RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2012

O szkole i joggingu

29 wrz

Zostałam zapytana jak tam norweski, no to krótka opowieść o tym jaki jest norweski i jak sobie z nim radzę:

Pocieszam się szeregiem podobieństw do języków, które już znam tzn: niemieckiego, angielskiego, a nawet polskiego. Dzięki temu jest mi znacznie łatwiej zrozumieć wiele nowych słów, ale schody zaczynają się gdy chce się zbudować jakieś poprawne zdanie ;) Na przykład czasem czasownik by się chciało odmienić przez odoby chociażby, ale sie go nie odmienia.. No bo podobieństwa podobieństwami ale… Weźmy na przykład zdanie: Han er gift. Han [czytane normalnie jako han] znaczy on. Nie wiem czemu ale kojarzy mi się z japońskim językiem bardziej i ciągle jeszcze muszę się zastanowić, żeby nie pomylić go z hun (=ona). Dalej, er [czytanie ar] i znaczy tyle co angielskie are czyli być. A gift to nie prezent jakby się nam kojarzyło z angielskim tylko żonaty/zamężna [i czyta się w dodatku jift] – „no ładny mi prezent” jak to powiedział Janusz :P Także słowa podobne do ang albo niem ale czytanie inaczej i znaczą co innego, albo słowa inaczej pisane, a wymawiane i znaczące to samo… czasem dobrze coś przeczytać jak np. lunsj wygląda dziwnie póki nie uświadomię sobie, że brzmi jak ang luncz. Zdarza mi się wiec czasem taki mały mindfuck. No i nadal dość problematyczne jest czytanie o, u, å, æ, ø…

Z resztą co o wymowie można przeczytać [TU]: „Akcent zazwyczaj przypada na pierwszą sylabę. Język norweski posiada też akcent melodyczny zwany tonemem. Tonemy (wzrastający lub opadająco-wzrastający) występują zarówno w pojedynczych słowach, jak i całych zdaniach. To właśnie one sprawiają, że język norweski brzmi bardzo melodyjnie.”

ALE: „Język norweski nie ma jednego, ogólnie zaakceptowanego standardu wymowy. Każdy mieszkaniec mówi swoim dialektem. Dlatego też najczęściej powtarzanym zwrotem przez Norwegów jest „Hva sa du?” (Co powiedziałeś?). Pracownicy mediów mają obowiązek używać normowanego języka opartego leksykalnie na jednym z dwóch wariantów pisanych (bokmål/nynorsk), ale wymawiają je z dużą swobodą, według upodobania. Skutkiem tej sytuacji jest niemalże całkowity zanik normy
językowej: każdy mówi wedle uznania.” :P

Zaczyna się robić trochę pod górkę – norweski, podobnie jak niemiecki, też ma rodzajniki. I też czasem tak nielogiczne jak niemieckie der Rock – ten spódnica… No i jeszcze trzeba się pilnować i uczyć na bieżąco, bo jeden rozdział nie jest już, jak w szkole, wałkowany przez kilka tygodni tylko przez 1 lekcję. I zadania domowe (w sumie to na szczęście) są…
Także możecie mi życzyć powodzenia! Dziękuję bardzo :)

Ale wiecie co mnie w całym kursie norweskiego zastanawia i intryguje najbardziej..? Okulary naszej nauczycielki- Lea ma na imię. Po 3ciej lekcji myślałam intensywnie nad tym czy ma okulary serduszkowe we wszystkich kolorach tęczy (czy tylko czerwone i żółte), ale jak na 4ta lekcję przyszła w okularach batmanowych to… nawet się boję zastanawiać co tam jeszcze ma w zanadrzu..! Co prawda chyba używa ich tylko jak opaski do włosów (swoją drogą nie rozumiem czemu tu właściwie udzie kupują SUNglasses…) ale jednak…

No i o joggingu, no bo jeszcze się chciałam pochwalić, że (po raz kolejny w tym roku, z 3ci może nawet…) postanowiłam podjąć bieganie. No i okazuje się, że trasa idealna: kawałek osiedlem, rundka po lesie i powrót – tak na pół godzinki akurat :) Dlatego byłam w tym tygodniu już 3 razy! Tylko się obawiam, że o raz za dużo jednak- bo mnie chyba przewiało.. 11 stopni i mędzydeszczowa pogoda chyba zrobiła swoje, albo się jeszcze nie przyzwyczaiłam. Tak czy siak zamiast wyjazdu na wyspę do siostry Anne zostałam w domu się trochę podleczyć. I odpocząć, bo jakoś tak… jestem cholernie zmęczona. Tzn. dziś (sob) już mniej.

Jakim cudem to już po 3cim tygodniu?!

 
 

Hva er telefonnummeret mitt?

23 wrz

Det er: (47) 944 799 03 [(fire sju) ni fire fire sju ni ni null tre]!
Bo dostałam dziś starter z norweskiej sieci Chess (strasznie dziękuję bardzo!!!) :) ale to właściwie w razie czego (no chyba że smsy z bramki jakieś?), bo ma mi służyć raczej tu i raczej awaryjnie, dlatego na linii Polska – Norwegia polecam zostać przy skype: s_u_n_d_a_y – mój nick jakby ktoś jeszcze nie miał ;)

Będziemy w kontakcie, co?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Exciting news

 

Weekendzik: shotgun, Ulriken i Krakuski a do tego piękna pogoda!

23 wrz

No to rodzina norweskim zwyczajem i korzystając z przepięknej pogody zabrała się za prace ogrodnicze (maja jakieś specyficzne jedno słowo na takie wspólne prace ale.. zapomniałam jakie..), a ja miałam nieco czasu na (przynajmniej częściowe) nadrobienie zaległości tutaj… A popołudniu miałam niewątpliwą przyjemność postrzelać sobie z shotguna w Åsane skytesenter ^^ (nie, nie strzelam do ludzi – najpierw muszę się nauczyć trafiać do celu :P a w ogóle to najpierw to chyba powinnam przypakować trochę albo spróbować czegoś mniejszego, bo to 10% mojej wagi ma i chyba z 2/3 wzrostu…)

Niedzielę zaczęliśmy od wycieczki na Ulriken – najwyższa góra w Bergen (643 m npm) i przy tej (wciąż!) cudnej pogodzie widok na całe Bergen z morzem na horyzoncie mmm… mm.. mhm… Podobne są trochę te góry do naszych, polskich (momentami bardziej do Beskidów, miejscami do Tatr ale skały na szczycie są raczej płaskie niż ostre) tylko nasze góry nie są otoczone przez fiordy i morze, co jest tu takie wyjątkowe…
No a popołudniu polska msza i spotkanie z moimi kochanymi Krakuskami, co mnie zabrały na włoskie jedzenie (ale z polską kelnerką) i prawie zapomniałam, że jestem 2000km od domu..! Strasznie bardzo Wam dziękuję Dziewczynki :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 

‘Keep it secret, keep it safe!’

21 wrz

- just like Gandalf whispered to Frodo… because that’s MY preciuosss blog..!
Proszę, ale to bardzo o nieudostępnianie linka do tutaj ani info o istnieniu bloga nawet – jeśli uważacie, że powinnam się z kimś podzielić – napiszcie prosto do mnie. Dlaczemu? A no dlatemu, że to jest moja prywatność i mam prawo nią zarządzać po swojemu o. I chciałabym mieć kontrolę nad tym kto czyta… I chciałabym żebyście to uszanowali po prostu :)
Mam nadzieję, że nie powiało grozą.. aż tak bardzo żeby komuś zrobiło się zimno ;)
Komuś się to nie podoba?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Uwaga, uwaga!

 

Budzik na 5:55…

21 wrz

A potem jakieś 15 minut walki z samą sobą i królem Julianem, który tak strasznie na mnie krzyczy i każe wstawać, względnie z Kimbrą, która robi to znacznie delikatniej (zarazem jednak mniej skutecznie)… Bo kto rano wstaje – ten jest niewyspany… Trochę to ból nadal i chyba do tego najtrudniej mi się przyzwyczaić, szczególnie, że wieczorem jest tyle rzeczy do zrobienia, że pójście spać wcześnie jest trudne do wykonania, chociaż idzie mi coraz lepiej (bo po prostu padam). A pomyśleć, że kiedyś to była norma! No ale jak mus to mus i w końcu jakoś się udaje.

Czwartek i piątek są, według mojego nowego i obowiązującego planu tygodnia, dniami bez szkoły, przeznaczonymi na light housework i przygotowanie posiłków oczywiście. Nie będę się wdawać w szczegóły, powiem tylko, że aż przyjemnie się sprząta w domu, w którym się prawie nie brudzi :P U mnie też tak będzie (jak kiedyś przestanę się tułać po świecie się gdzieś settle down, ale to jeszcze nie teraz).
A z urozmaicających życie zajęć to w czwartki dziewczynki jeżdżą do skateparku i tym razem byłam z nimi zobaczyć jak im idzie ta nowo podjęta aktywność. Miejsce całkiem jak z Tonego Hawka (Kamil pamiętasz jak graliśmy na pleju w podstawówce?!) :) Ah! I dostałam pierwszą przesyłkę na (kolejny) nowy adres – kartę na komunikację miejską skyss!
A dziś tzn. w piątek przyjechali dziadkowie na weekend i nawet zaakceptowali moją zupę szpinakową (pierwszy raz robiłam ją w ten sposób, a właściwie robiłam ją w ogóle niewiele razy i sprawdzonego jednego przepisu nie mam więc w ogóle dobrze, że nie mam się kiedy zastanawiać nad tym, co ja właściwie wyczyniam, bo doszłabym jeszcze do wniosku, że to wszystko ostra jazda bez trzymanki..! tak więc zastrzyk adrenaliny związany z gotowaniem i ryzykiem sromotnej porażki… ale nie denerwuję się bardzo tylko bardzo jestem zmotywowana ;)

I wiecie co? Dzisiaj w ogóle nie padało – nic a nic! Pierwszy raz od mojego przyjazdu (czyli już prawie 2 tyg)! No i jeszcze taki upał: 12,6°C! I podobno jutro też tak ma być! :D

No to weekend?! I więcej spanka?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

seks!

19 wrz

taa, chcielibyście :P seks to po norwesku 6 ;)

z resztą zobaczcie (i posłuchajcie) sami! [Swoją drogą jak pierwszy raz znalazłam materiały z tej serii (w poniedziałek czyli) to bardzo zastanowił mnie ten różowy design, to dlaczego akurat 69 (sekstini) sekund i czy przypadkiem strona reklamowana przy okazji: queenofnorway.com nie jest jakimś portalem towarzyskim pokroju… em. No nie wymienię z nazwy, ale w sensie że agencją towarzyską ;) Ale okazuje się, że to tylko pozory ;)]
Bo dziś były na zajęciach numerki (tallene) i z innych numerków fajne jest np 27 [tjuesju czytane jak śzueśzu] ale i tak najbardziej lubię 5 czyli fem. A 7 w ogóle to albo syv albo sju – zależnie od regionu… Wiem już też jak podać ile mam lat, gdzie mieszkam i jaki mam nr telefonu. Ale Wam nie powiem, bo mi się nie chce już po tych 3h :P Mogę też z całą pewnością odpowiedzieć na pytanie Er du gift? Nei, jeg er enslig og jeg har ingen kjæreste. I o innych stanach cywilnych też mogę coś powiedzieć o.
Pewnie Was to zdziwi (bo sądzę, że większość ludzi ma zupełnie na odwrót) ale jak przełączam się na angielski to włącza mi się (chyba samoczynnie, m.in. ze wzgl. na to, że angielski jest językiem bardzo bezpośrednim i temu sprzyjającym – z niemieckim tak już nie mam) większa śmiałość i otwartość i dzięki temu udało mi się dogonić Halę zmierzającą w kierunku naszej szkoły i z nią trochę porozmawiać, bo ona jest z Algierii, z Afryki! A na przerwie dowiedziałam się, że Filipinki są także au pair i przedstawiły mi swoją koleżankę, która mieszka w mojej dzielnicy, tylko bliżej ‚plaży’ :) A jak tak czytałam wcześniej porady dla au pair, że warto poznawać ludzi i najlepszym do tego pretekstem jest kurs językowy, to jakoś tak podchodziłam do tego sceptycznie (no, bo przecież ja nieśmiała jestem i nie lubię poznawać za dużo nowych ludzi tym bardziej, że dla starych znajomych nie mam za bardzo czasu…) eh…

No a na obiad coś czego jeszcze nigdy nie robiłam, a nawet nie jadłam: fiskeboller (czyli takie kulki rybno-ciastowo-dziwne) w białym sosie z ziemniaczkami i marchewką.

Nie pozwolili mi więcej (poza poobiednim) posprzątać, bo to jest mój school day zarezerwowany na norweski bez dodatkowych obowiązków!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Languages

 

Starość? NIE! Radość :)

19 wrz

Bo Ktoś mnie pytał ostatnio czy będę z Nią świętować ‚starczy wiek’… No to poświętujmy trochę inaczej:

TA DAM! – i co, głupio wam, staruszki?! :P

Każdy więc może być młody – jeśli tylko chce ;)
Nie ma chyba sensu się bardziej rozpisywać, nie?

Tylko jeszcze ‚we are young’, które Anne strasznie lubi, a w samochodzie, w radiu ostatnio często leci ;)

Bądźmy młodzi, tak jak moja Mama (mimo, że czasem podpisuje się w sms’ie ‚Twoja Stara’) ;)

- Amen!

ps: mam nadzieję, że będę o tym pamiętać za 2 miesiące :P

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Myśl na dziś

 

Wtorek: PSS czyli Podatki, Sentrum i Soccer!

18 wrz

Pierwsze, co po tzw. ‚standardowych czynnościach porannych’ (no chyba już Wszyscy dobrze wiecie jakie mam poranne obowiązki, nie?!) musiałyśmy zrobić to odwiedzić tax office. Anne stwierdziła, że tam chcą naszych pieniędzy więc przyjmą nas z otwartymi ramionami i pewnie pójdzie gładko – nie tak jak w police office… No i rzeczywiście. Swoją drogą niezmiernie się cieszę, że będę miała teraz okazję dokładać się do utrzymania norweskich więzień [1, 2] w których mieszkają sobie zwyrodnialcy pokroju Andersa Breivika, który ‚przeprasza, że nie zabił więcej osób’… Jak to powiedział Adil: w Singapurze (no ale nie tylko przecież) dostałby karę śmierci i tylko na to zasłużył! Janusz zaś zwrócił mi uwagę, że dzięki takiemu traktowaniu więźniów Norwegia ma wysoki % resocjalizacji. Ja nie jestem za karą śmierci, a na cały system więziennictwa od lat mam swój własny pomysł (Tata mi uświadomił, że Adolf miał podobny – zanim mu całkiem odbiło…) tzn. uważam, że więźniowie powinni sami pracować na siebie w samowystarczalnych (prawie) gospodarstwach -nie jak w obozach koncentracyjnych ale z zapewnieniem godnych warunków. Nie będę się wdawać w szczegóły techniczne ale myślę, że byłoby to możliwe i najuczciwsze rozwiązanie, jednocześnie trzymające ich w kondycji i stałym przyzwyczajeniu do pracy, co umożliwiłoby im właśnie resocjalizację i powrót do normalnego życia po skończeniu odsiadki. Tylko obawiam się, że nasz ukochany rząd (i inne na Świecie) oraz wszystkie organy obsługujące system karno-więzienniczy, są zbyt przyzwyczajeni do tego, co mamy obecnie i wcale nie na rękę im jest cokolwiek zmieniać! Dlatego pewnie zostanie, jak jest :/ Mieliśmy też krótką wymianę zdań nt. powodów popełniania przestępstw – Adil twierdzi, że to brak dyscypliny (w końcu był 2,5 roku w armii, a od dziecka rodzice wychowywali ich tak żeby byli zdyscyplinowani i stale mieli zajęcie – bo wtedy głupoty do głowy nie przychodzą). Natomiast Anne stwierdziła, że to brak Miłości i rozwalone rodziny – i tu przychodzi mi na myśl film ‚Odważni’, który ośmielę się Wam polecić! (Panom zwłaszcza!).

Dobra, bo się rozgadałam… Z tax office wyszłyśmy gdzieś o 9:20 i miałam trochę czasu zanim otworzą mi księgarnię norli, skonsumowałam zatem (w poleconej przez Anne piekarni/cukierni) cynamonową bułeczkę z polewą karmelową – za jedyne 30NOK (sorry ale jeszcze się nie przyzwyczaiłam do tych cen! To jest ponad 15zł!) i przeszłam się na spacer po Bergen Sentrum (nie korzystając tym razem z mapy – bo i po co skoro jestem tu JUŻ drugi raz!:P) – zdjęć kilka już niebawem (…) dołączę :) W księgarni nabyłam część (bo się okazało że pakiet jest droższy i obszerniejszy niż myślałyśmy) książek do norweskiego i przy okazji zaglądnęłam do H&M obczaić moje spodnie (tak Natala- TE spodnie, które jako jedyne po odwiedzeniu chyba 50 sklepów w 3 miastach (sic!) jakoś spasowały mi rozmiarem) – 199NOK czyli niewiele więcej niż ja za nie dałam – dziwne to tu mają… cena korzystania z toalety (10NOK) skutecznie zredukowała moje potrzeby fizjologiczne i mogłam wsiąść w moją 15-kę – tym razem już bez problemów takich jak wczoraj. Bilet normalny – 27NOK czyli jak na trasie Cieszyn-Katowice mniej-więcej, a tu to komunikacja podmiejska. Ale dość na razie o cenach, innym razem to podsumuję.
Na obiad spaghetti z półproduktów więc trywialne (póki nie dodałam za dużo kajennepeper, ale udało mi się to uratować ha!) i wyszło pyszne, naprawdę! :D

A później jeszcze Johanna zaprosiła mnie na swój trening i mecz soccera. Wiecie w ogóle, co to jest soccer? Bo ja nie bardzo wiedziałam póki nie poczytałam więcej na ten temat (chcąc się dowiedzieć w co właściwie grają te dziewczynki, do których niedługo pojadę jako au pair) i z tego co zrozumiałam, że to piłka nożna po prostu i od footbolu (w naszym, polskim rozumieniu) się różni tylko nazwą. 9 stopni zaledwie, deszcz i ja się zastanawiam jak one niby mają grać..? No ale pogoda tu nie może być przeszkodą do żadnych zajęć, bo na lepszą i tak trudno liczyć… No może czasem. Wszystko nie na hali tylko na zewnątrz oczywiście. [A ja sobie tam stałam ubrana w dwie bluzy z długim i zimową kurtkę, w kaloszach mając 2 pary skarpet, na głowie 2 kaptury a parasol nad...] W każdym razie krótki trening i drużyna Kråkenes IL wychodzi na boisko zmierzyć się z drugą, przyjezdną. Sędzia w krótkich spodenkach termicznych, kaloszach i żółtym płaszczu przeciwdeszczowym… No i cóż to był za mecz! Ej, nie no – naprawdę! 8-letnie dziewczynki (bo tutaj jest to gra bardzo popularna wśród przedstawicieli obu płci), dla których taka pogoda nie przeszkadza w tym żeby dać z siebie wszystko. Naprawdę zacięta walka do ostatnich minut; w sumie 5 goli (3:2). [Następnym razem nie zapomnę aparatu!] Nasza pożal-się-boże narodowa reprezentacja powinna się od nich uczyć zarówno zaangażowania jak i techniki – mhm! (Uśmiali się Adil i Anne jak im o tym powiedziałam ;) Ale przecież to nie żart! A one za pieniądze nie grają… Zmuszać też ich nie trzeba. Ale kibicujcie sobie dalej tym swoim ulubionym klubom :P
W takim klimacie dorastają twarde dzieciaki! A ja zmarzłam dość tak, ale cocoa + cookies po powrocie do domu pozwoliły mi się wystarczająco ogrzać :) Ale na jogging wieczorem nie miałam już siły…

Ach… i dostałam jeszcze dzisiaj pojazd służbowy: nowiusieńka miotła :)
Bo oni na co dzień nie używają w domu, jedynie co to odkurzacza…

_______
PSS: mówiłam Ci już, że cieszę się, że się już obroniłeś? :)

 

Norsk Nå‏!

17 wrz

norsk-na czyli: norweski TERAZ!

No, bo to już, teraz! Ale po kolei:
Ledwo uporałyśmy się ze śniadaniem i wyprawieniem dziewczynek do szkoły, dzwonimy do Folkesuniversitetet żeby się wreszcie dowiedzieć jak tam mój ‚barefoot dancing’… Odebrał pan Dziekan, zapewnił, że pani Nina do nas oddzwoni – jak tylko wreszcie pojawi się w pracy… [Po 5 latach wspaniałego doświadczenia związanego z najlepszym dziekanatem na świecie czyli tripletem: pani Janinka, pani Małgosia i pani Dorotka – myślałam, że nie będę już mieć do czynienia ze zjawiskiem zwanym ‚panią z dziekanatu’. A jednak…]
Tak więc wyjechałyśmy z domu prosto do police office – pani bardzo dokładnie prześwietliła mój paszport i sprawdziła umowę, ale w końcu dostałam tzw. pozwolenie na pobyt i pracę tu. No i można załatwiać coś dalej.
W międzyczasie zadzwoniła pani Nina i podała nam adres pod który mam się stawić na kurs i tak, jestem zapisana do tej grupy. No to Anne podrzuciła mnie na wskazaną ulicę i pognała do pracy, a ja miałam 15 minut czasu jeszcze. Tylko, że.. ulica mi się skończyła w okolicy nr 50 i co dalej? Sprawdziłam, ale to nie ta na przedłużeniu.. W końcu zaczepiłam młodą kobietę, która starała się mi pomóc: znalazłyśmy przedłużenie tej ulicy na równoległej do niej tylko, że.. numery zaczynały się w okolicach 20, a ja potrzebowałam 32. W drugim ze sklepów pan nas uprzejmie poinformował, że te numery po prostu nie istnieją… I dał mi karteczkę z nazwa innej ulicy. Różnica między Strandgaten a Strømgtgate okazała się na tyle niewielka, że nawet Anne – rodowita Norweżka, odebrawszy telefon w samochodzie mogła się przesłyszeć… No ale gdyby pani Nina.. z reszta nie ważne – idziemy dalej tzn. ja z tą dziewczyną, bo jeszcze mnie trochę podprowadziła i w międzyczasie zdążyłam się dowiedzieć, że pochodzi z Litwy i też zaczynała tu jako au pair ;) No kurcze, wiedziałam kogo zaczepić! Potem jeszcze jedna pani wskazała mi wybraną ulicę i ostatecznie dostałam się na kurs.. Zaledwie z 15-minutowym spóźnieniem – jak na 3h zajęć to wcale nie dużo. No tylko, że od wejścia, w odpowiedzi na moje ‚sorry that I’m late, but I had the wrong adress!’ dostałam jakieś pytanie po norwesku i nie wiem jak się zorientowałam, że chodziło o imię… Zasiadłam i w dosłownie 3 minuty wyczarowałam karteczkę z imieniem (jak w podstawówce!), próbując się zorientować na jakim jesteśmy etapie kursu i czemu Lea prowadzi to po norwesku, tylko czasem wtrącając coś po angielsku..! Jak na pierwszą lekcję dla poziomu A1 to nie za dużo? No ale dobra, ogarnęłam błyskawicznie (wszak wyjścia innego nie miałam): Jeg heter Dominika. Jeg kan stave navnet mitt slik: D O M I N I K A. Kan du stave navnet ditt? Jeg kommer fra Polen. Karolina kommer også fra Polen. Polen ligge i verdensdel Europa. Kirk kommer fra USA. Grace og Rebecca kommer fra Filippinene. Martin, Ricardo og Anabel – de kommer fra Spania. Natalija kommer fra Litauen, Hala kommer fra Algieria. Nam Fon kommer fra Laos, Veronica kommer fra Azerbejgan. Hvem kommmer fra Romania? Daniela! Lea – lærer – hun kommer fra Norge.
No i tak oto poznaliście moją międzynarodową grupę ;)
Uczyliśmy się jak czytać te śmieszne literki: æ ø å i z boku macie obrazek ilustrujący a TU alfabet. Średnio mi się to widzi akurat ;) ale jak to mówią roześmiane Filipinki: ‚it’s so funny to learn norwegian!’ ;)

No ale to jeszcze przecież nie koniec, bo musiałam do domu wrócić! Okazało się, że przystanek mojego autobusu nie jest tam, gdzie miał być… Po drodze chciałam kupić bilet na autobus (bo jeszcze karty nie mam autobusowej, a i w szkole mi powiedzieli że zniżki mi nie przysługują z racji kursu) ale oczywiście automat monety przyjmuje a ja nie posiadam, rozmienić mi nie chcieli ani w obuwniczym ani w kiosku- że niby muszę coś kupić, no to kupiłam jakąś czekoladę za 16NOK (jako pierwszy zakup w Norwegii) i dostałam resztę jakiś śmiesznych monet z dziurką w środku [następnym razem będę na tyle bitchy, że kupię najtańszą rzecz w sklepie] i kupiłam ten bilet (czy co to właściwie jest..) w automacie – 27NOK. I troszkę pozwiedzałam ścisłe centrum zanim wreszcie zapytałam pewnej pani o przystanek, sie okazało, że to też nie tam, ale skierowała mnie do pobliskiej informacji skyss czyli przedsiębiorstwa (?) zajmującego się komunikacja miejską – dali mi uprzejmie mapę i zaznaczyli przystanek. W ostatniej chwili dopadłam 15-kę i pojechałam do domu zastanawiając się czy nie powinnam jakoś skasować (chociaż kasownika nie zauważyłam) tego, co mi wypluł automat :P Ale grunt to nie pokazywać swojego zakłopotania ;) Po drodze też zaczęłam się zastanawiać czy aby przypadkiem już nie przegapiłam Bønes skole, bo te wszystkie osiedla są takie podobne… ale zachowałam zimną krew i w końcu dojechałam. Wszk śpieszno mi było do domu, gdyż misję miałam kolejną do wypełnienia! Doszłam akurat na 15-tą – w samą porę żeby zdążyć dodać wpis na fejsie „I to wszystko się niby dzieje naprawdę..?!” i w godzinę ugotować obiad dla 6-ciu osób: rybka z patelni(na szczęście gotowe filety!), gniecione ziemniaczki, kalafior, tarta marchewka i bagietki czosnkowe (tylko podgrzać w piekarniku) – uff!

No i myślę, że tak sobie wspaniale radzę, że powinniście zacząć (o ile jeszcze tego nie robicie!) nazywać mnie Dominika the Brave (tak jak Merida the Brave i Samwise the Brave) – czyż nie?

Myślę sobie, że w sytuacjach stresowych nasz mózg i cała, dołączona do niego reszta naszego organizmu, robi wszystko żeby sobie poradzić i daje radę! Tylko potem jakoś tak robi się niedobrze i opada się z sił… I jak już poszło z obiadem i ogarnięciem po nim, to miałam siłę tylko na położenie się na łóżku i posłuchanie Ed’a – dobrze mieć (szczególnie w takich chwilach) mężczyznę, który potrafi uspokoić i ukołysać. I naprawdę już nie wiem czy jest sens kupować tą składaną szafę, no…

To tak na dobry początek tygodnia :P

Spørsmål?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Languages, Perypetie...

 

Weekend: cottage i inne przyjemności ;)

16 wrz

[Nie lubię, nienawidzę wręcz kiedy napisana notka ulega samoczynnemu unicestwieniu! grrr...]

Weekend oznacza tu spanie bez ograniczeń! Tak więc po całym ekscytującym, a przez to męczącym tygodniu bardzo się na to cieszyłam… Byłoby to chyba jednak zbyt piękne… Sobota, godzina 4:45 budzę się samoczynnie, a mój mózg nieoczekiwanie wskakuje na wysokie obroty, produkuje nieskończone ilości pomysłów i skojarzeń i już nie mogę go zatrzymać! Widocznie mozg mój uległ w ostatnim czasie, za sprawą nawału informacji i emocji, jakiejś hiperstymulacji. Trudno mi ocenić czy to dobrze… Także do 9 rano miałam wystarczająco dużo czasu na myślenie o życiu i wszechświecie… I wstałam totalnie zmęczona. Bywa.
Na szczęście był to tylko kiepski (a jeśli nie kiepski, bo kreatywny to na pewno męczący) początek udanego dnia. Moja host family wraz z rodzicami Anne i rodziną jej siostry ma w górach cottage czyli chatkę (przynajmniej tak to się tłumaczy na polski). No zaraz, przecież mieszkamy w górach i mamy świeże powietrze? No tak, ale to jest bardziej w górach i tam jest jeszcze bardziej świeże powietrze! ;) Jakieś 80km i na miejscu także zostały zweryfikowane moje wyobrażenia dotyczące skojarzeń ze słowem cottage. Chatką bym tego nie nazwała: po prostu dość pokaźnych rozmiarów domek, z sypialniami dla każdej dwójki małżonków i dzieci, pokój dzienny z wyposażonym równie dobrze jak kuchnia domowa, aneksem kuchennym i łazienka o standardzie hotelowym. Wszytko przeprzytulnie wyłożone drewnem z tradycyjnymi dekoracjami w kolorach ciemnej zieleni i czerwieni – ślicznie! Ponieważ byliśmy tam tylko z Anne, Adilem, Julią i jej dziadkami (morfar i mormor) przypadła mi w udziale oddzielna sypialnia z łożem tak samo pokaźnym jak mam na Kråkeneslien… Mieliśmy okazję odwiedzenia rodziców Ingeborg (koleżanka Julii), których cottage była dla mnie kolejnym zaskoczeniem: dom z bala, w środku cały pomalowany półprzezroczystą białą farbą tak, że było widać słoje w drewnie (czyli tak jak lubię jeśli już drewno jest w
ogóle malowane) – niesamowite wrażenie! Do tego przeurocze dodatki jak rodem z mojego ulubionego bibelota (R.I.P.) i oczywiście wyposażenie nie gorsze niż w ‚mieszkalnym’ domu. Wychodząc nie omieszkałam wspomnieć, że jestem impressed, w odpowiedzi zaś usłyszałam, że drewno tzn. bale całe pochodzą z Polski…
[Dowiedziałam się potem czemu to tak: tradycyjnie budowane tu domy nie są z bala, a mają po prostu drewnianą elewację z poprzecznie ułożonych desek. Ale przecież jest tu tyle drewna?! Tak, tylko klimat jest tu zbyt wilgotny żeby bale wysychały (w przypadku desek jest to znacznie łatwiejsze) dlatego sprowadza się je np. z Polski - co swoją drogą jest dla nich nawet dość tanim rozwiązaniem (no a u nas domy z bala do najtańszych nie należą...) - to tak w ramach ciekawostek ;)]
Spacer po okolicy i się zastanawiam na ile moje płuca, rodem z Górnego Śląska, to wytrzymają :P No i zaczynam doceniać posiadalność kaloszy…

W niedzielę obudziłam się chyba ze 2 godziny przed śniadaniem, no ale jasno przynajmniej już było, więc jest progres. Niedługa, ładna trasa na pobliski szczyt – ostatnio w górach byłam chyba w lutym 2011 i tak mi tego brakowało! Dobrze tu być i dobrze mieć dostaną na różne okazje odzież termiczną! Polecam jako prezent urodzinowy lub gwiazdkowy (w drugiej kolejności za LEGO oczywiście!) – do nabycia w sklepie u Machejów :) [i po reklamie ;)]
Jakby ktoś był ciekaw, jakie danie jest tutaj tradycyjne: miałam okazję skosztować pulpecików mięsnych w ciemnym sosie z żurawiną, ziemniaczkami i gotowaną marchewką oraz pastą z zielonego groszku. Bo w domu to się gotuje bardzo różne rzeczy ;)

W Bergen całym jest 1 kościół katolicki. generalnie to i tak dużo, ponieważ w okolicznych wioskach i miejscowościach nie ma ich wcale (i osoby tam mieszkające muszą się nieźle nagimnastykować żeby na mszę dotrzeć). Za to w niedzielę są aż 2 msze PO POLSKU- mhm! O 15 i 19:30, także udało mi się dotrzeć na wieczorną i… Obraz ‚Jezu, ufam Tobie!’ (nie po polsku oczywiście) jako polski akcent nie zaskoczył mnie tak bardzo jak szal pewnej pani – ten, Mamo, czerwony, co obie mamy z Krakowa i nawet ja też go miałam akurat na szyi… Tyle z moich duchowych uniesień ;P

Tradycyjne zebranie organizacyjne z planowaniem całego nadchodzącego tygodnia zamknęło jak klamra cały mój pierwszy tydzień zupełnie nowego i innego życia.
Gotowa na nowy tydzień i nowe wyzwania?! Tak!

 
 

  • RSS