ta grubą warstwą chmur..]

Mam nadzieję, że skutecznie Was przekonałam! Sama zajadam się tym kilka razy w tygodniu (razem z Anne) więc wiem, o czym mówię :)
Polecam jako jedno z narzędzi do obrony przed jesienno-zimową chandrą!

I jak mi jeszcze raz ktoś powie, że Śniadanie Mistrzów = kawa (szczególnie na czczo zakwasza organizm!) + papieros, to niech się potem nie dziwi, że patrzę nań z politowaniem…

Życzę smacznego i miłego dnia wszystkim! :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Exciting news

 

Podryw ^^

21 lis

Słuchajcieee..! Ale mnie dzisiaj w autobusie uroczy niebieskooki blondyn podrywał! Nawet drinka proponował…

 

szkoda, że miał jakiś roczek może :P :D

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Exciting news

 

Rybak

20 lis

Alexander w sensie że. Dla tych co nie do końca (albo i wcale) kojarzą: w 2009 jego Fairytale okazała się zwycięską piosenką na Eurowizji. 26-latek, z pochodzenia Białorusin ale od dziecka mieszkający w Norwegii. Pochodzi z muzycznej rodziny, a na skrzypcach (i nie tylko) gra od 5-go roku życia. Więcej wie ciocia Wiki i do niej odsyłam zainteresowanych.

Mi się osobiście gdzieś tam przewinęła Fairytale (za sprawą Kamilka), w wakacje zaś wpadła w ucho OAH (j.w.)(nie powiem kogo mi Moa przypomina :P) [o kurcze.. a jakby tak dziewczynkom to wkręcić zamiast Gangnam style..!]i od tego czasu go trochę bardziej męczyłam, szczególnie, że już był to czas myślenia mojego o Norwegii coraz bardziej na poważnie, a widoczki takie jak np w teledysku do Roll With The Wind albo Europe’s Skies, jeszcze bardziej mnie utwierdzały w przekonaniu, że to już ten czas żeby do Norwegii wrócić. Nie powiem, że uwielbiam wszystko cokolwiek  stworzy. Te kawałki skrzypcowe i bardziej akustyczne owszem. Ale są i takie, które brzmią jak dla mnie zbyt popowo albo zbyt melancholijnie (nawet jak dla mnie) i nie jestem w stanie ich wysłuchać do końca.  Ale teksty też ma czasem bardzo trafne i to akurat mi się podoba.

No i dziś właśnie, podczas sprzątania, wpadła mi w rękę sobotnia gazeta z wielkim jego zdjęciem na okładce. ‚A co tam – przeczytam se’ pomyślałam. Będzie ładny challenge, bo jestem pewna, że moje przedszkolne słownictwo nie jest wystarczające  do jego zrozumienia, za to jestem ciekawa na ile zrozumiem cokolwiek. Pomocny jest oczywiście google translator, ale mimo iż znalazłam ten artykuł w necie nie zamierzam go tam w całości Ctrl + V. Bo raz, że chce sobie potrenować, a dwa, że to jest bezmyślne urządzenie i nie można mu za bardzo ufać a jedynie się nim wspomagać.  Artykuł ciekawy także go polecam ;) Już zdążyłam się nauczyć tak użytecznych słów jak cycki, majtki i kaftan bezpieczeństwa (puppene, truser, tvangstrøye) :D  a dopiero tkwię w pierwszym akapicie.
Ogólnie zaś chodzi o to, że Aleksander jest zmęczony nękającymi go (psycho)fankami i chyba ze stanu takiego jak w OAH przeszedł do tego z nowej Leave Me Alone

Ja wiem, że wręcz każecie mi podrywać Norwegów, ale czy mam zaliczyć się do tego grona psychofanek i mierzyć z tym uwodzeniem aż tak wysoko? W sumie mogłabym mój wyjazd, naukę norweskiego i to wszystko podciągnąć pod taki cel, nieprawdaż? ;) Ale skoro on już taki zniechęcony, a ja najbardziej to nie lubię być nachalna [i nie, nie wyślę mu też swoich majtasków w liście]. W dodatku nie do końca wiadomo, czy któraś z tych panien, co o nich śpiewa, nie jest przypadkiem już przez niego upatrzona na zawsze… Cóż, czyli jak zwykle :P

edit:
Przeczytałam! :) Może jednak wybiorę się na wycieczkę do Oslo hmm…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Languages

 

tjuefire år

19 lis

Po pierwsze bardzo podoba mi się ta rodzinna tradycja budzenia solenizanta z prezentem i serwowaniu mu/jej gofrów na śniadanie :)

Po drugie właśnie – prezent :) Dostałam fajowskie gacie przeciwdeszczowo-narciarskie! Na metce widnieje rozmiar 158 (cm) i… 13 yrs ^^ To jeszcze nic – są za duże i musimy je wymienić! :D Chyba powinnam płakać ale nie mogę się przestać śmiać z tego powodu… Anne tez się prawie popłakała ze śmiechu jak jej o tym powiedziałam ;) Kolejna anegdotka do kolekcji ;) W sumie to już przyzwyczaiłam się do tego typu metek dołączonych do pewnej ilości moich ciuchów ;) 13 nie jest tą najniższą liczbą…

Po trzecie- bezcenne: przynieść do szkoły cukierki z okazji 24-tych urodzin!nie sądziłam, że jeszcze kiedyś będzie mi to dane! Szczególnie w tym wieku! Ale skoro zdarzyła się sposobność – nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności! Wszystkim się ten pomysł spodobał oczywiście, a ja znów mogę być dumna, że podkreślam i popularyzuję nasze polskie zwyczaje :)

Z jednej strony dopada mnie myślenie, że JESZCZE NIGDY NIE BYŁAM TAK STARA JAK DZIŚ, że może to już nie czas na wygłupy i wartałoby się ustatkować. Ale silniejszy głos podpowiada mi, że JUŻ NIGDY NIE BĘDĘ TAK MŁODA JAK DZIŚ i muszę to wykorzystać!

Czy to, że Adil właśnie akurat dziś wyleciał do Tanzanii to jakiś znak? Btw nie będzie go aż 2 tygodnie, a to oznacza, że przez 2 tygodnie mamy totalny babiniec! Zapowiada się dużo roboty dodatkowej… ale damy radę! :)

A tak w ogóle to za równy miesiąc wsiadam w samolot!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 

11

11 lis

11.11 dziś i tak się składa, że ta liczba dziś jakoś mnie prześladuje…

Chodzą mi po głowie myśli okołopatriotyczne. Na emigracji to się chyba robi bardziej znamienne… W sumie nigdy nie byłam specjalnie patriotką, dopiero powoli do tego dojrzewam. Na pewno doceniam i jestem wdzięczna tym, którzy przez tyle lat walczyli (i walczą także dziś) o wolność naszego kraju i w nim. Nie wiem na ile jesteśmy państwem niepodległym skoro podlegamy UE  i jej nieciekawym pomysłom. Ale na tym się po prostu nie znam. Widzę za to, że państwa takie jak Szwajcaria i Norwegia mają się całkiem dobrze i wydaje mi się, że to dzięki niewchodzeniu w tego typu układy… Szkoda mi, że marnuje się nasz potencjał, kapitał ucieka za granicę podobnie jak młodzi i wykształceni obywatele. Gdyby tylko wreszcie zajął się rządzeniem ktoś kompetentny to moglibyśmy być stolica dobrobytu. Ale wciąż wybiera się przedstawicieli państwa z grona klaunów… Raczej to gorzka refleksja dlatego na co dzień wolę się skupiać na pielęgnowaniu i krzewieniu polskich tradycji i zwyczajów – kulinarnych, ale nie tylko.

11 lat temu dokładnie osiedliła się moja rodzina (najbliższa oczywiście) w Cieszynie! Też to jakiś wyraz niepodległości. Ale tematu tego nie zamierzam rozwijać. Najlepszego dla Mojej Rodzinki!

11 osób było nas w sumie w Bømlo. Powiem tylko, że to liczba bardzo nieparzysta. Bardzo niepodległa i niezależna, nieparzysta 11-stka. Tego tematu też nie rozwinę, bo nie.

11 miesięcy ma już ten przedziwny rok…

11 lat już walczę…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

Rodzinne weekendy i „dzika” Norwegia

11 lis

Znajoma z kursu norweskiego, Filipinka Greyz, napisała kiedyś na fb: „Norway is indeed a beautiful country. I love their amazing landscapes and wonderful people. No wonder they are listed as the happiest country next to Denmark. One thing i noticed is that eventhough they have a lot of money, they don’t spend it to buy big houses or luxury cars. Instead, they travel as much as they can and just enjoy stuffs they love to do. It’s a great experience for me to live in Scandinavian countries. ♥ „

I z tym się właśnie zgadzam, a przynajmniej tak to widzę na przykładzie mojej host family. Spotkania z rodziną, a w szczególności z dziadkami – rodzicami Anne zdarzają się tu dość często. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu spędziliśmy z całą rodziną, dziadkami i kuzynami (dziećmi siostry Anne) weekend w cottage, teraz jesteśmy w Bømlo – w domu dziadków (btw bardzo ładny dom! taki inny.. i pełen azjatyckich mebli i innych pamiątek z okresu kiedy mieszkali w Singapurze i zbudowany na skałach także ‚skalniak’ w ogródku to tu nie imitacja), na wyspie skąd pochodzi Anne i wreszcie miałam okazję poznać również jej siostrę z mężem (ostatnim razem ominęła mnie wycieczka tutaj bo sobie zachorzałam trochę..). Strasznie tzn. bardzo podoba mi się taki sposób spędzania wolnego czasu z całą rodziną! Widać, że są ze sobą mocno związani ale też na tyle otwarci, że czuję się całkiem swobodnie kiedy zabierają mnie ze sobą. I mogłoby się wydawać, że w takim razie muszą mieszkać całkiem blisko – nic z tych rzeczy. Żeby dojechać do cottage samochodem (jakieś 80km) potrzeba nam ok 1,5h. Żeby dostać się do Bømlo – jakieś 3h (w tym ok 50min na promie – btw cudownie jest po 15 latach znowu popływać promem! Już w sumie zapomniałam jak to jest… A dziś na powrotnej drodze żeby mieć ‚full ferry experience’ dostałam porcje lodów z posypką tak dużej, że jej zjedzenie zajęło mi prawie pół godziny…) a dziadkowie są wciąż pracujący (wiek emerytalny w Norwegii: 67lat) więc też nie oznacza to, że się nudzą i przyjeżdżają kiedy tylko chcą. A jednak dbają o te relacje i widać gołym okiem jak się tym cieszą :) Chciałbym żeby u nas też tak było…

Myślę, że bardzo dobrze spełniamy wyłuszczone w naszej umowie „The au pair shall be treated as a member of the family and shall be given an opportunity to participate actively in family life.”

Przy okazji muszę przyznać, że to nie tylko domena Norwegów – u Krakusów królują rodzinne gry planszowe (i nie tylko) oraz wieczory filmowe – bardzo mi się to podoba! :)

A co do bieżącego weekendu jeszcze – przed chwilą /sobotnie popołudnie jest/ wróciliśmy (z mamami i dziećmi) z przedstawienia/musicalu „Folk og røvere i Kardemomme by” opartego na opowiadaniu Thorbjørn Egner, na którym wychowały się Anne i jej siostra. Historia opowiada o miasteczku Kardemomme, w którym grasuje trzech złodziei: Kasper, Jasper i Jonatan, którzy w końcu po przyłapaniu na gorącym uczynku zamiast trafić do aresztu zostają obdarzeni drugą szansą i rehabilitują się ratując miasteczko od pożaru. Bardzo znana opowieść w całej Norwegii, piosenki znane i śpiewane nie tylko przez dzieciaki, także nie mogło jej zabraknąć w programie mojej edukacji kulturalnej ;) W ogóle myślałam, że to przyjezdna grupa teatralna ale mi uświadomiły panie, że to tylko ludność tutejsza! Musze przyznać, że jestem pod wrażeniem, że w tym 10 tysięcznym miasteczku działa taka prężna grupa teatralna! Także folklor pełną gębą :D I jeszcze bardzo mi się scenografia podobała: domki, które po odwróceniu mają urządzone wnętrza – coś, co bardzo lubię :)

Wczoraj /sob/ miałam okazję pospacerować sobie.. po bagnach właściwie, a dziś  przed powrotem do Bergen mieliśmy ognisko na skraju lasu. I kiełbaski na ognisku pieczone na (teleskopowych!) kijkach po owinięciu ich ciastem drożdżowym – mega pomysł! :) Stroju jaki wdziałam z tej okazji pogratulowałby mi zapewne sam Tomasz Jacyków: kremowe kalosze z czarną kratką + za duże o chyba 10 rozmiaru czarne spodnie przeciwdeszczowe włożone do kaloszy i podwinięte kilka razy od góry + brązowo-różowy softshell + ciemnoniebieski wielki szal + szara czapka! :P

***

Trochę o „dzikiej” Norwegii.
Czemu „dzikiej”? Bo Bergen jest dość specyficzne. Po pierwsze jest drugim co do wielkości i zaludnienia miastem w Norwegii – zaraz po stolicy, rozciągnięte na dużym obszarze i z dość gęstą zabudową. Bardzo je lubię i w nocy uwielbiam patrzeć na te światełka z domów pokrywające zbocza gór i odbijające się w wodzie… Ale takie miasta są w Norwegii raczej rzadkością i większa część powierzchni tego jest taka właśnie bardziej „dzika”. Z wyjazdów poza Bergen (oczywiście od kiedy tu jestem teraz, rok 1997 się nie liczy) udało mi się odwiedzić na razie (kurcze.. zapomniałam znowu nazwę) w pobliżu fiordu Hardanger, gdzie ‚mamy’ cottage; Valen – dom Krakusów, a teraz właśnie Bømlo (oba miejsca jakieś 3h drogi na południe od Bergen z tym, że Bømlo jest osobną wyspą połączoną z resztą lądu mostami). Widoki w tych pozabergeńskich miasteczkach (czy wioskach, jeśli tak wolicie je określać) są zgoła odmienne niż w Bergen. Dość rzadka zabudowa, zbocza gór wchodzące wprost do wody z pojedynczymi wetkniętymi w nie uroczymi domkami i zacumowanymi przy brzegu łódeczkami albo kajakami – ten widok po prostu uwielbiam i mam nadzieję, że uda mi się wreszcie kiedyś zrobić jakieś dobre zdjęcie takiegoż. No i niesplugawione ludzkim działaniem piękne lasy pełne różnego rodzaju owoców leśnych i grzybów (o dziwo grzybobranie wśród Norwegów wcale popularne nie jest, aż się dziwię, że ta tradycja rodem z Pana Tadeusza przetrwała w naszym kraju, gdzie o dobre zbiory chyba coraz trudniej, a na pewno nie tak łatwo jak tutaj).

Poza tym Bergen jest miastem międzynarodowym i chyba nawet łatwiej na ulicy spotkać obcokrajowca niż Norwega, a nawet język polski wcale nie tak trudno usłyszeć (i uśmiecham się wtedy w duchu, no bo przecież nie pod wąsem ;) Trochę mi to przypomina Kraków…  Ach Kraków…

Znajoma z kursu norweskiego, Filipinka Greyz, napisała kiedyś na fb: „Norway is 

indeed a beautiful country. I love their amazing landscapes and wonderful people. No

wonder they are listed as the happiest country next to Denmark. One thing i noticed

is that eventhough they have a lot of money, they don’t spend it to buy big houses

or luxury cars. Instead, they travel as much as they can and just enjoy stuffs they

love to do. It’s a great experience for me to live in Scandinavian countries. ♥ ”

I z tym się właśnie zgadzam, a przynajmniej tak to widze na przykładzie mojej host

family. Spotkania z rodziną, a w szczególności z dziadkami – rodzicami Anne zdarzają

się tu dość często. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu spędziliśmy z całą rodziną,

dziadkami i kuzynami (dziećmi siostry Anne) weekend w cottage, teraz jesteśmy w

Bømlo – w domu dziadków (btw. bardzo ładny dom! taki inny.. i pełen azjatyckich

mebli i innych pamiątek z okresu kiedy mieszkali w Singapurze i zbudowany na skałach

także ‚skalniak’ w ogródku to tu nie imitacja), na wyspie skąd pochodzi Anne i

wreszcie miałam okazję poznać również jej siostę z mężem (ostatnim razem ominęła

mnie wycieczka tutaj bo sobie zachorzałam trochę..). Strasznie tzn. bardzo podoba mi

się taki sposób spędzania wolnego czasu z całą rodziną! Widać, że są ze soba mocno

związani ale też na tyle otwarci, że czuję się całkiem swobodnie kiedy zabieraja

mnie ze sobą. I mogłoby sie wydawać, że w takim razie muszą mieszkać całkiem blisko

- nic z tych rzeczy. Żeby dojechać do cottage samochodem (jakieś 80km) potrzeba nam

ok 1,5h. Żeby dostać się do Bomlo – jakieś 3h (w tym ok 50min na promie – btw.

cudownie jest po 15 latach znowu popływać promem! Już w sumie zapomniałam jak to

jest…) a dziadkowie są wciąż pracujący (wiek emerytalny w Norwegii: 67lat) więc

też nie oznacza to, że sie nudzą i przyjeżdżają kiedy tylko chcą. A jednak dbają o

te relacje i widać gołym okiem jak się tym cieszą :) Chciałbym żeby u nas też tak

było…
Myślę, że bardzo dobrze spełniamy wyłuszone w naszej umowie „The au pair shall be

treated as a member of the family and shall be given an opportunity to participate

actively in family life.”

Przy okazji muszę przyznać, że to nie tylko domena Norwegów – u Krakusów królują

rodzinne gry planszowe (i nie tylko) oraz wieczory filmowe – bardzo mi się to

podoba! :)

A co do bierzącego weekendu jeszcze – przed chwilą /sobotnie popołudnie jest/

wróciliśmy (z mamami i dziećmi) z przedstawienia/musikalu „Folk og røvere i

Kardemomme by” opartego na opowiadaniu Thorbjørn Egner, na którym wychowały się Anne

i jej siostra. Historia opowiada o miasteczku Kardemomme, w którym grasuje trzech

złodziei: Kasper, Jasper i Jonatan, którzy w końcu po przyłapaniu nagoracym uczynku

zamaiast trafić do aresztu zostają obdarzeni drugą szansą i rehabilitują się ratując

miasteczko od pożaru. Bardzo znana opowieść w całej Norwegii, piosenki znane i

śpiewane nie tylko przez dzieciaki, także nie mogło jej zabraknąć w programie mojej

edukacji kulturalnej ;) W ogóle myślałam, że to przyjedzna grupa teatralna ale mi

uświadomiły panie, że to tylko ludność tutejsza! Musze przyznać, że jestem pod

wrażeniem, że w tym 10 tysięcznym miasteczku działa taka prężna grupa teatralna!

Także folklor pełną gębą :D I jeszcze bardzo mi się scenografia podobała: domki,

które po odwróceniu mają urządzone wnętrza – coś, co bardzo lubię :)

A dziś /niedziela/ przed powrotem do Bergen mieliśmy ognisko na skraju lasu! I

kiełbaski na ognisku pieczone na (teleskopowych!) kijkach po owinięciu ich ciastem

drożdżowym – mega pomysł! :) Stroju jaki wdziałam z tej okazji pogratulowałby mi

zapewne sam Tomasz Jacyków: kremowe kalosze z czarną kratką + za duże o chyba 10

rozmiaru czarne spodnie przeciwdeszczowe włozone do kaloszy i podwiniete kilka razy

od góry + brązowo-różowy softshell + ciemnoniebieski wielki szal + szara czapka! :P

***

Trochę o „dzikiej” Norwegii.
Czemu „dzikiej”? Bo Bergen jest dość specyficzne. Po pierwsze jest drugim co do

wielkości i zaludnienia miastem w Norwegii – zaraz po stolicy, rozciągnięte na dużym

obszarze i z dość gęstą zabudową. Bardzo je lubię i w nocy uwielbiam patrzeć na te

światełka z domów pokrywajace zbocza gór i odbijające się w wodzie… Ale takie

miasta są w Norwegii raczej rzadkością i większa część powierzchni tego jest taka

właśnie bardziej „dzika”. Z wyjazdów poza Bergen (oczywiście od kiedy tu jestem

teraz, rok 1997 się nie liczy) udało mi się odwiedzić na razie … w pobliżu fiordu

Hardanger, gdzie ‚mamy’ cottage; Valen – dom Krakusów, a teraz Bomlo (oba miejsca

jakieś 3h drogi na południe od Bergen z tym, że Bomlo jest osobną wyspą połączoną z

reszta lądu mostami). Widoki w tych pozabergeńskich miasteczkach (czy wioskach,

jeśli tak wolicie je określać) są zgoła odmienne niż w Bergen. Dość rzadka zabudowa,

zbocza gór wchodzące wprost do wody z pojedynczymi wetkniętymi w nie uroczymi

domkami i zacumowanymi przy brzegu łódeczkami albo kajakami – ten widok po prostu

uwielbiam i mam nadzieję, że uda mi się wreszcie kiedyś zrobić jakieś dobre zdjęcie

takiegoż. No i niesplugawione ludzkim dzałaniem piękne lasy pełne różnego rodzaju

owoców leśnych i grzybów (o dziwo grzybobranie wśród Norwegów wcale popularne nie

jest, aż się dziwię, że ta tradycja rodem z Pana Tadeusza przetrwala w naszym kraju,

gdzie o dobre zbiory chyba coraz trudniej, a na pewno nie tak łatwo jak tutaj).

Poza tym Bergen jest miastem międzynarodowym i chyba nawet łatwiej na ulicy spotkać

obcokrajowca niż Norwega, a nawet język polski wcale nie tak trudno usłyszeć (i

uśmiecham się wtedy w duchu, no bo przecież nie pod wąsem ;) Trochę mi to przypomina

Kraków… Ach Kraków…

 

Gangnam style – wtf?!

10 lis

Możecie mi wyjaśnić, co takiego ma w sobie utwór (a raczej wytwór, tylko że utwór jest określeniem prawniczym i nie zawiera w sobie pierwiastka oceny poziomu artystycznego tegoż i tylko ze względu na to używam tego określenia) koreańskiego ‚artysty’, że stał się piosenką nr 1 na YouTube z zatrważającą wręcz liczbą wyświetleń (samego tylko oficjalnego teledysku): (na tą chwilę, opublikowany zaś lipca br!). No co ma w sobie takiego, że słuchają go miliony? Może temat by mnie tak nie obszedł (wszak radia, w którym leci ona chyba co 5 min nie słucham poza krótkimi pobytami w samochodzie) gdyby nie fakt, że piosenka ta wpadła w ucho moim małym dziewczynkom! I nawet Julia porzuciła już namiętne słuchanie „We are young” na rzecz tego… czegoś. I jak słyszę je (i ich koleżanki i kuzynostwo) śpiewające sobie ‚heeej sexi lady, woop, woop!…’ to mnie wręcz skręca no. Śmialiśmy się z Ai  se eu te pego, że niby tandetny tekst tralalala ale w tej piosence to ja tym bardziej nie widzę żadnej głębi. Tylko kicz, ale może w tych czasach to właśnie jest na topie? Albo to ja się ślizgam po powierzchni swoim małym rozumkiem nie ogarniając tej głębi?

A nie, przepraszam – przebrnęłam przez tłumaczenie tekstu i odkryłam głębię „Dziewczyna, która się zakrywa, ale jest bardziej seksowna niż dziewczyna, która wszystko odsłania”, przy czym mnie to nadal nie przekonuje.

Wiem, że ja się nie znam na muzyce, z drugiej strony zaś de gustibus non est disputandum, ale proszę – niech mi ktoś wyjaśni ten fenomen… Bo mam wrażenie, że naprawdę populacja ludzka dąży do jakiegoś zbiorowego ogłupienia i szaleństwa… Naprawdę gorąco zachęcam do dyskusji! Bo tak swoją droga to ja się tu staram bardzo, a Wy (z małymi wyjątkami) tacy milczący jesteście…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 
 

  • RSS