RSS
 

Archiwum - Październik, 2012

Marzenie mam..!

25 paź

Zaczynamy od Zaplątanych: Marzenie mam! – przyznam się, że widziałam tą bajkę 4 razy już… [zupełnie przypadkiem tak wyszło, ale jest rekord prawie, bo tylko z Władcą Pierścieni może konkurować. Bo ja w ogóle to wychodzę z założenia, że filmy oglądam raz (czasem przypadkiem 2), bo i tak mam straaaaszne zaległości, no nie do nadrobienia... Dobra, koniec dygresji.]

Tak sobie myślę, że z Marzeniami to jest ogólnie tak, że są ważne dość w życiu. Tylko ja to tak miałam zawsze, że albo się w marzenia uciekało – no żeby nie myśleć o teraźniejszości, albo się z nich rezygnowało, bo przecież życie jest takie brutalne i nie ma co się zadręczać myśleniem o czymś, co nigdy się nie może udać… Taka mądra sentencja mi się przypomniała: „Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki” /Paul Zulehner/ i ja się z nią całkowicie zgadzam, bo właśnie tego doświadczyłam osobiście.
Czasem tylko było normalnie – w sensie, że: ok, mam Marzenie, niech sobie leży i dojrzewa (niekoniecznie na widoku i nie koniecznie bardzo obmyślane dookoła), w końcu przyjdzie na nie odpowiedni czas i wtedy sobie rozkwitnie, a ja mu może trochę w tym pomogę.
Ale teraz nadszedł taki bardzo, bardzo dziwny czas, że mi się same (albo z moim większym czynnym udziałem) te Marzenia jakoś masowo spełniają. Takie ‚marzysz i masz’! I jestem tym zadziwiona, zaciekawiona ale czasem w ogóle nie mogę nawet uwierzyć, że tak może się dziać… No, bo przecież musi być trochę (albo bardzo) ciężko w życiu i nie można mieć wszystkiego itd. No i robię się slightly confused ale w sumie nawet nie mam bardzo dużo czasu na takie analizowanie i rozbieranie tego na części, tylko tak po prostu tym żyję i się cieszę z każdego spełnionego no i przez to sama się robię coraz bardziej spełniona… I to mnie motywuje ciągle żeby jeszcze więcej marzyć i jeszcze więcej podejmować konkretnych działań żeby dalej to tak wyglądało. „Wyciągnij dłonie i chwyć marzenie” – no to chwytam i zdumiewa mnie, że niektóre z nich są rzeczywiście na wyciągnięcie tych (moich własnych!) dłoni. Że może się zdarzać, że MOJE marzenia spełniają się MI a nie tylko innym ludziom… Myślę, że mamy znacznie więcej możliwości do spełniania marzeń, niż się nam wydaje. Czasem naprawdę wystarczy ruszyć dupencję i po nie sięgnąć. A wtedy poziom endorfin skacze mocno do góry :D szczególnie jeśli są to marzenia czekające na swoją kolej już ładnych parę lat – takie wyczekane, a tych mam chyba najwięcej…

Poza tym myślę sobie, że dobrze jest spotykać ludzi, który mają takie same lub chociaż podobne Marzenia, bo można je sobie spełniać razem albo przynajmniej się inspirować i motywować nawzajemnie… Dlatego dziękuj,ę z tego miejsca wszystkim, którzy coś takiego ze mną robili i jeszcze zrobią ;)

Mogłabym tak długo o marzeniu i Marzeniach, ale konkret?
Poprzedni weekend w Valen u Krakusów. Czasem się ma takie pozornie nieduże marzenia. Marzył mi się (od mojej imprezy pożegnalnej czyli 1/2 września) wieczór filmowy. Niby nic, ale tutaj jednak to nie jest takie osiągalne, nawet sama nie mam zbyt dużo czasu na oglądanie w pojedynkę – z resztą to nie to samo… No i spełniło się podwójnie :) Marzyło mi się dobre ciasto, bo tu się za bardzo nie piecze, ostatnim takim była ta muffinka na Ulriken. No i co? dziewczyny się wręcz biją o dostęp do piekarnika i serwują deser za deserem! Nie mówiąc już o pokościołowym zestawie ciast w niedzielę. Z domu mam przeobłędny widok na niesamowite wschody słońca i na powrotnej drodze zamarzyło mi się obejrzeć z łodzi (swoja droga ta podróż to tez ciekawe doświadczenie – jeszcze nie pływałam czymś takim jak hurtigbåt) zachód słońca… Był idealny, w kulminacyjnej fazie karmazynowy! Rozkosznie…

boat2 boat3   boat1

 

 

 

 

 

Lubię pytać ludzi, o czym marzą…
A TY – o czym marzysz?

 
 

Poniedziałku, spadłeś na mnie…

15 paź

Tak to śpiewa Katarzyna Groniec (i naprawdę nie mam bladego pojęcia dlaczego w głowie mej się uroiło, że to Turnau i nawet próbowałam go usilnie odszukać w połączeniu z poniedziałkiem…). Tak czy siak – odpowiednie na dziś. W sumie tytułem tej notki miało być ‚lubię (takie) poniedziałki’, ale marznąc na spóźniony autobus, odczuwając coraz bardziej głód i poszkolne zmęczenie – zmieniłam zdanie.

Ale po kolei.
Po poranku spodziewałam się trudności ze wstawaniem po całym tygodniu laby. Ale nie – musiałam się obudzić o 5:10 i nie zasnąć już ponownie przez całą następną godzinę, kiedy to jeszcze nie musiałam wstawać… Dla dziewczynek odzwyczajenie od trybu wakacyjnego okazało się very painful: snuły się ich małe ciałka po kanapach i fotelach w drodze na śniadanie i już zaczęłam wątpić, że w ogóle dotrą do kuchni, a żeby coś jeszcze zjadły! Ale nie – jakoś się udało to ogarnąć – z pomocą mormor i morfar w sumie…

Miałam w planie godzinę pomiędzy ich a moim wyjściem z domu do szkoły spędzić trochę się rozruszawszy, organizm swój się znaczy, ale wydarzyło się coś, czemu wprost nie mogłam się oprzeć. Niesamowity i jedyny w swoim rodzaju WSCHÓD SŁOŃCA. Zdecydowanie jeden z najpiękniejszych jakie w życiu widziałam, nad ‚naszą wodą’ zyskał jeszcze na wartości. Mój prywatny teatr światła, cieni i kolorów – od czerni i granatu, przez szarości, błękity, róże i pomarańcze do bladożółtego i oślepiająco białego na zakończenie. Bajecznie. Siedziałam tak sobie, popijając dobrą kawę – spektakl trwał prawie godzinę -totalnie oczarowana i zachwycona… A jakby tak kiedyś taki wschód ze szczytu Ulriken..? Być może dopiero na wiosnę…

Szkoła. Poczułam, że jednak tęskniłam i dobrze wrócić. Tak, naprawdę dobrze wrócić do szkoły! Do mojej śmiechowej grupy, w ogóle do ludzi. No i Lea – znowu dziś przeszła samą siebie. Mówi się, że kobiety są fascynujące, bo bez końca potrafią zaskakiwać, ale to co wyczynia ta kobieta nie mieści się w granicach zwykłego zaskakiwania. I tym razem nie o okulary tu chodzi, ale o część stroju – owszem. Wściekle różowa bluzka połączona z gaciami od pidżamy (no bo czym innym mogłyby być błękitne z małpkami, żółtymi autobusami, nadgryzionymi jabłkami i czym tam jeszcze; z materiału zbliżonego do flaneli albo przynajmniej tak mi się wydawało… no chyba, że to jakaś nowa moda? chociaż bardziej jestem skłonna uwierzyć, że sama je sobie uszyła…) to naprawdę zestaw jakiego moja wyobraźnia wytworzyć by nie potrafiła (o jakże boleję nad jej ograniczeniością.. :/) Chciałam się porwać na ukradkowe zdjęcie, ale niestety (jak zawsze w takich sytuacjach) mój telefon poinformował mnie, że needs charging i nic z tego :/ No ale utkwi mi ten obraz w pamięci na długo. Tylko nie żebym się śmiała z niej czy coś – dobrze, że są tacy odważni i nieco pokręceni ludzie na świecie, jest z nimi lepiej – od razu się humor poprawia! Poza tym myślę, że całkiem nas nieźle naucza, a to jest w końcu najważniejsze :)

A potem to już tak jakoś zimniej i ciemniej się zrobiło i mój entuzjazm też tak jakoś sflaczał – niczym gumowa piłka nadziana na drut kolczasty… Zrobiłam obiad i nic już więcej mi się dziś nie chce. I w ogóle czuję po kościach (i po zębach, ale w sumie to też kości…), że czyha na mnie za rogiem jakieś parszywe choróbsko. Nie chcę go – tym bardziej, że się dopiero przecież ledwo wykaraskałam się z poprzedniego…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Languages, Życie codzienne

 

No i po feriach jesiennych…

14 paź

Tydzień przeleciał błyskawicznie no i od jutra normalność: obowiązki domowe, szkoła itd. Ale jestem z tego tygodnia bardzo, ale to bardzo zadowolona i myślę, że udało mi się ten czas optymalnie wykorzystać :) Pobiegałam aż 3 razy, pospacerowałam, wyprawiłam się na Ulriken, co już samo w sobie jest rozkosznym sukcesem :) Myślę, że nie zmarnowałam ani przepięknej jesiennej i słonecznej pogody (która trwa już od czwartku) w ciągu dnia ani tzw. samotnych wieczorów, ale wyspać się też miałam kiedy… Cud, miód i orzeszki po prostu… No właśnie – pyszności, z babeczką czekoladową na szczycie Ulriken na czele, też było trochę.

Totalnie nic nie zrobiłam z norweskiego… No może poza rozklejeniem karteczek à la Bania na różnych sprzętach domowych, ale nadal jeszcze nie zapamiętałam tych słówek :/ Eh, dziś wieczorem to spróbuję nadrobić jeszcze jakoś, ale czuję, że po 2 tygodniach przerwy jutro na lekcjach będzie dramat…
No i dlatego może dobrze, że wraca już moja host family (czuję, że te ich zdjęcia z Rzymu jeszcze bardziej mnie utwierdzą w przekonaniu, że muszę tam jechać na Sylwestra!) i przestawimy się na tryb standardowy – zaczynając dziś wieczorem od rytuału ustalenia planu na cały tydzień.

No i pointa:
Bo tak jak słońce najlepiej smakuje po tygodniach deszczu, tak wakacje lepiej smakują, kiedy zdarzają się tylko czasem.

 

Freedom = wolna chata

07 paź

czyli dzisiaj zaczynamy od pana Halamy Grzegorza: „Freedom”.

Bo tak też się stało: moja host family udała się na ferie jesienne do Rzymu i zostałam na caluteńki tydzień sama na włościach. I pewnie jakby nie to, że już (wczoraj dokładnie) zapisałam się na wyjazd do Rzymu z Taize w okolicach sylwestra, to może bym im trochę nawet zazdrościła tych 20 stopni i włoskiego
słońca…
No ale zostałam tu sama tzn. nie do końca, bo z moimi alter ego‚ami i tabunem myśli. Trochę się boję jak to wszystko wyewoluuje w ciągu tego tygodnia ale w razie czego Pan Psychiatra wraca z urlopu już za tydzień… ;)

A więc „wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni, gdy nie ma w domu dzieci to jesteśmy…” LENIWI. Ale no przecież nie ja! Na pewno cały tydzień będę wkuwać norweski, normalnie tak, że aż chyba od razu przeskoczę na poziom B1! Ale może najpierw zacznę od nadrobienia zaległości zeszłotygodniowych, bo jutro lekcja następna, a od środy jakoś tak nie chciało mi się do tego zajrzeć… Ta.

W ogóle widzę, że zafundowałam sobie ‚abonament’, w którym zawsze się dostaje WIĘCEJ. Jeśli mieszkamy w górach ze świeżym powietrzem to na weekend można się wybrać, jeszcze bardziej w góry, gdzie jest jeszcze świeższe powietrze. Jestem tu jak na bardzo długich wakacjach, w których środku mam jeszcze bardziej luźny, urlopowy tydzień. Wciąż mnie to jeszcze zadziwia..! Ale cóż zrobić – takie życie ;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

O tym, dlaczego nie byłam dzisiaj w szkole

03 paź

Przed przystąpieniem do przeczytania niniejszej notki zalecam, nie – nakazuję! zapoznać się z jednym z odcinków „Z pamiętnika młodej lekarki” proponuję TEN. A następnie przeczytać (polecam na głos, nie bądźcie sztywniakami ^^) dalszą część notki w stylu, w jakim wypowiada się pani Ewa:

Z pamiętnika młodej au pair’ki:

Będąc młodą au pair’ką – po wczorajszym dniu wiedziałam już, że z moją ogólną kondycja i samopoczuciem dobrze nie jest, jednak zapytana rano o to, czy idę do szkoły twardo wychrypiałam, że spróbuję (chyba jeszcze zostało we mnie trochę nadambicji szkolno-studiowej, że póki nie umieram, to nie chcę robić sobie zaległości). No i taki też miałam zamiar. Wykorzystawszy godzinę pomiędzy zakończeniem ‚standardowych czynności porannych’ a ‚o cholera, muszę się zbierać!’ na drzemkę pod cieplutką kołderką i ubrawszy się wielowarstwowo, ruszyłam na autobus. W drodze rozmyślając głęboko nad tym czy mam szansę zdążyć, bo przecież pobiec nie poradzę: w kaloszach i płaszczyku (który jest cieplutki i uroczy ale mało sportowy, a jego kaptur nieco ogranicza mi pole widzenia), z otwartym parasolem i zsuwającą się z ramienia ciężką torebką po jednej stronie, a termicznym kubkiem kawy, po drugiej… Postanowiwszy, że zrobię wszystko w mojej mocy żeby zdążyć, ale w wypadku jego ucieczki: nie czekam na następny tylko wracam pod kołdrę. No więc nie pobiegłam, ale na przystanek trafiłam równo na 9tą minut 24 – czyli na czas – tylko, że ludzi żadnych już nie było i autobus się wydawał być odjechany. ‚O jakże mi niezmiernie przykro’ – pomyślałam i po paru minutach (tak dla pewności) ruszyłam ruchem posuwistym, niejednostajnie opóźnionym w stronę zachodzącego… e znaczy się w stronę łoża mego. Wypiwszy eliksir zwany Theraflu, rozmieszany pisakiem Stabilo (element magiczny) zaległam więc na łożu mym w kolorach bieli i fioletu, w niekomponującej się z nimi piżamie żyrafowej i ręcznikiem na poduszce (w myśl popularnego ostatnio hasła ‚USE PROTECTION‚ osłaniam ją przed pochłonięciem makijażu pt. ‚mam się dobrze i wcale nie jestem chora’) i postaram się rozkoszować myślą o tym, że nie ma mnie na właśnie rozpoczętej Leksjon 6 i nie muszę błagać wzrokiem o niezadawanie mi dziś pytań, przez które będę musiała wydobywać z siebie jakiekolwiek dźwięki. No w sumie rzeczywiście nawet trochę szkoda, bo ja lubię tą szkołę i będę sama sobie musiała nadrobić, ale… Eh no i nie dowiem się w dniu dzisiejszym jakie jeszcze okulary ma Lea w zanadrzu… Jednakowoż mogę dać upust wenie mej, która nawiedziła mnię tego ranka całkowicie znienacka.

Do uslyszenia!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

Ginger & voice

02 paź

Najsampierw muszę koniecznie wspomnieć, że niezmiernie się cieszę z niedzielnego spotkania z wreszcie CAŁĄ rodziną Krakusów – dziękuję Wam bardzo i tak, odwiedzę Was w Valen :)

1. I love HIS ginger hair and warm, smooth, deep voice. I nie mogę go przestać słuchać i wsłuchiwać się… Dobry na zimne i deszczowe dni, na rozespane poranki, nieogarnięte popołudnia i długie wieczory. Najlepszy na teraz i tu. Przeraża mnie tylko myśl, że może mi się przez to kiedyś przejeść i znudzić i pójdzie w odstawkę (przynajmniej na jakiś czas) – tak by bardzo szkoda było… Muszę go więc kimś rozcieńczać…

2. Kolejność odwrotna: voice & ginger. Bo straciłam już prawie całkiem voice i z tego powodu, według zaleceń Adila mam, oprócz Strepsilsów, mamlać sobie świeży ginger. A myślałam, że po spokojnym weekendzie już wydobrzałam… Ale nie i postępuję wg zasady: TODAY HAS BEEN CANCELED. GO BACK TO BED. No może wykluczając czas w godzinach 13:30-17 kiedy postanowiłam nie zaniedbywać obowiązków (mimo, że zostało mi powiedziane, że nie muszę dziś nic robić- no ale to drobiazg przecież i czuję już się lepiej po synchronicznym rozpoczęciu 6go sezonu The Big Bang Theory z Kamilkiem i Januszkiem na trasie Bergen- Kraków – Cieszyn :D – jak za starych, dobrych czasów studenckich… eh.) i zostałam pogoniona przez niebieskiego chomika, gadającego do mnie po norwesku…

Mamo, mogę nie iść jutro do szkoły?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

1szy października

01 paź

Zdążyłam się już jednak przyzwyczaić, że jest to data rozpoczęcia roku akademickiego i robi się w okolicach tej daty rzeczy związane z tym rozpoczęciem. No i mimo, że nie wybrałam kolejnych studiów to byłam jeszcze jakiś czas temu przekonana, że spędzę ten czas w Krakowie – z nowymi i starymi studentami i w ogóle.
No a jak się dowiedziałam, że na rozpoczęciu roku na naszej Alma Mater przemawiał Pan Premier nasz ukochany we własnej osobie! No gdybym tylko wiedziała wcześniej – wsiadłabym bez zastanowienia w samolot do Krakowa!

Ale nastała nowa rzeczywistość i w tej rzeczywistości dzień rozpoczęłam od smażenia gofrów na śniadanie wyjątkowe, bo urodzinowe. Zaliczyłam kolejną lekcję norweskiego, upiekłam drożdżowe bułeczki, a wieczór spędziłam w Leo’s Lekeland (taka 10 razy większa Anifantazja…), gdzie Johanna z koleżankami świętowała swoje urodziny. Wszystko to tu takie inne, nowe i niespodziewane… Kto by pomyślał.

Także powodzenia w nowym Roku Akademickim, w Krakowie i nie tylko..!
No i pamiętajcie: SESJA już niedługo !!!

 
 
 

  • RSS