RSS
 

fascilities

30 lip

Są takie małe rzeczy, które bardzo ułatwiają życie – fascilities czyli udogodnienia. Po co o tym wspominam? Hmm.. zawsze to może stanowić dla kogoś z Was inspirację, nie? A możecie to też potraktować jako ciekawostkę po prostu. Ale ad rem:

1. Łopatki do krojenia sera – dotarły już na szczęście do Polski, ale 15 lat temu jeszcze ich nie było i właśnie z Norwegii przywieźliśmy je na pamiątkę. Kiedy rok temu 1 z nich dokonała żywota swego (choć jej szczątki, oczywiście na pamiątkę, spoczywają jeszcze.. na Kujawskiej) pomyślałam, że muszę tu wrócić nową, gdyż kupiona u nas w markecie to przecież  nie to samo. Z małym opóźnieniem, ale jestem ;) Eh.. i tym sposobem zdradziłam Wam prawdziwy powód mojej misji skandynawskiej… Macie, cieszcie się ;)

2. Opakowania spożywcze  np. dżemy w butelkach takich jak ketchup – widziałam gdzieś u nas ale to wciąż niepopularne, a takie praktyczne. Albo sól w kartonowym pudełku z dziubkiem z boku wysuwanym – się to nie sypie przynajmniej jak z tych nieszczęsnych torebek u nas.

3. ‚Pudełka’ śniadaniowe materiałowe z wkładką chłodzącą (jak w lodówkach turystycznych) – wkładam do nich jogurty ale świetnie by się sprawdziły też na wycieczki np. dla batonów i czekolady, które się zawsze rozpływają…

4. Nie wiem co to za materiał ale pokrywa podłogi – składa się jak kwadratowe panele, ale wygląda bardziej jak linoleum tylko takie.. dużo fajniejsze – baaardzo wygodne do utrzymania w czystości!

5. Nauszniki ale w formie samych nakładek na uszy, takie.. pokrowce :D

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Ciekawostki

 

Bergen REAKTYWACJA

03 lip

Po (niecałych nawet) dwóch miesiącach jestem znów w Bergen, nie mogłabym w końcu nie być. W międzyczasie tym dwumiesięcznym zdążyłam wyskoczyć z Kubą na tripa po kawalątku Hiszpanii, Gibraltaru i Portugalii (na temat którego jednak nie będę się tu i teraz rozpisywać) i ładnie zaliczyć semestr na uczelni. Mam wrażenie, że od kiedy ‚wróciłam’ do Polski końcem września, czas płynął jakby dwa razy szybciej. Zdążyłam być w Bergen trzy razy w międzyczasie, i chyba mimo mieszkania przeważnie w Krakowie, to właśnie w Bergen częściej spotykałam się z ludźmi niż w Polsce. Wydaje mi się, ze włąśnie pod tym względem najbardziej zawaliłam w tym roku. Ale czeka mnie jeszcze trochę przemyśleń i podsumowań w najbliższym czasie, obawiam się, że czasu na myślenie będę mieć aż nadto.
A więc przyleciałam we wtorek wieczorem, ledwo po sesji, Minionkach w Cieszynie i szybkim, chaotycznym pakowaniu – wszystko działo się tak szybko, że aż odechciało mi się w ogóle lecieć. Serio. Odebrałam swoje graty od Tando, a Robert pomógł mi dotrzeć na miejsce przeznaczenia. Niestety ‚nasz dom’ na Floridzie już nie działa i będę teraz mieszkać na zboczu Urliken – mieszkania/pokoje dla personelu szpitala są tu takie. Muszę się jeszcze przyzwyczaić do tej nowej rzeczywistości. No i to kawałek od centrum jest, a więc komplikacje w docieraniu do pracy się mogą pojawić, chociaż tak naprawdę nie wiem jeszcze zupełnie co mnie czeka. Środa i czwartek upłynęły mi głównie na pożegnaniach z dziewczynami – Barbara wraca na Słowację (bierze ślub, a potem przeprowadza się na Hawaje…), a Marta jedzie na wakacje do Polski. Niewiele osób zostało teraz w Bergen, kilkoro wróci w sierpniu, reszta wybyła na stałe. Zostaną więc mi na razie głownie internety do kontaktu z Wami. O ile praca będzie, może nie oszaleję. Póki co jeszcze nie było, mam nadzieję, że jednak po weekendzie coś gdzieś, a raczej cokolwiek gdziekolwiek. Uff no. Muszę się jakoś ogarnąć. Life goes on… so wish me luck!

Dobra, jest już po 23, więc czas najwyższy na obiad ;)

Trzymajcie się mocno i miejcie fantastyczne lato! ;)

 

Pozdro z Bergen!

02 lis

A więc jestem znów tu.
W luźnych planach na najbliższe 2 tygodnie trochę spotkań, daj Boże praca, nauka (sic!).
Doleciałam w środę. Na lotnisku w Katowicach, przypadkiem, bo z powodu mojego roztargnienia ustawiając się w pobliżu bramek do Sztokholmu zamiast Bergen, spotkałam Elżbietę – Czeszkę poznaną w Bergen, na Fides. A lot spędziłam cały gadając z Gosią i Andrzejem (biedny, jego rekolekcje w Cieszynie skończyły się złamanym żebrem – long story… ;)
A w Bergen po staremu, czuję się wręcz jakbym wróciła po weekendowym wyjeździe, a nie po ponad miesiącu. Jeszcze zanim dotarłam do akademika, wpadłam na Hansa Augusta wracającego ze szkoły i zostałam serdecznie przywitana przez wszystkich tutaj. Zainstalowałam się w moim starym pokoju, wyciągając z szafy zostawione pudło z gratami. Momentalnie wskoczyłam w mój tryb bergeński, w czwartek korzystając z chwilowego braku deszczu pobiegałam sobie jak gdybym wcale nie miała miesięcznej przerwy, a wieczorem spotkałam się z ludźmi na Fides.
W piątek rano dostałam telefon wzywający do pracy i tym sposobem wylądowałam w przedszkolu – zrobiłam z czterolatkami pizzę oraz spędziłam 2h stojąc w deszczu, no bo przecież tu to nie przeszkoda żeby się dzieci bawiły na zewnątrz. Z resztą zabawa błotem, picie wody z kałuży albo jedzenie lunchu w postaci podlewanych lekko deszczem owoców i kanapek to sama przyjemność ;) Nikt się też nie przejmuje ubłoceniem (od stóp do głów, nie wyłączając twarzyczek) dzieci – byle miały przeciwdeszczowe kombinezony i kamizelki odblaskowe. Fun :)
I tak to leci, a w międzyczasie motywuję się żeby coś poczytać na studia (już zdążyłam sobie narobić zaległości). Cały ten stan bycia tu jest dla mnie wciąż bardziej naturalny niż bycie w Polsce. Tam się jeszcze nie do końca odnajduję, jeszcze za dużo chaosu, mieszkania w walizce, wizyt u dentysty i nowości. Nie to żebym żałowała powrotu do Polski, po prostu jeszcze jakoś tak się nie wdrożyłam.
Ale jest dobrze. I będzie :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Exciting news

 

O kurczę…

16 paź

Połowa października się zrobiła już, 2,5 miesiąca niepisania. Nie to, że nie było o czym – wręcz przeciwnie i stąd właśnie brak notek.

Jestem w Krakowie, podobno teraz tu mieszkam. Zaczęłam studia w Katowicach. Próbuję ogarniać bałagan w Cieszynie. Wszystko jest inne. Nie oswoiłam się z myślą, że już nie mieszkam w Bergen, nie do końca ta nowa rzeczywistość do mnie dociera, z resztą zostawiłam tam pokaźną część swoich gratów i już za niecałe dwa tygodnie będę tam znów, na chwilę. Bilet kupiłam zaraz po powrocie do Polski. Nie zamykam do końca tego rozdziału, chcę go zostawić na wpół otwarty. Ludzie i możliwości, od których nie chce się odciąć, miejsca. Nie wykluczone, że znów kiedyś zostanę ta na dłużej. Wszyscy mi mówią, że jestem mile widziana z powrotem i tego się będę trzymać.

Moja przygoda w Bergen, jak już pisałam razy wiele, była niesamowita. Dostałam, doznałam i nauczyłam się o wiele więcej niż oczekiwałam – o tym już też pisałam i mówiłam mnóstwo razy. Zobaczyłam Świat z innej perspektywy, ale najważniejsze, że odzyskałam tam siebie. Chociaż nie mogę powiedzieć, że w 100% jestem już naprawiona, to jestem na dobrej drodze. Mam klucze, metody, sposoby na siebie. To, że było warto, rozumie się samo przez się. Najprawdopodobniej była to najlepsza z moich dotychczasowych, samodzielnych decyzji.

Nie zawaham się nazwać Bergen swoim drugim domem, ciągle mam jednak spory problem ze zdefiniowaniem tego, gdzie jest mój pierwszy dom. Może go jeszcze nie znalazłam. Ale staram się pójść za radą niektórych i stwarzać sobie dom wszędzie, gdzie się przemieszczam. Znajdować tam swoje miejsce i czuć się dobrze. Takie nastawienie zmienia wszystko, pozwala pozbyć się stresów i niepewności, oddychać, czerpać więcej z danego miejsca, z życia.

Dane miejsca stwarzają inne możliwości, ale szczęśliwym można być gdziekolwiek, jeśli tylko się to szczęście ma w sobie. I być może właśnie to jest moim największym odkryciem tego czasu. Nie tylko mądrym cytatem, pustym frazesem, ale czymś, czego doświadczyłam namacalnie. I o to właśnie chodzi.

 

___________________________________________________________________________
ps: Notka zaległa – podsumowanie moich poczynań pracowych się jeszcze pojawi (hopefully).

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Przemyślenia

 

o pracy i te pe

02 sie

Obiecałam niby tydzień temu notkę, ale no… trochę jakby nie chce mi się pisać.
Będzie to krótkie (ta, jasne…) sprawozdanie z moich poczynań pracowych w miesiącu lipcu br.

Po tygodniu od przeprowadzki wreszcie pojawiła się iskierka nadziei – jakiś oppdrag.

Poniedziałek 21 lipca
A więc dostałam zlecenie na 3 tygodnie po 3 dni po 5h. Dotarłam na miejsce i dopiero tam dowiedziałam się jakiego typu to moje sprzątanie. Biskopshavn bosenter to dom dla osób psychicznie chorych, może i całe szczęście, że nie wiedziałam tego wcześniej. Oswajam się powoli z miejscem i pacjentami, ze stanem (…) ich apartamentów tam. Sprzątanie łazienek i mycie podłóg z całego sprzątania uważam za najgorsze, a głównie to tam robię. Mówię sobie, że to przecież normalna praca i ktoś to na co dzień przecież robi – tu i w tysiącach innych miejsc. Z resztą jestem zdesperowana, więc podejmuję się wszystkiego. Ale myślę przy tym wszystkim, myślę, że szkoda mi tych ludzi, bo w końcu ja jestem tam tylko kilka godzin, a potem jestem wolna. Potem mogę wyjść i sama być odpowiedzialna za spieprzenie sobie życia.
To było niesamowicie długie i męczące (upał!) 5 godzin.

Wtorek 22 lipca
Dzień wolny, bez zleceń. Z Johanne (z Fides) przeszłyśmy się na lody w góry – na Urliken :)

Środa 23 lipca
Zdziwił mnie mój własny uśmiech po drodze do pracy. Jedynym, do czego żywiłam negatywne uczucia, był ten cholerny mop. Może to mój nowy, szalony pomysł mnie tak pozytywnie naładował?

Czwartek 24 lipca
Równolegle ze zleceniem na to psychiczne sprzątanie, dostałam jeszcze jedno – zgodziłam się natychmiast i bardzo entuzjastycznie ponieważ chodziło o sprzątanie publicznych toalet na festiwalu jachtów (pół miliona ludzi), a to przecież moja wymarzona praca! Pierwotnie czw i pt 17:00-22:00, później jeszcze, że też w sobotę. Każda godzina jest cenna.

Jedną z pierwszych rzeczy jakie do mnie dotarły rano, był fakt, że mój pomysł jest jednak niemożliwy do zrealizowania. Siedziałam sobie w parku, nad tym się rozczulając, kiedy dostałam telefon z pracy – czy mogę przyjść.. już? Mogę. A więc 13:30 – 22:00 i zdziwienie, że pracy tak naprawdę jest niewiele. Miejsce w cieniu (ważne, bo upał!) i niewiele osób tamtędy przechodzi, na 15 minut sprzątania przypada 45 minut przerwy, które spędziłam rozmawiając z dziewczyną z Chorwacji, a później z facetem z Erytrei. To chyba taka nagroda za chęć do podjęcia się każdej pracy, co?

Piątek 25 lipca
Mój prywatny Międzynarodowy Dzień Chaosu i Zjawisk Nieliniowych
Rano przegapiłam przystanek i chwilę się spóźniłam (chociaż nikomu to nie robi różnicy w sumie), od rana zmęczona powalczyłam ze sprzątaniem i pojechałam do domu zapominając telefonu (odbiorę jutro). Po drodze do drugiej pracy zorientowałam się, że nie mam koszulki roboczej (całe szczęście, że do tego dają mi ciuchy robocze, szkoda tylko, że zostawiają tyle czarnego syfu na skórze…), więc spóźniłam się chwilę po raz drugi. Ale tam już spokojniej w pracy, odpoczęłam :P, doczytałam sobie książkę w tych wszystkich przerwach. I zrobiłam kilka zdjęć na drodze powrotnej.

Sobota 26 lipca
Pojechałam po telefon. Pogadałam na Skype. A potem ostatni dzień wśród toalet publicznych, znów przegadany w przerwach z tą sympatyczną Chorwatką, mamą ślicznych dziewczynek-mulatek (Bania! ;))
A poza tym sobota wieczór ma (chyba) stawkę 200%, więc nie narzekam jeśli za 1,5h faktycznej roboty zapłacą mi jak za 10h. Są tacy, którzy tą ofertą pogardzili, my mamy nagrodę za nasze nastawienie.

Niedziela 27 lipca
Światowy Dzień Lenia i Rozmawiania z Siostrami.
Upały się skończyły i, wierzcie lub nie, PADA w Bergen, DESZCZ PADA!

Poniedziałek 28 lipca
Mam okres, wszystko mnie boli, nienawidzę tej pracy, umiem norweski (wszyscy mi to mówią ostatnio!) i to niesprawiedliwe, że mam tylko taką robotę i tak mało godzin. Poza tym, jak się okazuje, mam ogarnąć cały grafik rozpisany na 5 dni, będąc tu tylko 3… Bu.
Ale tak, oczywiście – jestem chętna jutro na jakieś sprzątanie mieszkania cośtam.

Wtorek 29 lipca
Zaskoczenie, że kojarzę gościa, z którym mam dziś pracować. Tzn. w czwartek poprzedni rozmawiałam z nim jakieś 5 minut, ale zażyczył sobie mnie na dziś do pomocy ‚dajcie mi tą małą z Polski’, podobno doceniając moje ochocze nastawienie do pracy tamtego dnia. Sprzątaliśmy/umyliśmy dom po malowaniu, tuż przed wprowadzką pastora z rodziną. Niespecjalnie dużo pracy, wręcz miałam wrażenie, że jestem tam bardziej do pogadania niż roboty (no przecież chciałam język ćwiczyć w pracy!). W nagrodę (za to pozytywne nastawienie jak mniemam) dostałam lody na luncz i długą opowieść o życiu i pracy Bjørna. Myślałam, że to moje psychiczne bosenter to już trochę hardcore, ale jednak muszę przyznać, że sprzątanie po morderstwach, albo po lokatorach, którym się zmarło i zdążyli się.. upłynnić, melin po narkomanach itp. – no to jednak wyższy stopień hardcoru jest. Zdjęcia z takich miejsc przeplecione zdjęciami wnucząt. Uwielbiam rozmawiać z ciekawymi ludźmi, przyznaję rację ojcu Adamowi, że to jest chyba najbardziej fascynujące w życiu właśnie. Mika, a nie boisz się? Tak, żyję ze świadomością, że wszyscy mnie chcą porwać, zgwałcić i zamordować…

Środa 30 lipca
Regularne 5h w Biskopshavn bosenter, w trakcie których dowiedziałam się (od pracującej tam Polki), że 1. sprzątam lepiej niż ta pani, co tu przychodzi normalnie (takie miałam podejrzenia porównując stan obiektu pierwszego poniedziałku, z poniedziałkiem po tygodniu mojej pracy – no ale jednak zawsze to lepiej i milej usłyszeć). A po 2. że pacjenci nie są niebezpieczni, chociaż niektórzy trochę na takich wyglądają (to też już zdążyłam wydedukować, bo w końcu z nimi rozmawiam (sic!), a poza tym gdyby byli niebezpieczni to byliby w ośrodku zamkniętym, ‚gdzie pacjentów trudno odróżnić od personelu, a ci właśnie są najbardziej niebezpieczni’). Zamierzam studiować psychologię, więc traktuję to jako cenne doświadczenie pod tym względem.

Czwartek 31 lipca
Wolne. Praktycznie większość dnia przegadałam z ludźmi na czacie, Skype i nawet na żywo. Brakuje mi tych wakacyjnych imprez z Wami. I kupiłam kolejne 6 książek, więc mam już do przeczytania 11 i postanawiam nie kupować już ani jednej więcej przed wyjazdem…
Bilans miesiąca mniej – więcej chyba na zero, przepracowane mam 51h. Oby było więcej w sierpniu i wrześniu i obym mogła faktycznie tu zostać do wyjazdu, wynajmując ‚pokój gościnny’ i już się nigdzie nie przeprowadzać. Muszę pogadać z nowym, za to odpowiedzialnym, kimś. Zwlekam…

Piątek 1 sierpnia
Wstałam zmęczona, pracowałam zmęczona, popołudnie i wieczór spędziłam zmęczona robiąc niewiele, idąc (jak co dzień prawie) na mszę zmęczona i oglądając film zmęczona.

Dziś
A dziś, dziś niewiele. Zmniejszyłam wreszcie trochę poziom entropii swojego własnego pokoju i wchodząc do kuchni raz, rozmawiając z Jessą (której się jednak nie muszę bać, jeśli ma dobry dzień, i która gotuje dobrze – bo po filipińsku), zjadłam śniadanie, luncz i lody w jednym ciągu. Ciągle się waham, czy aplikować jeszcze gdzieś, czy już się czepić tylko tej pracy, gdzie ma być wkrótce więcej zleceń…
I przypominam sobie, co robiłam dokładnie pół roku temu.
I burza jest.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

oppdrag – ważne słowo

18 lip

bo oznacza ‚zlecenie’, na które czekam niecierpliwie i z wytęsknieniem od tygodni już. I oto w środę rano wiadomość z pracy, że wreszcie coś mają! A więc trochę ulga.  Od poniedziałku, jakieś sprzątania. Nie brzmi to specjalnie może atrakcyjnie ani ambitnie, chociaż w połączeniu ze stawką godzinową… No to zmienia postać rzeczy. Tak więc jest jeszcze szansa, że w tym miesiącu przynajmniej wyjdę na zero, albo lekki plus. Kilka potencjalnych tysięcy w plecy, masa zmarnowanego czasu i nerwów – o tym wolałabym nie myśleć. Ani o tym, że mogłam mieć wakacje nad morzem – gdybym tylko wiedziała, że tak będzie. Wolę myśleć, że będzie lepiej.
I że za 3-4 tygodnie będę się miała dokąd przeprowadzić.

W okolicach maja/czerwca moje poczucie czasu było jakieś inne. Wydawało mi się, że to już niedługo wracam do Polski, że wakacje zlecą. Ale 3 miesiące to jakby nie było 1/4 roku, kawał czasu. Zostało jeszcze prawie 2,5. Ale czas się ciągnie niemiłosiernie kiedy się jest w takim położeniu, jak ja obecnie. I kiedy się nie ma życia towarzyskiego. Tzn. tylko wirtualne, ale i tak bardzo sobie cenię, że jeszcze chce się Wam do mnie pisać i wysłuchiwać moich żalów. Tym bardziej ucieszyło mnie wczoraj, że dorwałam (w kościele – rzecz oczywista) Hansa Augusta – mojego norweskiego młodszego brata. Przyjechał do Bergen tylko na 1 dzień i koniecznie musiało się to skończyć shishą (nieużywaną od wieków) i lodami (które smakują lepiej z kimś niż w samotności). +100 do samopoczucia. Już nie mogę się doczekać aż ludzie zaczną wracać z wakacji za kilka tygodni, czyli ‚na jesień’. No bo właśnie – tu rok szkolny i akademicki zaczyna się już w połowie sierpnia (i przez to właśnie nie mogę znaleźć mieszkania na potem i krótkoterminowo).

A teraz zbieram się ‚na miasto’ – moja host family chce się ze mną spotkać zanim wyjadą na wakacje – na obiedzie i przekazać mi zaświadczenie z policji (co mi jest potrzebne w razie jakby jakaś praca w przedszkolu nagle).

I pogoda jest ładna :)

________

A więc po rodzinnym obiedzie spędziłam jeszcze trochę czasu z Johanną – spacerując po mieście zanim poszłyśmy do kina (Rio 2) – tak strasznie bardzo jej zależało, więc nie mogłam i nawet nie chciałam odmawiać ;)

Jeśli kogoś interesuje jak wygląda mój obecny, nowy, ‚zwyczajny’ dzień, to tak: rano próbuję bezskutecznie wstać zgodnie z budzikiem, w ciągu dnia muszę zaliczyć zajęcia obligatoryjne: przeglądanie ogłoszeń mieszkaniowych i pracowych, norweski: książka i/lub (film przynajmniej z norweskimi napisami), bieganie/góry, msza- niezależnie od tego w jakim języku, popisanie trochę z Wami. A sypiam średnio.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie codzienne

 

Pozytywy

15 lip

W tym całym swoim biadoleniu, narzekaniu i marudzeniu zapomniałam Wam opowiedzieć o kilku pozytywach, które ostatnio, w tej całej kryzysowej sytuacji, mnie spotkały. A więc:

1. W niedzielę (tą tydzień temu) byłam na koncercie ze zwiedzaniem domu Edvarda Griega (z Johanną i babcią) – bilet dostałam jako prezent pożegnaniowy od mojej rodzinki. Muzyka klasyczna była zawsze dla mnie światem dość odległym i nie do ogarnięcia, ale po pierwsze Grieg’a trzeba zaliczyć jako integralną część The Bergen Experience, a po drugie koncert był naprawdę dobry: pianino i sopran w malutkiej sali koncertowej z mega widokiem (po przeciwległej stronie ‚naszej wody’… Z faktów o Griegu zapamiętałam tylko najważniejsze: oboje z żoną mieli wzrostu tyle, co ja, a jego ulubionym miejscem na wakacje było nasze ukochane Lofthus.
Po drodze jeszcze, zanim się wyprowadziłam, świętowaliśmy urodziny Julii i ogólnie, mimo całych moich stresów, było z nimi fajnie.

2. Wreszcie złożyłam papiery na studia (dzięki za pomoc w dostarczeniu ich!), moja rodzina jest w szoku (nie rozumiem – przecież od dawna wiadomo, że przydałby się nam jakiś specjalista – psycholog w rodzinie…).
Na stronie wyświetla mi się komunikat:
„Gratulacje, został Pan(i) przyjęty(a) na studia.
Witamy w społeczności akademickiej naszej uczelni. Oficjalną decyzję otrzyma Pan(i) listem poleconym przesłanym na adres korespondencji.” (o ile otworzą kierunek)
Zdaje się, że o tym marzyłam, więc chyba powinnam się niesamowicie cieszyć, tak..?

3. W niedzielę (tą przedwczoraj) zrobiłam sobie wycieczkę trasą, o której myślałam już od bardzo, bardzo dawna – z Ulriken na Fløyen. Po sobotniej przeprowadzce byłam dość zmęczona i włażąc w upale na Ulriken już byłam wręcz pewna, że nie pójdę dalej.. ale na górze słonko przestało prażyć, przebrałam koszulkę, zjadłam jabłko i stwierdziłam, że jednak idę dalej. I tak szłam, szłam, szłam i szłam, aż zaszłam do domu po 7,5h. Zadowolnona, chociaż przez cały ten czas plątały mi się po głowie głównie myśli niewesołe. Ale no muszę się ruszać, produkować endorfiny.

Z tej okazji macie bonusa – coś, co powinnam Wam pokazać już dawno, dawno temu:

Pozytywy pozytywami, ale trzymam się tak naprawdę ledwo.
Jak ja, do cholery, to zrobiłam, że się znalazłam w takiej sytuacji?!

 

Przeprowadzona

12 lip

już jestem. Po dwóch bonusowych tygodniach na Kråkeneslien. Popakowałam się do końca, wyszło tego oczywiście za dużo, ale o to się będę martwić później. Ciężkie to wszytstko emocjonalnie do zniesienia. Prawie 2 lata, zżylismy się ze sobą bardzo, w końcu byłam faktycznie częścią tej rodziny i zawsze w pewnym sensie będę. Ciężko rozstawać sie z ludźmi i z ulubionymi miejscami. Ale w tych wszystkich stresach jakoś mi to umyka, ta depresja moja letnia jest chyba najmniej z powodu wyprowadzki. Bardziej się martwię teraz pracą i tym wszytskim, co potem. Poza tym wiem, że to już czas, że potrzebuję iść dalej, popchnąć to moje życie do przodu, zabierając ze sobą te wszystkie doświadczenia, wszystko, czego się tu nauczyłam. Tak strasznie dużo dobra!

Zrobiam dziś pierwsze normalne zakupy jedzeniowe (wow!), byłam na filipińskiej mszy, teraz siedzę w przyszłym pokoju Marty, przy starym biurku Jonasa i czuję, że nie mam nawet siły nic sensownego napisać. Na drzwiach już wisi fragment plakatu i próbuje mnie przekonać, że ‚wszystko będzie dobrze’. Będzie. Musi.
Nie poddam się. Idę sobie znaleźć nową trasę do biegania. A jutro w góry.

 

Letnia depresja to stan,

11 lip

którego się raczej nie spodziewałam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Exciting news

 

tykam

30 cze

Dzwięk tykającej bomby emeocjonalnej, na której właśnie siedzę, a może raczej, którą mam w środku, jest już coraz bardziej nie do zniesienia. Mogłabym napisać tylko ‚bez zmian’, ale pozwolę sobie trochę pomarudzić:
Sterta rzeczy zawala mi pół prawie posprzątanego pokoju, muszę grzebać w pudłach i torbach kiedy czegoś potrzebuję. Spakowałam większośc rzeczy na wszelki wypadek. Spakowałam chociaż nadal nic nie wiem. I oczywiście jest ich nadal za dużo żebym się sama z tym zabrała. Do dupy takie siedzenie na walizkach. Zostawiłam zdjęcia na ścianie – dla pocieszenia. Czekam aż wreszcie zadzwonią, nerwowo, kurczowo trzymając telefon zawsze przy sobie. A przeciez jak już zacznę ‚normalną’ pracę, to dopiero będą wyzwania i stresy. Oficjalnie od jutra nie jestem już au pair, ale jako gość mogę tu zostać jak długo będę chciała. Dziś na zakończenie zaplanowany jakiś dobry obiad w restauracji. Mam nadzieję, że spodoba im się fotoksiążka. Z jednej strony bardzo chcę już, z drugiej bardzo nie chcę się wyprowadzać. Emocjonalne napięcie podsycane teatralnymi wręcz ‚Dominika – nie wyjeżdżaj! Musisz?’ itd. naprawdę mnie męczy, trochę nie mam nawet siły spędzać z nimi czasu- dobrze, że są dziadkowie. Żeby nie myśleć za dużo, delektowałam się książką, celowo spowalniając tempo czytania, ale wczoraj z nienacka trafiłam na okrutny spoiler i odechciało mi się nawet czytać. Żeby to wszystko w sobie rozładować wieczorami (a raczej nocą, bo przecież i tak jest jasno) łażę po lesie albo włażę na górę moją – zamknęłam wczoraj 30-tkę wejść tamże (3 razy w tym tygodniu, po miesiącu przerwy, kiedy to z powodu zgubionych kluczy wlazłam tam 2 razy jednego dnia – nie, nie znalazłam kluczy), a więc tak jakby chyba jestem gotowa żeby się wyprowadzić… i zacząć ją zdobywać od drugiej strony. Ale nie jestem gotowa (mimo ponad roku przemyśleń) do wypełnienia formularza rekrutacyjnego na studia. No po prostu jakoś nie mogę się na to zdobyć. Wyżywam się na Edzie, biedaczek musi mi śpiewać codziennie.

Za dużo tego wszystkiego. Tik-tak, tik-tak, tik-tak, tikkk…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Exciting news

 
 

  • RSS